Action! (Chinka)

Action! (Chinka)

Klaudia Hartung-Wójciak, sytuując Jean-Luca Godarda w centrum swojego spektaklu, porusza dość oczywistą, choć jednak skomplikowaną kwestię relacji lewicowych intelektualistów i klasy robotniczej. Jednak przy tak złożonej problematyce łatwo o uproszczenia lub, co prawdopodobnie gorsze, poprzestanie na prostym stwierdzeniu nierówności.

Fascynacja filmami Godarda bez wątpienia stanowi jakiś etap w edukacji współczesnej odmiany inteligenta (nie wikłając się niepotrzebnie w kwestie rozpoznania warstw klasowych, używam etykietki „inteligent” jako skrótu myślowego – oby zostało mi to wybaczone). Więc my, pretendujący za młodu do tego miana, oglądaliśmy wybrane pozycje z niezwykle bogatej filmografii Francuza – chętnie też do nich wracamy – i być może są wśród nas tacy, dla których La chinoise wyznacza moment zwrotny, moment uświadomienia politycznego. Pochodzący z 1967 roku film pośrednio zapowiada wydarzenia Maja 68’, mityzowanego dziś wybuchu niezadowolenia paryskich studentów. Wcześniejsze dokonania Jean-Luca (m.in. Do utraty tchu, Żyć własnym życiem czy Amatorski gang) zrewolucjonizowały myślenie o kinie, wyznaczyły pewne wzory estetyczne (jak słynna stylówka w paski Patricii Franchini), a reżysera uczyniły żywą legendą Nowej Fali. Silne przełamanie w jego twórczości, przejście od kina artystycznego do zaangażowanego, stało się pewnego rodzaju paradygmatem (nie)dojrzałości twórcy. Z dzisiejszego punktu widzenia mit o nazwisku Godard, symbolizujący jednocześnie gniew artystyczny i polityczny, wzbudza zarówno niesłabnący zachwyt, jak i surową krytykę. Dlatego też spektakl Hartung-Wójciak otwiera wręczenie Złotej Palmy reżyserowi Made in U.S.A (w tej roli Paweł Smagała).

Już tutaj wyznaczony zostaje pierwszy istotny trop, który będzie wiódł widza przez resztę spektaklu – aspekt kolonialny. Międzynarodowe jury przyznaje Jean-Lucowi honorową nagrodę za osiągnięcia, jednak nie mamy wglądu w ich laudacje: są one tłumaczone w dość wątpliwy sposób. Powiedziałbym, że raczej członkowie jury zostali „wypowiedzeni” przez tłumaczkę, niż przy jej asyście przedstawili własny głos. W cudownie ironiczny sposób koresponduje to z praktyką samego Godarda przy kręceniu Chinki, kiedy z pozycji francuskiego inteligenta próbował „wypowiedzieć” chińską rzeczywistość. Jeśli wierzyć biograficznemu Le redoutable z fenomenalnym Louisem Garrelem w roli francuskiego reżysera, chińskie władze uznały obraz z 1967 roku za film obraźliwy. Hartung-Wójciak kwestię wykorzystania obcej kultury „w dobrej wierze”– wszak ChinkaJean-Luca miała być laurką dla realizowanego w Chinach komunizmu – uzupełnia o aspekt warstw klasowych. W spektaklu znaczenia nabiera robotnik (Tomasz Trojanowski) oraz relacja łącząca go z pozostałymi postaciami.

Po scenie rozpoczynającej przedstawienie otworzone w sensie dosłownym zostaje pudło z intrygującą scenografią Agaty Skwarczyńskiej. Wewnątrz znajduje się wspomniany robotnik, stół, na którym będzie produkował kubeczki (oczywiście chińskie!), groteskowo wielkie młotek i dłoń oraz mata imitująca plamę krwi. Pudło ze scenografią ma posłużyć kierowanym przez Jeana-Luca aktorom do rekonstrukcji poszczególnych fragmentów ze wspomnianych przeze mnie wcześniej filmów Francuza i – naprawdę trudno stwierdzić zasadność wprowadzenia tego odwołania – Biesów Fiodora Dostojewskiego. Wypełnione utopijnymi projektami oraz popkulturowymi piosenkami scenki są kontrastowane napięciami między aktorami, reżyserem i robotnikiem, a także stwarzają postaciom pole do określenia swojego stosunku do ideologii. Reżyser krzyczy „action!”, najpierw jego aktorzy posłusznie grają, później zaczynają kwestionować autorytet. I w gruncie rzeczy tyle.

Pozwoliłem sobie na dość obcesowe zamknięcie poprzedniego akapitu, ponieważ sam pomysł dramaturgiczny wydaje się względnie zachowawczy i niedopieszczony. Służy stawianiu kolejnych pytań czy krytyk, które wydają się jednak dostatecznie przemyślane. Diagnozy, jak celne by nie były, nie stanowią tutaj okazji do rozważań, analizy napięć czy problematyki lewicowego stosunku do klasy pracującej. Złudną wydaje się nadzieja, że widz doczeka się odpowiedzi lub głębszych przemyśleń na te tematy. Spektakl do refleksji raczej nie pobudzi. Chinka niestety stanowi artystyczny zapis zastanej sytuacjizastanego, brakuje tu – wegetarian przepraszam – mięsa. Owszem, Hartung-Wójciak pyta o „dziedzictwo lewicy i dzisiejszy potencjał społecznej zmiany” (z opisu spektaklu na stronie TR), ale są to pytania, które – podejrzewam – większość z nas sama sobie zadała. Oczywiście poddane zostają krytyce kolejne postawy twórcze, czyli wspomniany już kolonializm czy totalna, iście kantorowska pozycja reżysera. Nie są to jednak problemy szczególnie świeże. Kwestionowanie dawno już zakwestionowanych autorytetów jest wyważaniem otwartych drzwi.

Dlatego też szczególnie wdzięczny jestem za elementy przełamujące relacjonowanie stanu lewicowej rzeczywistości, które w mojej opinii nieco ożywiły monotonię spektaklu. Szczególnie interesująco wypadła postać robotnika, który jest swobodnie przenoszony z poziomu scenografii na poziom pełnoprawnej postaci. Intelektualiści próbują go wyemancypować, próbują też się z nim utożsamić, chwilę później o nim zapominają. Naprzemienne, nieskrępowane zmienianie jego statusu ontycznego zwraca uwagę na zakodowaną przemoc intelektualnych utopii. Utopii, które często kończą się na fantazjach, jeśli przeciwstawiona im zostaje irracjonalność i apatia. Nawiązuję tu do drugiego wybijającego się na tle spektaklu momentu – refrenicznego „wolałbym nie” (słynne Melville’owskie, a odkopane przez Slavoja Žižka I would prefer not to), które wypowiada Jean (Jan Dravnel) w odpowiedzi na kolejne, „nowe”, wspaniałe projekty zmian.

Przedstawienie Hartung-Wójciak traktuję jako pewną wprawkę, próbę. Nie powiem jednak, że nieudaną. Na poziomie warsztatu jest to spektakl sprawny, ograny, pewny. Bezpieczny i przez to może nieco rozczarowujący. Napięcia, tempo zostały rozłożone czytelnie; wszystko gra gładko, żadnych wypadków, nic nie zaskakuje. I to chyba najlepiej opisuje Chinkę. Dramaturgia jest płaska, bez wyrazu, sięga po przepracowane, wymiętoszone środki. Brakuje ryzyka, czegoś, po czym można byłoby powiedzieć: „Nawet jeśli porażka, to przynajmniej interesująca”. Przedstawienie przypomina niestety odrobioną pracę semestralną: „Na poziomie formy zasłużona czwórka, na poziomie treści naciągana trójka”. I to wszystko o młodym i gniewnym Jean-Lucu! Nie chcę jednak wchodzić w buty przesadnie surowego i złośliwego krytyka, więc pod oceną dopiszę tylko „praca rokująca”.

Mateusz Kaliński, Teatralia Warszawa

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 263/2018

TR Warszawa

Chinka

reżyseria: Klaudia Hartung-Wójciak

scenografia, kostiumy, światło: Agata Skwarczyńska

dramaturgia: Daria Kubisiak

muzyka: Piotr Peszat

obsada: Monika Frajczyk, Jan Dravnel, Natalia Kalita, Maria Maj, Paweł Smagała, Tomasz Trojanowski

fot. materiały Teatru Rozmaitości

Mateusz Kaliński – student na Wydziale Polonistyki UW; publikował m.in. w „Teatrakcjach”, „Feeriach”, „E-splocie”, „Cafe Noir”.