Ze stadionu na scenę, czyli Szekspir kibicem stoi (Romeo i Julia)

Ze stadionu na scenę, czyli Szekspir kibicem stoi (Romeo i Julia)

Na deskach gdyńskiego Teatru Miejskiego poeksperymentowano z Szekspirem. Reżyserskie mocowania się z materią dramatyczną Romea i Julii Krzysztofa Babickiego przyniosły ciekawe rozwiązania dotyczące między innymi umiejscowienia akcji. Sylwetki przedstawicieli dwóch zwalczających się rodów Capulettich i Montecchich skrojono tutaj na miarę, wziętych wprost z kolorytu lokalnego, bohaterów stadionowych zadym – kibiców Arki Gdynia i gdańskich Lechitów. W spektaklu jest na wskroś współcześnie, głośno, siarczyście i… niemiłosiernie infantylnie. Smaczek obiecująco zapowiadającego się pierwszego aktu oraz świetnej scenografii Marka Brauna i muzyki Marka Kuczyńskiego niknie w gorzkiej pigułce braku spójności naszkicowanej historii i eklektyzmie obrazowania.

Mocny, efektowny prolog, podczas którego na scenę wchodzą grupy skandujących zamaskowanych szalikowców, wsparty pojawieniem się chuligańskiego dobosza (epizodyczna, aczkolwiek interesująca kreacja Elżbiety Mrozińskiej) miarowo uderzającego pałką w membranę instrumentu, wprawia w niemałe zaskoczenie. Stopniowe wyłanianie się spośród kibicowskich flanek członków zwaśnionych rodzin to w istocie intrygujący socjologiczny obrazek rodzajowy. Rodzice protagonisty, nieszczególnie zainteresowani wychowaniem syna, podążają trajektoriami swoich karier i konsumpcyjnych uciech. Ich potomek właściwie nie jest lepszy – z nieodłącznym smartfonem w ręku zanurzony w świecie imprez, płytkich miłostek i chuligańskich eskapad z Mercutiem i Benvoliem. Ich antagoniści to także niefortunny małżeński konglomerat charakterów. Matka, człapiąca w domowych kapciach entuzjastka kobiecych pisemek o modzie, nie ma w domu Capulettich właściwie nic do powiedzenia. Stoi w cieniu męża despoty, który nie tylko zdradza ją na każdym kroku i podkreśla jej przedmiotowość, ale tyranizuje też córkę sprowadzając ją do roli marionetki, mającej bez słowa sprzeciwu wyjść za mąż za wskazanego kandydata.

O ile początkowo widz może dać się uwieść tej uwspółcześnionej kliszy nałożonej na dramat Szekspira, z czasem dostrzega, że większość z tych gestów, aranżacji scenicznych, rekwizytów (wulgaryzmy, obscena, taniec niczym z kadrów Step up, pałki i złote łańcuchy, etc.) poza emblematycznym charakterem właściwie nie wnosi do spektaklu żadnej wartości poznawczej, nie wspominając już o tym, że w ich nagromadzeniu cały tragizm nieszczęśliwych kochanków gdzieś się ulatnia. Genialna w swoim wyrazie scena epilogowa, w której – w jazgocie muzyki i feerii świateł – pojednanie dwóch zwaśnionych rodzin nad trupami ich dzieci zostaje zawieszone i niedopowiedziane, to jeden z niewielu mocnych akcentów spektaklu.

Na szczęście w sukurs przychodzą aktorzy. Dobrze na scenie radzi sobie para tytułowych kochanków. Marta Kadłub zdecydowanie bryluje w pierwszym akcie przeistaczając się z nastoletniej trzpiotki w kobietę, która dojrzewa mocą przeżywanego uczucia. W drugiej części przedstawienia jej postać ulega jednak rozmyciu; próżno tutaj szukać głębi tragizmu Julii-kochanki, odbierającej sobie życie z miłości. Maciej Wizner przepracował swojego bohatera bardzo solidnie. Poprowadził tę rolę konsekwentnie, raz po raz opalizując obliczem Romea to zakochanego szczeniaka, to zrozpaczonego wygnańca. Scenę zawojowali Grzegorz Wolf jako ojciec Wawrzyniec oraz Monika Babicka z kreacją opiekunki Julii – Marty. Ten pierwszy jako surowy kaznodzieja, nie szczędzi podszytych ironią prztyczków w nos Romea, ale też z prawdziwą żarliwością występuje jako poplecznik zakochanych. Babicka, femme fatale ubrana w prowokacyjnie prześwitującą bluzkę i obcisłe spodnie roztacza wokół siebie aurę erotyzmu, wprowadza też istny ferment w scenicznym dzianiu się. Inicjuje schadzki, sprytnie lawiruje pomiędzy domownikami tak, by tajemnica kochanków nie wyszła na jaw. Aktorka ma prawdziwy dryg do podobnych kreacji, by przywołać choćby znakomitą rolę Antosi z Chorego z urojenia. Warto wspomnieć, że artystów na scenie wsparli uczniowie z gdyńskich szkół średnich jako kibice-statyści w scenach grupowych starć wrogich rodzin. Ten świetny pomysł na zaangażowanie młodzieży jako bohatera zbiorowego został jednak nie do końca wykorzystany. Zaprzepaszczono potencjał ruchu scenicznego, za mało tu energii, dynamiki scen kibicowskich bojówek.

Przedstawienie Babickiego wpisuje się w trend teatralny ubierania sztuk Szekspira w kostium współczesności; modę, która jak wiadomo, jednym przynosi famę prowokatorów i wizjonerów, drugim odbija się czkawką szybkiego zejścia z afisza. Reżyser ponad dekadę temu wystartował z podobnym projektem na deskach Teatru Śląskiego, z tą samą ekipą scenograficzną i muzyczną, w analogicznych kuluarach umiejscawiając bohaterów miłosnej tragedii. Tam też kibice darli koty na sztucznej murawie, a Julia i Romeo flirtowali ze sobą, jak bohaterowie przesłodzonych romantycznych filmów dla nastolatków. W obu adaptacjach teatralnych zabrakło tego „czegoś”, koherentnej historii, nie niknącej w zgiełku infantylnych haseł i natłoku współczesnych gadżetów.

Anna Kołodziejska, Teatralia Trójmiasto

Magazyn Internetowy "Teatralia", numer 222/2018

Teatr Miejski im. Witolda Gombrowicza w Gdyni

William Szekspir

Romeo i Julia

reżyseria i opracowanie tekstu: Krzysztof Babicki

scenografia: Marek Braun

muzyka: Marek Kuczyński

światło: Marek Perkowski

ruch sceniczny: Zbigniew Szymczyk

obsada: Małgorzata Talarczyk, Mariusz Żarnecki, Piotr Michalski, Bogdan Smagacki, Maciej Wizner, Dariusz Szymaniak, Rafał Kowal, Szymon Sędrowski, Grzegorz Wolf, Leon Krzycki, Elżbieta Mrozińska, Olga Barbara Długońska, Dorota Lulka, Marta Kadłub, Monika Babicka, Agnieszka Bała, Agata Moszumańska, Beata Buczek-Żarnecka, Maciej Sykała

fot. Roman Jocher

Anna Kołodziejska – Rocznik 1983. Bez literatury, muzyki i kina nie wyobraża sobie egzystencji. Trosk skutecznie pozbywa się podczas górskich eskapad. Teatr jest dla niej po trosze wszystkim: zapomnieniem, wyrocznią, tajemnicą, poznaniem... życiem, bo jego istota z niego wyrasta.