Wielki Przedwieczny (Zew Cthulhu)

Wielki Przedwieczny (Zew Cthulhu)

Kto spodziewał się po Zewie Cthulhu w reżyserii Michała Borczucha przeszywającej grozą opowieści o prastarym złu i mrocznych tajemnicach, ten z pewnością się nie zawiedzie. Autor zbioru opowiadań, który stał się inspiracją dla przedstawienia, rozczarowany nowoczesnością samotnik z Providence – Howard Phillips Lovecraft – stworzył mitologię, w której monstrualne bóstwa – Przedwieczni, a wśród nich tytułowy Cthulhu – powracają na ziemię, żeby ponownie objąć na niej panowanie. To paraliżujący strach przed nieznanym, przenikający dzieła Lovecrafta, stanie się głównym impulsem dla reżysera do przeniesienia literatury z gatunku horroru na scenę. Okazuje się jednak, że strach i jego obiekt cały czas znajdowały się w tym samym miejscu – w naszych głowach – żadnych potworów z zatopionego miasta R’lyeh nie ma. W przedstawieniu będziemy mieli okazję przyjrzeć się tej nieustającej szamotaninie człowieka z samym sobą, która z dystansu wygląda dość zabawnie. Horror to nie tyle żywe trupy, upiory czy pradawne bóstwa, ile nasze patrzenie na rzeczywistość, podszyte lękiem, doszukujące się zagrożenia na każdym kroku.

Borczuch projektuje swój poszatkowany, pozornie chaotyczny świat na kanwie bardzo konkretnej wizji człowieka zagubionego w labiryncie obrazów, wykorzenionego, bezustannie poszukującego oparcia w wartościach, które okazują się rozpadać pod jego nogami. Zasada ludzkiego istnienia to natrętnie przypominające o sobie pęknięcie, niepokojące przeczucie, że tak naprawdę nie ma nigdzie dla nas miejsca. W poruszającym finale przedstawienia wyobrażony syn postaci Piotra Polaka konstruuje maszynę utrudniającą ludziom życie. To przez nią, kiedy chcesz, żeby było cicho, robi się głośno, a kiedy masz ochotę na kawę, jest tylko herbata. Rzeczywistość jest wiecznie przeciwko nam, a zza wątłej cywilizacyjnej fasady obowiązków, konsumpcji i bezustannej bieganiny, wyziera dojmująca pustka. W dzieciństwie wypełniały ją czające się w ciemnościach potwory. Dlatego Cthulhu, wbrew Lovecraftowi, pojawia się tu już na samym początku spektaklu, wzbudzając raczej pełen politowania śmiech (charakterystyczne macki wykonane są z pianki), niż grozę. Nikt już nie boi się żadnych mitycznych stworów, przerażający mogą być za to napływający do Europy uchodźcy, homoseksualiści albo Jarosław Kaczyński. Tak naprawdę wszyscy jesteśmy potworni, a „potworność jest zaraźliwa”. Sami szykujemy sobie i innym koniec, tak jak Bartosz Gelner w roli zbuntowanego i zagubionego nastolatka, który omamiony muzyką Ericha Zanna (tu występującego raczej jako emanacja popkultury), traci grunt pod nogami. Mężczyzna, niczym bohater gry komputerowej, biega wokół budynku Małopolskiego Ogrodu Sztuki, filmowany przez kamery przemysłowe. Realizując instrukcje przekazywane przez resztę aktorów za pomocą krótkofalówki, ucieka przed wyimaginowanym zagrożeniem. W końcu obraz wyświetlany na scenie zniekształca się, wykrzywia, żeby finalnie zniknąć. Borczuch parafrazuje Baudrillarda, według którego mapa poprzedza terytorium, a świat wytwarza się ze swojego obrazu. Rzeczywistość zaczyna bardziej przypominać LARP (live action role playing), w którym niezwykle łatwo stracić samego siebie. Wszechobecne znaki pochłaniają jakąkolwiek możliwość prawdy, a bez niej zostaje tylko strach.

Diagnozy reżysera, wpisujące się między dzieła filozofów ponowoczesności a szkołę frankfurcką, są w zasadzie jedynym spoiwem organizującym wyraźnie wyodrębnione sceny. Aktorzy płynnie przechodzą zarówno z postaci w postać, jak i od roli do sfery ich prywatności. Zaraz po bajce na dobranoc o zabiciu potwora-małpy, którą Ojciec (Jacek Poniedziałek) opowiada Córce (Dominika Biernat), aktorzy siadają na ustawionych na planie koła krzesłach – rozpoczyna się sesja terapeutyczna. Dramaturg (Tomasz Śpiewak), bazując częściowo na aktorskich improwizacjach, z niezwykłym humorem przemawia przez swoje neurotyczne postaci, które ujawniają swoje uprzedzenia seksualne („homoseksualizm, jest coś takiego?”), jak i skrywające się za nimi pragnienia, wysublimowane na przykład w obsesyjną miłość do literatury (Marta Ojrzyńska bezustannie czytająca Lovecrafta). Aktorzy przerzucają się coraz to bardziej absurdalnymi dewiacjami, przykładowo: „Agalmatofilia: pociąg do rzeźb, chociażby tych w Rzymie”. Wszystkiemu przygląda się, widząca nawet w absolutnych ciemnościach, kamera. W mroku kryją się tajemnice, wyparte fantazje i emocje, dlatego kiedy znów zapala się światło, wszyscy (oprócz Krzysztofa Zarzeckiego w jednej z najlepszych jego ról) są już połączeni w pary. Terapia grupowa płynnie przechodzi w nasyconą folklorem (i znów błyskotliwym dowcipem) próbę zaintonowania jakiejś wspólnej pieśni, ale i to spełza na niczym: „Kosiarze stoją, stoją, łączki się boją”. Zaraz na scenę wjedzie makieta farmy Gardnerów, z której „wszystko powysysało” – zostało tylko martwe pustkowie, o którym opowiada Zygmunt Malanowicz. Przed nami jeszcze płomienna przemowa Małgorzaty Hajewskiej-Krzysztofik, która wcielając się w stęsknionego za rodzimym miasteczkiem Providence, swoistym synonimem normalności, Lovecrafta, dopełni obraz ponowoczesnego człowieka: reakcją na wykorzenienie i rozkład wartości, zamiast melancholii i zagubienia może być też brutalnie realizowany program powrotu do dobrych obyczajów, niszczonych przez „imigrantów, mieszańców, ludzi tego sortu”. Nie trzeba wcale od razu opowiadać się za żadną z opcji (do wyboru mamy tu depresję albo faszyzm), można jak socjolożka (świetna Monika Niemczyk), wzorowana na postaci Jadwigi Staniszkis, najpierw uwierzyć Kaczyńskiemu w jego „misję odrodzenia Polski”, żeby chwilę później pluć na niego jadem w felietonach. Mimo czytelnych odniesień i gazetowego języka („sczerniała świątynia toruńska”) Borczuch nie bawi się w powierzchowną publicystykę. Wznosząc się na meta-polityczny poziom, wskazuje jedynie na miałkość politycznej dyskusji jako takiej: czy to o Kaczyńskim, czy o jakiejkolwiek innej rozgrzewającej opinię publiczną kwestii. Wróg to wróg, a każdy wierzy w słuszność swojej sprawy, tymczasem u podstaw wszystkiego zalegają dręczące ludzkość neurozy. Nie znaczy to, że dyskutować nie należy w ogóle, a raczej, że konflikt ukształtowany tak, jakim go znamy z gazet jest zupełnie bezproduktywny, a leczyć należy chorobę, a nie jej objawy. Jadwiga jest przecież równie śmieszna przed, jak i po przemianie. Podobnie zabawne będą egzaltowane wizje Gardnerowej o nachodzącej Wielkiej Rasie, materializującej się na scenie jako kreskówkowe postaci, ukryte w stożkowatych, kartonowych strukturach. Ich „faszystowsko-socjalistyczna” utopia opiera się na chorobliwej odrazie wobec własnego ciała, a posthumanistyczna operacja jego odpłciowienia „może się nie udać, czyż nie zakończyła się już nie raz niepowodzeniem?”.

Strach przed własnym istnieniem jest niewypowiedzialny jak słowo „Cthulhu”, dlatego manifestuje się wciąż w nowy sposób, przykrywając się zapewniającą komfort bycia-w-świecie siecią wyobrażeń i sublimacji. Kolejne wcielenia lęku migają nam przed oczami jak niekończący się nigdy strumień internetowych obrazów. Nie ma tu fabuły, klasycznej dramaturgii, budowania napięcia, a spektakl kończy się nagle, tak jakby ktoś niespodziewanie odłączył zasilanie. Jak jednak można stworzyć jakąkolwiek spójną całość z wybrakowanej rzeczywistości. Zamiast mydlić sobie oczy, lepiej zdobyć się na szczerość i pokazać świat jakim jest: nieskładnym, bezsensownym, trochę zabawnym, a trochę strasznym. I to właśnie szczerość jest językiem scenicznej opowieści Borczucha, jak i warunkiem jej przyswojenia. Zew Cthulhu trzeba oglądać z sercem na dłoni To nasza wrażliwość i nasza egzystencjalna rozpacz ma wydobywać, ukryte między migoczącymi przed nami impresjami, sensy. Szczerość to też swoiste antidotum na tę tkwiącą w nas potworność. Stąd scena intymnej rozmowy Ojca z Córką, podczas której wymieniają się doświadczeniami seksualnymi („tato, przecież jesteś aktywem!”), stąd folklor i wręcz antyestetyczna, zgrzebna scenografia czy prześwitujące postaci, w których raz widzimy bohaterów przedstawienia, a raz aktorów z całym ich bagażem emocjonalnym. To poprzez rozedrganą, chaotyczną formułę dramaturgiczną, rozpadającą się wciąż estetykę i aktorskie kreacje balansujące na granicy roli i autentycznego wyznania, wytwarza się pełna napięć i pęknięć, dziwaczna energia spektaklu. Bo chociaż ze sceny słuchamy o rzeczach trudnych i niewygodnych, a wizja świata, od której wychodzi reżyser, nie napawa optymizmem, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wszystko jest tu podszyte czułością i zrozumieniem. Tak jak Polak i Zarzecki (wszak nie wiemy, czy mówią oni czy ich postaci) słuchają uważnie dziecięcych wersji siebie, jakby chcieli zagłaskać w sobie obawę o przyszłość, tak Borczuch zdaje się słuchać nas i naszych lęków, mówiąc: „wszystko będzie dobrze”.

Witold Loska, Teatralia Kraków

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 217/2017

Międzynarodowe Centrum Kultury Nowy Teatr

Howard Phillips Lovecraft

Zew Cthulhu

reżyseria: Michał Borczuch

scenariusz i dramaturgia: Tomasz Śpiewak (scenariusz oparty częściowo na improwizacjach aktorskich)

scenografia, kostiumy: Dorota Nawrot

muzyka: Bartosz Dziadosz Pleq
reżyseria świateł: Jacqueline Sobiszewski

asystentka reżysera: Sylwia Merk

obsada: Dominika Biernat, Bartosz Gelner, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Zygmunt Malanowicz, Monika Niemczyk, Marta Ojrzyńska, Piotr Polak, Jacek Poniedziałek, Krzysztof Zarzecki

premiera: 24 marca 2017

fot. Kobas Laksa

Witold Loska, rocznik 1988, student Wiedzy o teatrze.