O teatrze lesbijskim w Polsce (XXI) (Motyle krwawią)

O teatrze lesbijskim w Polsce (XXI) (Motyle krwawią)

…by wskrzesić poezję. Rozmowa z Aissą Ai o poetyckim spotkaniu eksperymentalnym Motyle krwawią.

 

Oni nie umieją odróżnić moli od ciem

zbyt ciężko pogrążeni w śnie o motylach

Aissa Ai

Aissa Ai- projekt-fotograficzny

Monika Rak: Dziś chcemy porozmawiać o wydarzeniu Motyle krwawią, które miało premierę 11 listopada 2017. To poetyckie spotkanie eksperymentalne, ja nazwałabym to spektaklem, którego podstawą jest poezja dwóch młodych poetek i uczennic Szkoły Aktorskiej Machulskich – Aissy Ai i Olgi Wojciechowskiej.

 

Agnieszka Małgowska: Do tej rozmowy zaprosiłyśmy Aissę Ai – jedną z autorek. Znamy się od 2012 roku. Spotkałyśmy się podczas O’LESS Festiwalu. Już wtedy postrzegałam Cię jako performerkę. Widziałam pewne Twoje przeobrażenia fizyczne, ale nie to jest przyczyną takiego postawienia sprawy. Tak postrzegam każdą lesbijską artystkę, która w przestrzeni publicznej mówi o swej orientacji seksualnej. Sam akt permanentnego coming outu to dla mnie performans. W taki sposób artystki „przepracowują” swoją orientację, swoje doświadczenie, które nie jest przez społeczeństwo uznane za oczywiste. Źródłem inspiracji jest ich życie. Ty używasz do tego różnych środków – piszesz poezję, a ostatnio materializujesz ją na scenie teatralnej. I jeszcze, co chyba tu jest najistotniejsze, wcielasz się na scenie w podmiotkę liryczną swych wierszy.

 

Aissa Ai: Nie patrzę na siebie jak na performerkę, mimo że kręci mnie performans. Nie zasługuje na takie miano. Ja rozumiem performans jako świadome, zwykle skrajne, działanie. Natomiast moją orientację traktuję bardzo naturalnie, piszę poezję o relacji między kobietami, którą teraz, to prawda, pokazuję na scenie, w czym pomaga mi aktorstwo. Wcześniej nie odważyłabym się pokazać siebie i tego co piszę publicznie. Nie czuję się performerką, też dlatego, że to rola zbyt ograniczająca. Chcę być aktorką, muszę być elastyczna.

 

AM: Oczywiście nie mogę narzucić nomenklatury, ale jednak zostanę przy tym określeniu. To, że czujesz swą orientację jako naturalną, nie oznacza, że nie możesz jej performować, nawet nieświadomie. Prócz naszego doświadczenia też kontekst czyni nas czasem performerkami. A poza tym również lubisz przebieranki, wcielania się, co realizujesz, między innymi w swych projektach fotomodelingowych.

 

AA: Zanim dostałam się do Szkoły Aktorskiej Machulskich szukałam różnych dróg dla siebie, choć były one raczej fascynującymi przystankami, niż celem samym w sobie, bo celem od dziecka było jednak aktorstwo, jedną z tych dróg był fotomodeling. Działam w nim jako modelka, ale też pomysłodawczyni i wykonawczyni sesji. Moim ulubionym projektem jest nadal sesja lalkowa w szafie, mam do niej duży sentyment. Pamiętam, że mieszkałam wówczas na poddaszu, była tam piękna stara szafa. Odkąd się tam wprowadziłam, przez pół roku, układałam sobie koncept, znalazłam projektantkę, która idealnie wpasowała się w mój zamysł. Znalazłam cudowną fotografkę, której zresztą zaufałam w kwestii zdjęć, przygotowałam rekwizyty, makijaż, bo ukończyłam również szkołę wizażu. Ostatecznie ten projekt został opublikowany w Dark Beaty i Magazyn w całości. To był mój mały sukces.http://www.darkbeautymag.com/2014/10/agata–gocal–aissa–ai–and–monika–zebrowska/

https://www.maxmodels.pl/modelka–aissa,referencje.html?ufilter=199934#!

 

MR: Rozumiem, że poszukujesz. Spotkanie poetyckie nazwałyście eksperymentalnym. Wyjaśnij, co rozumiesz pod słowem „eksperyment”, bo ono jest zobowiązujące.

AA: Nasz spektakl nazwałyśmy eksperymentalnym, bo nasza propozycja nie jest tradycyjnym deklamowaniem. Nazwałyśmy nasze zdarzenie tak, żeby uprzedzić widzów, że nie zapraszamy na typowy wieczór poetycki. Naszym celem jest takie połączenie słowa, teatru i emocji, by wskrzesić poezję. A wskrzeszenie rozumiem jako ożywienie emocji tkwiących w wersach. Za każdym słowem, obrazem, schowana jest emocja, która zdarzyła się każdej z nas 5 lat temu czy 2 dni temu. Ja ukrywam je w formie, bo lubię bawić się formą. Olga ma z kolei styl, który nazywam „ludzkim”, ona wcale nie wzbrania się przed tym określeniem. Wychodzi do drugiego człowieka, woła do niego. I właśnie… człowiek, ona używa tego słowa bardzo często w swojej poezji, równie często, jak ja słowa motyl. A że punktem wyjścia jest miłość, jej wszelkie aspekty: przemijanie, tęsknota, rozstanie, to w spektaklu emocji nie brakuje. Te emocje, które są w nas – w założeniu mają poruszyć także emocje w drugim człowieku – w widzu/widzce. Dla mnie więc to eksperyment emocjonalny.

 

AM: Miłość to uniwersalny katalizator emocji. Czy to nie nazbyt oczywiste?

AA:. Nie uważam, że miłość to coś zbyt oczywistego, bo żyjemy w poplątanych czasach, naprawdę poplątanych, zasypani jesteśmy różnymi skrajnościami, zdawać by się mogło, że mamy już wszystko, a okazuje się, że przez to wszystko nie mamy właśnie nic. Ludzie boją się uczuć, miłość zmienia się w partnerstwo, z naciskiem na partnerstwo, jest kalkulacją, w sieci wyskakują setki artykułów–poradników dotyczących oznak kryzysu w związku, nikt nie nawołuje do przepracowywania trudności w relacji. Żyjemy w czasach, w których można wymienić partnera, niczym produkt po utracie terminu ważności. Żyjemy w czasach portali społecznościowych, nikt tak naprawdę ze sobą nie rozmawia, choć paradoksalnie cały czas jesteśmy w kontakcie. Wiem, że to uogólnienia, że reguły mają wyjątki, znam wyjątki, ale marzę, by naginać te cholerne reguły.
A w spektaklu zależało mi, żeby pokazać, że miłość jest jedna, niezależnie od orientacji seksualnej. Pokazać uniwersalizm miłości, to nasz przekaz do ludzi. Chciałam opowiedzieć o dwóch kobietach, które są uwikłane emocjonalnie, choć są różnej orientacji seksualnej, ale przeżywają emocje podobnie. Olga pisze tylko do mężczyzn, a ja tylko do kobiet. Dla nas obu jest oczywiste, kogo kochamy. Dla mnie miłość do kobiety jest naturalna, nie czuję potrzeby odróżniać się w tej opowieści jako lesbijka, bo uważam, że mówiąc poezję do kobiety, już to robię. Dlatego nie podkreślam tego w scenicznej opowieści, nie akcentuję adresatki. Ten projekt nie jest manifestem lesbijskim. Jest opowieścią o romantycznej osobowości kobiecej. Obie – Olga i ja – jesteśmy romantyczkami. Ten projekt mógłby istnieć nawet wtedy, gdy obie byłybyśmy heteryczkami. Ale mimo wszystko, uważam, że dwoistość homo–hetero czyni go ciekawszym, a przede wszystkim prawdziwym. Dla mnie ważne jest, by coś było prawdziwe. Świat, gdzie wszystkie kobiety kochają mężczyzn nie jest autentyczny i to idzie także w drugą stronę oczywiście, a jednak wokół nas, mam tu na myśli szczególnie media, zazwyczaj widzimy tylko ten pierwszy.

MR: Mówisz o dwoistości homo–hetero, ale ja ich właściwie nie widzę w spektaklu. Nie szukałyście różnic? Uważasz, że nie ma różnic w miłości w relacji między kobietami a między kobietą i mężczyzną?

AA: Moim zdaniem to zależy od ludzi. To sprawa wrażliwości. Na pewno są osoby czy pary, które podtrzymują stereotyp heteronormatywny, wtedy nie ma różnic. Ale są też osoby czy pary, które eksponują swoją odmienność. Różnice są społeczne, tu nie mam wątpliwości. Też tego doświadczam. W życiu bardzo mi doskwiera, że nie ma równości małżeńskiej. Mieszkam ze swoją partnerką dwa i pół roku, chcemy wziąć ślub, możemy to zrobić za granicą, ale w Polsce będziemy nadal obcymi osobami. Nikt nam nie zakazuje, żyjemy sobie, nic się złego nie dzieje. Ale ja ciągle żyję w strachu, że będę pozbawiona kontaktu z moją ukochaną, jak coś się zdarzy, bo nie mam prawa, na przykład w szpitalu. Wiem, że teoretycznie mam, praktycznie różnie bywa, tak wynika z raportów LGBT. Nie chcę się o tym przekonywać. Podsumowując – różnice między osobami heteroseksualnymi a homoseksualnymi w życiu społecznym są, ale w tym projekcie artystycznym mnie nie interesowały, skupiłam się na podobieństwach.

AM: Powiedziałabym, że nawet podbijasz heteroseksualność. W spektaklu przywołujesz Marylin Monroe w scenie z wiatrakiem, którego podmuch podnosił ci spódnicę. To przypomina scenę z wywietrznikiem metra z filmu Słomiany wdowiec. Wyglądasz jak dziewczyna z lat 60. Precyzyjny makijaż, idealnie ułożone włosy.

AA: Lubię ten kobiecy styl, uwielbiam styl retro. Kocham czerwoną szminkę! Doprowadza mnie to do szału, gdy ktoś uważa, że to heteronormatywne, przecież… istnieję. Słyszycie, mam wysoki głos, jestem taka, tak wyglądam. Moje ruchy, mimika… taka jestem, to ja, autentyczna, więc jak mogłabym być inna? To byłoby kłamstwem, ale postać na scenie może być różna, zmierzam aktorską ścieżką, więc nie zaprzeczę, że mogłabym chociaż wykreować inną kobietę na czas spektaklu, a ja tego nie robię, a wręcz odwrotnie, nie szczędzę jej czerwieni na usta, nie szczędzę kreski na powiekę i możecie wierzyć lub nie, ale z mojej strony jest to bardzo świadomy zabieg, walczę ze stereotypem. Ty uważasz, że go utrwalam, przynajmniej tak to rozumiem, gdy mówisz, że obraz jest heteronormatywny, ja patrzę na to od innej strony, od swojej, także tej prywatnej. Jestem głosem kobiecych kobiet homoseksualnych. Będę nim już zawsze. Wiesz, co jest moją bronią? Autentyczność. Objawia się tym, że istnieję. Lepiej więc tak, czy lepiej kreować na siłę obraz, który odcina się grubą kreską od obrazu heteronormatywnego, ale nie jest autentyczny z moim ja? Lubię się wcielać, naprawdę lubię, ale w tym projekcie chodzi troszeczkę o coś innego, niż kreacja aktorska, ale o dziwo – i ona się zaznacza, ja z tego nie zrezygnowałam, nawet nie chciałabym.

AM: Jeśli nie chodzi tylko o kreacje, to mamy jednak do czynienia z performatyką. To jedna sprawa. Ponadto nie sugeruję, że trzeba coś odcinać grubą kreską, ale musimy pamiętać, że w głowach widzów/widzek jest mnóstwo klisz, do których się nieświadomie odwołują oglądając przedstawienie. Ja mogę to zdekonstruować, może inni nie, bo uznają je za „naturalne”. Tym sposobem nie rozbijasz stereotypu kobiecej lesbijki. Twój wizerunek jest przezroczysty i wzmacnia heteronormatywne myślenie. W efekcie na scenie mamy dwie atrakcyjne kobiety, w pewnym momencie w skąpym stroju. To ma poetycko–erotyczny wydźwięk, który idealnie pasuje do normatywnego wzorca. To niczego nie zmienia w świadomości widza, teza o uniwersalności nie dociera, bo lesbijka prawie się nie ujawnia. Dostrzegam ledwie jej ślady.

AA: Zaczynam spektakl tekstem, w którym wyrazista jest adresatka/bohaterka. To wiersz bezpośrednio mówi o kobiecej relacji. Może za mało wybrzmiewa, może za cicho mówię, może za szybko to się dzieje. Potem jeszcze to się przewija, już subtelnie.

***

jej oczy latem
zielenią się nadgarstki
szyje ulegają ósemkom

wyglądam jaskółek

kiedy pada tam na dole
letni deszcz
jej oczy są wulkanem
płonie zielony las
we mnie trwa wojna
ogień woda powietrze ziemia

cztery żywioły w niej
pięć we mnie

jej oczy latem.

MR: Odbiór poezji nie jest łatwy bez względu na formę, wymaga precyzji, uwzględnienia możliwości percepcyjnej widza/widzki, który/która musi się dostroić do nietypowych częstotliwości. Wiersz wymaga czasu. W przypadku znanej poezji, czasem ze szkoły, czasem z lektury samodzielnej, mamy już jakieś wskazówki interpretacyjne. Poznając nową poetkę muszę uczyć się jej języka. To jednocześnie doświadczanie i nauka. Gdy jeszcze ta nowa poezja płynie do mnie ze sceny, muszę jeszcze ją przefiltrowywać, bo dodatkowo dostałam pewną interpretację. Wszystko robi się tak hermetyczne, że przekaz może nie dotrzeć.

AA: Zdaje sobie sprawę z hermetyczności mojej poezji, między innymi z tego powodu nawet przez jakiś czas przestałam pisać. Było to mniej więcej zaraz po O”LESS Festiwalu. Przedtem chciałam wydać swój tomik, ale lęki przed nieczytelnością odwiodły mnie od tego pomysłu. Czułam, że mój kod poetycki nie trafi do ludzi. Zamroziłam moją poezję na kilka lat. Ale jakoś niedawno odezwała się do mnie znajoma mojej bardzo dobrej znajomej z artystycznej krakowskiej uczelni. Potrzebowała wierszy do swej pracy magisterskiej. Oznajmiłam, że nie jestem poetką, że nie jestem jeszcze po debiucie. Nie miało to dla niej znaczenia, moja emocjonalna poezja pasowała idealnie do jej projektu. To sprawiło, że zaczęłam zaglądać do moich notatek, odkopywać, czytać, wybierać. Spojrzałam na swoją poezję, jak na poezję kogoś innego, wreszcie złapałam dystans, a że po drodze przez ostatnie lata zmieniła się moja wrażliwość i nabrałam emocjonalnej skorupki, to zaczęłam nawet zazdrościć podmiotce lirycznej jej sposobu pisania. W tym samym czasie w Szkole Aktorskiej Machulskich zaczęłam chodzić do grupy z Olgą Wojciechowską. Okazało się, że Olga też pisze wiersze i też pisze w większości o miłości, jest kobieca i nie ucieka od tego, nie wstydzi się, nie chowa, ma tomik poetycki, ma swój poetycki dość znany fanpage. I wtedy zaczęłam sobie zadawać pytania – to było fajne, energetyzujące – dlaczego ja mając 20 lat myślałam, że coś z tym pisaniem zrobię, że świat stoi otworem, a potem porzuciłam tę myśl i skończyłam jako osoba, która swoją poezję schowała do szuflady, zaczęłam zastanawiać się, dlaczego uznałam moje emocje za gorsze, że nikt nie zrozumie moich wierszy, i z tej przyczyny nie mogę ich pokazywać. W końcu poeci/poetki piszą różnie, nie wszyscy są czytelni.

MR: Jaką odpowiedź znalazłaś?

AA: To było proste, ja po prostu zwątpiłam w siebie, w to, co piszę, za bardzo się skupiłam na myśleniu, jak nie pasuję do wyimaginowanego wzorca, bo jestem inna, dziwna, nieczytelna. Poczułam złość na siebie za takie myślenie, że się umniejszam. Wreszcie zrozumiałam, że to, co piszę, jest moje, nie mogę się cenzurować, ktoś zrozumie, ktoś nie zrozumie. Trudno, ja tak widzę, czuję, nie wymyślam metafor godzinami, one we mnie rosną, jak na przykład meteoryty spadają z granatowych księżyców w wierszu Sublimacja…

Otwieram okno, i wyraźnie zaznaczam palcami stóp

półokręgi na szorstkim parapecie.

(meteoryty spadają z granatowych księżyców)

Czy słyszysz ciszę, pomiędzy stąpnięciami poza

krawędź?

Maciupkie szczeliny wydrążone w szarej masie

upychają się, tworząc gąbkę.

Metr pięćdziesiąt sześć centymetrów emocji

ulegnie sublimacji.

tylko na jedną tysięczną minuty podniesionej do

potęgi drugiej.

To już druga noc.

(meteoryty spadają z granatowych księżyców)

Słyszysz szelest, pomiędzy przesuwającymi się

dłońmi?

Trzeciej nocy nastąpi resublimacja bytu.

Jej spierzchnięte usta nadal pozostaną suche,

a stan zapalny spojówek będzie miał kwaśny odczyn.

Biała sukienka zatańczy z wiatrem drugiego

piętra podniesionego do potęgi drugiej.

 

Mieszkałam na czwartym piętrze, kiedy

meteoryty

spadały

z

granatowych

księżyców.

 

Ta zmiana we mnie, powrót do poezji, to efekt nałożenia się tych dwóch zdarzeń – prośby malarki i spotkanie Olgi. To dało mi siłę, żeby znowu zacząć coś robić.

AM: Brzmi to jak odkrycie swojej mocy, w której wsparły cię inne dziewczyny. To opis stworzenia świadomej artystki, rodzaj wskrzeszenia. Taki mistyczny poetycki moment. Dla mnie Twoja opowieść jest symptomatyczna, choć pewnie nie tylko kobiet dotyczy, może zwykły kryzys, ale jakoś w przypadku kobiet, to częste i bolesne, dlatego trudno się przebić, przetrwać, chyba każda z nas ma to za sobą. Warto zacząć działać i tyle. I ty to zrobiłaś tworząc spektakl poetycki Motyle krwawią.

AA: Kiedy wpadłam na pomysł zrobienia spektaklu ciągle jeszcze byłam niepewna, bo przecież niedawno jeszcze odcięta byłam od poezji, jednak odrodziło się we mnie teatralne wyobrażenie słowa. Zawsze widziałam moją poezję na scenie. Lubię ją wizualizować, teraz pojawiała się szansa materializacji wizji. Pomogła mi w tym szkoła Machulskich, bo uczy mnie pracy nad tekstem, który staram się upostaciowić.

AM: Czytam wiersze, które mają swoją stylistykę, są nieoczywiste. Ale to, co piszesz, jest konsekwentne, twój poetycki świat jest spójny, podszyty ciszą, a jednocześnie pełny latających istot, kur, ptaków i owadów, najwięcej u ciebie motyli. A motyle stały się bohaterkami waszego przedstawienia.

AA: Tak, to tylko część motylich wierszy, wykorzystałam kilka. Gdy przejrzałam wszystkie swoje wiersze odkryłam, że jest więcej utworów z motylami niż myślałam. Wciąż odnajduję ten motyw. Motyle towarzyszą mi od zawsze. Jakoś pasują do mego wnętrza – emocji, przeobrażenia, barw.

MR: Od razu widać, że Ty zaproponowałaś tytuł waszego wspólnego przedsięwzięcia. Skąd się wziął, bo nie jest tak oczywisty, jak sam motyli topos?

AA: Kiedyś poczułam w sobie taką metaforę. To było dość osobiste, więc wykładnię zostawię dla siebie. Na pewno to obraz dramatycznego wewnętrznego przeżycia. Jestem miłośniczką pisarstwa Sarah Kane, więc poetyzowanie traum mnie fascynuje. Chciałam, żeby mój projekt z Olgą był o trudnej miłości, ten tytuł wydał mi się idealny. Ale mam pewien problem z tytułem, bo też chciałabym tak nazwać mój pierwszy tomik, zbiór wierszy o miłości, delikatności i cierpieniu. Pożyczyłam ten tytuł spektaklowi, ale nie planowałam, że spektakl będzie miał długie życie, a takiego tytułu szkoda na krótki dystans. Zwłaszcza, że dla mnie szczególnie ważne jest, żeby utożsamić się z tytułem, nie interesują mnie zestawy słów chwytliwych a nie przeżytych.

MR: Ty zaproponowałaś tytuł, a jak wpisała się w to Olga? Jak współpracowałyście?

AA: Pomysłodawczynią tego projektu jestem ja. Pracujemy same, bez reżysera/reżyserki. Ważne jest, że same dokonujemy wyboru tekstów, nie boimy się, że ktoś nam wyrzuci istotne dla nas wiersze. Czasem oczywiście brakuje nam trzeciego oka, ale mamy niezależność. Wszystko konsultujemy. Na pewno scenariusz pisałyśmy tak, by ta nasza uniwersalna historia miłosna była spójna, scenicznie dynamiczna, emocjonalnie różnorodna.

AM: Mam poczucie, że byłyśmy w jednolitym emocjonalnie klimacie, a sprawiła to muzyka – utwór Erika Satie Gymnopédie No.1 – popularny liryczny utwór.

AA: Muzykę akurat zaproponowała Olga, ale dla mnie jest wyjątkowo odpowiednia. Może jeszcze trzeba będzie coś skorygować. Myślę, żeby połamać jeszcze tekst, naładować obrazy jeszcze większą energią, może muzyka wtedy nabierze właściwego charakteru. Cały czas jesteśmy w procesie, badamy, mierzymy się z materią.

AM: Właśnie, materia. Sporo w waszym spektaklu przedmiotów, które wykorzystujecie właściwie tylko raz. Wspomniany wiatrak, telefon, etc. Skąd ten pomysł? Rekwizyty teatralne lubią być wielokrotnie użyte. Nabierają dodatkowych znaczeń, jak słowa w poezji.

AA: Kilka rekwizytów jest użytych jednorazowo, to prawda. Do nich zalicza się między innymi wiatrak. Tobie wiatrak kojarzy się ze sceną filmową z udziałem Marylin. Dla mnie jest czymś zupełnie odmiennym. To po prostu okno, wiatrak podwiewa mnie, a z ust płynie wiersz Sublimacja. Chcę przenieść widzów do tamtego wieczoru. To był naprawdę smutny wieczór, a może noc? To było kilka lat temu. Realnie nie stałam wtedy na parapecie, ale moja dusza tak. Pokazuję pewną dosłowność. Celowo. To taki kadr. Nie mogę użyć ponownie wiatraka, bo całość straci na wartości. Nie ma takiej możliwości nawet. A bańki mydlane? Są użyte raz, bo to coś w rodzaju „przebłysku”, coś a’la… szczypta wanilii? Telefon jest najważniejszy, on jest akcentowany wiele razy, kilka razy użyty, budujemy wokół niego swego rodzaju eskalację, która ma swój finał w ostatnich minutach spotkania. I koperta… Nasze stroje są  także rekwizytem, one właśnie nabierają znaczenia poprzez wielokrotne… no, niech będzie – używanie.

MR: Muszę jeszcze zapytać o negliż w spektaklu. Mam szczególne myślenie o ciele kobiecym w sztuce performatywnej. Myślę o nim energetycznie. Dlatego odsłanianie ciała „dekoracyjne” budzi mój sprzeciw, umieszcza je w seksistowskim kontekście.

AA: To zdecydowanie nie miało być odsłonięciem dekoracyjnym. Dla mnie nagość nie jest niczym wielkim na scenie, ale oczywiście ma znaczenie. W spektaklu robimy to raczej subtelnie i powoli, dopiero na końcu jesteśmy w koszulkach na ramiączka i majtkach. Sukcesywnie zdejmujemy nasze spódniczki zrobione z czarnej folii. Jesteśmy obrane ze skrzydeł, bo ich części były niczym skrzydła ćmy, jak wiersze, bo każdy to odsłonięcie siebie. Przez to rozbieranie pokazujemy przeobrażenie i upadek. Na zakończenie pojawia się wyraziście motyw owadzi. Bo całość zamyka komentarz lektora, który jak w filmie przyrodniczym przekazuje wiadomości o motylach. Te informacje zostały dobrane specjalne: motyle nie umieją ani kłuć ani gryźć, motyle ulegają całkowitemu przeobrażeniu, kolory motyli nie zawsze są prawdziwe, bo skrzydła pozbawione są barw. Ten komentarz miał być kontrastem do całej opowieści. Chodziło o ostudzenie, ściągnięcie na ziemię emocji. Chciałyśmy tym pokazać, że ta duszność, którą budowałyśmy, ten dziwaczny świat, nie jest do końca prawdziwy. Zależy mi, żeby widz/widzka nabrał/nabrała dystansu do zdarzenia, które choć wydaje się dramatyczne, takie nie musi być. Pod tym, co wydaje się wielkie, tkwią małe dramaty kobiece – nieporozumienia, drobne kłótnie, pomyłki.

AM: Ten męski głos odczytuje zgoła inaczej. Opowiadacie słowem i obrazem o swoim subiektywnym świecie, kobiecej emocji, zyskujecie autonomię. A całość podsumowuje męski głos naukowym komentarzem. Jakby przywoływał te szaleństwa do porządku. Głos z offu jest jak głos boga, który mówi z oddali, z wysokości. W kulturze to na pewno nie jest neutralne. Znaczące jest wpuszczanie mężczyzny do misternie stworzonego – choćby na chwilę – kobiecego świata.

AA:Dla mnie to zbyt daleko idące wnioski. Nie miałam tego na myśli, postrzegam świat równościowo. Dla mnie to lektor obiektywny. Oddzielam go od znaczeń.

AM: Ale niektórzy widzowie/widzki nie oddzielają. Dobrze wziąć po uwagę szerokie spektrum interpretacyjne.

MR: Ale jeśli założeniem była uniwersalność, to ten męski głos jest wpasowany w koncepcję, on kontra dziewczyny z niezaznaczoną odmiennością seksualną, a zaznaczoną wspólnotą emocji i doświadczeń. Możemy się z tym nie zgadzać, ale spektakl zostaje w uniwersalnym polu, dla mnie w sumie heteronormatywnym.

AA: W moim postrzeganiu, jeżeli kobieta na scenie mówi do kobiety w sposób romantyczny, kobieta jest nadawcą miłosnego wiersza, a adresatką też jest kobieta, to spektakl nigdy już nie będzie miał pola heteronormatywnego. Nigdy.

AM: Dokładnie tak samo myślę, ale ten ślad nieheteronomatywny jest tak nikły, jak ledwie wyczuwalny puls. Więc spektakl pozostaje w ogólnym wyrazie heteronormatywny. Nie ma znaczenia, że my wiemy, że jest inaczej. Widać co widać.

MR: Na koniec zadam banalne pytanie. Po co ci poezja? Lesbijki lubią poezję, bo tania, bo intymna, bo służy badaniu siebie i wyrażaniu uczuć, tyle oznacza pisanie poezji w lesbijskim kontekście.

AA: Nigdy nie pisałam, dlatego że jestem lesbijką. Poezja jest związana z moją romantyczną naturą. Tematem moich wierszy jest przede wszystkim miłość, to jej główny przedmiot, a że kocham kobiety, to jest ona lesbijska, ale nie z założenia. W sumie moją poezję nazwałabym homoerotyczną, tak jak poezję Olgi nazwałabym heteroerotyczną.

MR: To chyba najlepsza puenta. Ale pożegnajmy się wierszem.

 [Jestem]

Bez Ciebie marzną moje

obojczyki

rzęsy przekrzywiają się w kierunku

na wschód

kąciki ust szeleszczą

milczeniem

więc/

gdyby moje serce miało

struny

mruczałoby bluesa o piątej

nad ranem taplając się

w czystej nagości przemijającej

nocy

Byłabym kotem

a jestem tylko

kobietą z blizną pod piersią

Twoją i jeszcze czystą

 

Damski TANDEM Twórczy (Agnieszka Małgowska & Monika Rak), Teatralia Warszawa 

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer  226/2018
Aissa Ai – uczennica szkoły aktorskiej, absolwentka szkoły wizażu i stylizacji, była słuchaczka studiów psychologicznych, autorka wierszy /poezja do kobiet i o kobietach, L/ opowiadań i tekstów piosenek, eksperymentatorka, fotomodelka, uwielbia czerwoną szminkę i kawę z cynamonem.
Damski TANDEM Twórczy: Monika Rak & Agnieszka Małgowska. Istnieje od 2009, przygotował cykle: literacki Żywe radio, performatywny Maryjan i Krystina, filmowy Kino lesbijskie z nutą poliamoryczną: czytanie dramatu Portret lesbijek we wnętrzu; spektakle: Orlando. Pułapka? Sen, Fotel w skarpetkach, 33 Sztuka, Czarodziejski flet, dokument L. Poetki, organizuje O’LESS Festiwal, cykl debat Kobieta Nieheteronormatywna, zainicjował projekt archiwizujący A kultura LGBTQ+ nie poczeka oraz stowarzyszenie SISTRUM. Przestrzeń Kultury Lesbijskiej*.
Agnieszka Małgowska – absolwentka WOT–u, reżyserka, trenerka teatralna, scenarzystka, nauczycielka literatury.

Monika Rak – absolwentka WOT–u, aktorka, dramatopisarka, realizatorka autorskich filmów dokumentalnych, videoartów, graficzka.