Wszystko jest w porządku (Jesus Christ Superstar)

Wszystko jest w porządku (Jesus Christ Superstar)

Niektóre musicale zachwycają przepychem i wielobarwnością, śpiewane w nich melodie są jedynie dopełnieniem całości, a niektóre przyciągają widza talentem i charyzmą występujących w nich aktorów. W tej całej feerii barw, pośród wielu gatunków muzycznych, szczególne miejsce zajmuje spektakl, który reprezentuje obie kategorie i zasługuje na miano legendarnej rock opery Jesus Christ Superstar. Już po raz trzeci pojawia się on na deskach Teatru Rampa i dostarcza ogromnej dawki emocji. W tym przedstawieniu właśnie radość, miłość, cierpienie i inne uczucia towarzyszące postaciom wysuwają się na pierwszy plan. Bogata symbolika, trzymająca w napięciu walka Judasza z własnym sumieniem czy świetnie dobrana obsada to elementy, które sprawiają, że wraz z Marią Magdaleną ma się ochotę zaśpiewać: „jest wszystko w porządku, jak trzeba jest”. Spektakl będzie grany dwadzieścia trzy razy w okresie Wielkiego Postu. Twórcy sztuki zapraszają do wyjątkowego świata muzyki i pozwalają spojrzeć na powszechnie znaną biblijną historię z zupełnie innej strony. Zapraszamy do lektury wywiadu z jej współreżyserem i odtwórcą głównej roli – Jakubem Wocialem.

Małgorzata Perchel: Jesus Christ Superstar – to już trzeci raz kiedy decydujecie się wystawić ten spektakl. Jednak wróćmy na chwilę do tego, co było. Jakie odczucia towarzyszyły Ci przed premierą? Czego się obawiałeś? Jakie napotkałeś trudności?

Jakub Wocial: Nie pamiętam, abym musiał się mierzyć z jakimiś wyjątkowymi trudnościami poza tymi, które napotykamy przed każdą premierą w związku z tworzeniem i budowaniem czegoś nowego. Cieszę się bardzo, że podjęliśmy decyzję o wystawieniu tego tytułu w Rampie. Był to niewątpliwie kolejny duży krok naprzód, jeżeli chodzi o rozwój sceny musicalowej Teatru.

M.P.: Teatr Muzyczny w Łodzi zdecydował się wystawić spektakl w oryginale, w Rampie widzowie mogą oglądać widowisko w języku polskim – czy tłumaczenie spektaklu spowodowało dodatkowe trudności? Dlaczego nie zdecydowaliście się na język oryginalny?

J.W.: Powiem szczerze, że chociaż jestem zwolennikiem śpiewania utworów w języku, w którym zostały stworzone, większości widzów dopiero język polski umożliwia stuprocentowe zrozumienie sytuacji dziejącej się na scenie, a to potęguje emocje, które w tej sztuce są najważniejsze. Na nich opiera się cały spektakl.

 

 M.P.: Nie sposób zaprzeczyć, że Jesus Christ Superstar to wielki sukces teatru – skąd więc decyzja o wystawianiu go jedynie przez miesiąc?

J.W.: Decydując się na ten tytuł nie wyobrażaliśmy sobie wystawiania go poza okresem Wielkiego Postu, który jest wyjątkowym dla części Polaków czasem. Teraz kiedy zagraliśmy kilkadziesiąt spektakli, tylko utwierdzam się w tym, że ten tytuł wywoła odpowiedni poziom emocji u każdego na scenie tylko w momencie, kiedy będziemy grali go longiem oraz w tym, a nie innym składzie osobowym. Chemia, która wytwarza się między artystami i oddziałuje na wszystko co się dzieje w teatrze jest niezbędnym łącznikiem tych wartości, na które postawiliśmy tworząc ten tytuł.

M.P.: Jak to jest grać Jezusa? Czy spotkałeś się kiedyś z nieprzychylnymi komentarzami ze względu na przekonania religijne katolików (w końcu sztuka przedstawia biblijną historię w innym świetle)?

J.W.: Nie, nigdy nie spotkały mnie komentarze, które dałyby mi do zrozumienia, że robię coś nie tak. To wyjątkowy materiał o wyjątkowym człowieku. Właśnie – człowieku, więc wszystko, co wkładam w tę postać musi być ludzkie, bez zbędnego dorabiania ideologii. Nasza inscenizacja niczego nie narzuca, a jedynie nakłania do interpretowania przedstawionych na scenie zdarzeń po swojemu. Jest w niej dużo symboliki, która niejednoznacznie ma zwracać uwagę na przeróżne aspekty przedstawionych wydarzeń.

M.P.: W waszym spektaklu pojawia się tajemnicza postać ubrana na biało, która zdaje się wpływać na bohaterów i kierować ich losem – skąd pomysł na Przeznaczenie? Nie bałeś się ulepszać oryginału? Co chciałeś przekazać widzom przez wprowadzenie tej nowej postaci?

J.W.: To jest postać, która dla każdego może oznaczać coś innego i niech tak pozostanie. Jednak praca nad nią i jej powstanie są czymś, z czego jestem szalenie dumny. Niczego nie zmieniałem dodając kolejną, niedopowiedzianą postać. Każdy w swoim życiu ma taką osobę czy taki cień, który gdzieś nas zawsze prowadzi.

M.P.: Mógłbyś powiedzieć coś o reszcie obsady – jak wygląda wasza współpraca? Czy na castingach trudno było znaleźć odpowiednie osoby?

J.W.: Obsada do Jesus Christ Superstar powstała w wyniku wcześniejszej, również wyjątkowej, pracy nad Rapsodią z Demonem. Zaproponowaliśmy konkretnym osobom role i te zostały przyjęte. Każdy sprawdził się w swoich zadaniach fantastycznie, o czym świadczą opinie widzów na ich temat. Zespół muzycznej Rampy stanowią w większości powtarzające się nazwiska – to kolejny element, z którego jestem dumny.

M.P.: Teatr Rampa to jednak nie jedynie Jesus Christ Superstar. Wystąpiłeś również we wspomnianej Rapsodii z Demonem. Jak wyglądają przygotowania do dwóch tak skrajnych ról jak Demon i Jezus Chrystus? Która z tych postaci była bardziej wymagająca? W której lepiej się odnalazłeś?

J.W.: Każda z tych postaci jest inna i to jest w tym najpiękniejsze. Nie myślę zbyt dużo nad tym, co robię i jak robię. Staram się, we wszystkim, co robię, być sobą na tyle, na ile to się obroni. Chcę, by do widza docierały prawdziwe emocje. I nie ma tu znaczenia, jaką historię opowiadamy. Te dwie role różnią się poziomem wysiłku psychicznego, ale to jest oczywiste.

M.P.: Wspomniane wcześniej role to tylko dwie z wielu, które miałeś możliwość kreować. Jednak jak one zmieniły ciebie? Która z nich miała największy wpływ na Ciebie nie tylko jako artystę, ale też człowieka?

J.W.: Każda na swój sposób, jednak myślę, że to mój debiut w warszawskiej ROMIE w Tańcu Wampirów zdecydował o tym, gdzie jestem dzisiaj. Odkąd zagrałem Herberta wszystko potoczyło się błyskawicznie. Nagle stałem na deskach jednego z najlepszych teatrów muzycznych Niemiec [Jakub Wocial występował w niemieckiej wersji Tańca Wampirów w Theater des Westens (Berlin) – przyp. red.] u boku ludzi, których znałem z płyt czy zdjęć zachodnich programów teatralnych. To wszystko było i jest najważniejszym elementem mojego życia, myślę, że równie ważnym, jak ten, który trwa od prawie pięciu lat w warszawskiej Rampie. Stworzono mi warunki, których myślę, że nigdzie indziej bym nie dostał. Pozwoliło mi to realizować marzenia i przy okazji poznawać wyjątkowych ludzi (podczas przesłuchań, rozmów), którym po prostu warto dać szansę, tak, jak kiedyś dano ją mnie.

M.P.: Czy są jakieś różnice w pracy w Teatrze niemieckim a naszym rodzimym? Czy zdobyte tam doświadczenie pomogło Ci w jakiś sposób w reżyserii Jesus Christ Superstar?

J.W.: Tych dwóch światów nie można porównywać. Nie wiem, czy jest w Polsce jakikolwiek teatr, który mógłby zostać porównany systemem pracy do tych na zachodzie. Musimy się wiele nauczyć i tym samym powinniśmy czerpać te najlepsze wartości płynące z ich kilkudziesięcioletniego systemu pracy i zatrudniania ludzi, ale czy nie to jest najbardziej fascynujące, że przed nami jeszcze masa pracy?

 

Małgorzata Perchel, Teatralia Warszawa

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 229/2018