O TEATRZE LESBIJSKIM W POLSCE (XIX)

O TEATRZE LESBIJSKIM W POLSCE (XIX)

Nie powiem Ci nic / Musisz wiedzieć sam
fragment tekstu ze spektaklu

Rozmowa o spektaklu Rewolucje. Lena Bielska & Justyna Zielińska. Homoletyka w ramach Dotknij Teatru.

Agnieszka Małgowska: Od dawna czekałyśmy na rewolucyjny spektakl/manifest, dlatego ucieszyła nas wieść, że w Łodzi 1 kwietnia 2017 w ramach dwudniowej, poświęconej teatrowi LGBTQ, Homoletyki, będącej częścią festiwalu Dotknij teatru, odbędzie się premiera spektaklu Rewolucje autorstwa Leny Bielskiej i Justyny Zielińskiej.
Monika Rak: Czekałyśmy na feministyczno-lesbijskie przedstawienie, które przygotowałyby kobiety, bo już opisywałyśmy spektakle wywrotowe. Taki charakter miało Cokolwiek zdarzy się kocham cię – dzięki energii, strukturze teatralnej i tekstowi Wojcieszka. Taki był też Czarodziejski flet, czyli kto ukradł pianino Tamina, bo wyszedł spod ostrych piór feministy Floriana Nowickiego i feministki Katarzyny Bratkowskiej.
AM.: Ale brakowało spektaklu, który w centrum umieściłby kobiety nieheteronormatywne – ich zaangażowane działania wyrażone bezkompromisowo. Łódzkie Rewolucje już samym tytułem – oczywistym i prostym – zaostrzały apetyt na coś buntowniczego.
MR.:
Taki tytuł zobowiązuje. Sama etymologia słowa zapowiada przewrót. Trudno nie oczekiwać mocy – uderzenia emocjonalnego, agitki, formalnego zaskoczenia. Rewolucja angażuje, niszczy, wywraca. Z takiego spektaklu chcę wyjść albo zbuntowana, albo poruszona, albo zainspirowana, a wyszłam z przekonaniem, że nie zdarzyło się nic.

AM: To mocne słowa, ale opis przedstawienia wiele obiecywał. Muszę go zacytować:

REWOLUCJE to spektakl, który łamie konwencje kultury i popkultury powszechnej, utartej, znanej, oswojonej, akceptowalnej, gładkiej, zamkniętej, elitarnej.
REWOLUCJE łamią schemat teatru aktora i desek, a wprowadzają nową wizję teatru audiowizualnego i performatywnego łącząc w sobie żywe organizmy aktorskie z przestrzenią narracji audiowizualnej. Osią spektaklu jest fabuła oparta na wizji zmian społeczno-obyczajowych w ostatnich latach na podstawie ludzkiej relacyjności, więzi, zależności, związków, układów, relacji władzy, eksperymentów relacyjnych, wielu złożonych tożsamości, ucieczki i zerwania kontaktów z własnymi emocjami na rzecz progresywnych społecznych idei.

REWOLUCJE można uznać za lesbijsko-queerowy manifest oparty na rozdarciu pomiędzy łamaniem opresyjno-patriarchalnych konwencji relacyjnych a zwierzęcą, wyjącą tęsknotą za przynależnością do stada
MR.: Autorka tekstu uporczywie wspomina o „łamaniu” konwencji kultury, opresyjno-patriarchalnych konwencji relacyjnych i schematu teatru. Raczej trudno spodziewać się „przewrotności”, która przybierze formę grzecznego przedstawienia. A jednak.

AM.: To rzeczywiście byłoby przewrotne, ale chyba nie tędy droga. Warto zadać sobie pytanie: jak rewolucyjność mogą rozumieć autorki, skoro nie znajdujemy w propozycji Bielskiej i Zielińskiej związku z klasyczną definicją rewolucji. Zatem pytam, czy samo bycie osobą nieheteronormatywną jest rewolucyjne? Czy rewolucją jest publiczna artystyczna ekspresja swej orientacji seksualnej lub tożsamości? Czy łączenie tematu nieheteroseksualności z katolicyzmem, sadomasochizmem i feminizmem to rewolucja?
Jeśli na wszystkie te pytania padają pozytywne odpowiedzi, to spektakl jest wyrazem rewolucyjności – a punkt odniesienia
stanowi osoba heteroseksualna lub osoba nieheteroseksualna, dążąca do asymilacji społecznej, dla której dyskomfortem jest inna niż obowiązująca orientacja seksualna. Jedynie więc założenie, że publiczność stanowić będą konserwatywne bogobojne osoby, jest tropem usprawiedliwiającym tytuł przedstawienia.

Niestety podejrzewam, że autorki zakładały ograniczoną tolerancję odbiorców/czyń wobec nieheteroseksualizmu. Liczyły na szok przez naruszenie normatywnej moralności widzów/ek. To dla nich są obrazy erotyzmu – scena sadomaso oraz scena orgazmiczna z videoartu Liliany Piskorskiej. Obie ilustrują typowy sposób konfrontowania widza/ki z tematem relacji nieheteroseksualnych – pokazując mu seks dwóch kobiet.
MR.: Dwa słowa o tych scenach. Video. Kamera pokazuje dwie pary spodni na wysokości bioder. To ma być centrum naszej uwagi przez kilka minut. Widzimy rozsunięty rozporek, wystające włosy łonowe, ręce wkładane do majtek, ruchy sugerujące drażnienie łechtaczki, na koniec jesteśmy świadkiniami (chyba) orgazmu. Scena. Klasyczna sytuacja sadomasochistycznej gry, jedna z bohaterek ma w prawej ręce pejcz, w lewej smycz, na której trzyma drugą bohaterkę. Domina i jej suka. Jaki jest prosty przekaz tych scen? Istotę nieheteroseksualności – jak podpowiada sam wyraz – stanowi seksualność. Oczywiście ta wyuzadana, dziwaczna. Stereotyp.
AM.: Ale nawet gdyby uznać takie widzenie za konieczność, to trudno mówić w tym przypadku o emocjonalnym szoku z powodu rąk w kobiecych majtkach. Prawdziwie skrajne emocje związane z tym motywem wywoływał spektakl 4:48 Psychosis Jarzyny. Tam aż wrzało.

MR.: A wrzenie to istota rewolucji. Tymczasem tutaj energetycznie i emocjonalnie jest tylko letnio. A przecież twórczynie zapowiadały, że spektakl pokazuje spektrum bardzo silnych i skrajnych emocji. Nie było ich w aktorkach, nie było w konceptach scenicznych. Mocy sceny nie tworzy rekwizyt jak np. pejcz, ani podniesiony głos, ani postawa ciała. Sceny to energia. Twórczynie utrzymały ją niemal na jednym poziomie, podczas gdy powinnyśmy przeskakiwać z ukropu w ukrop.

AM.: Brak rozgorączkowania to duży zarzut wobec spektaklu, który miał być rewolucyjnym manifestem. Szczególnie w kluczowej scenie, która jest sercem przedstawienia. Kompozycyjnie, bo znajduje się, mniej więcej, w połowie spektaklu i ideologicznie, ponieważ w niej expresis verbis – bezpośrednio do publiczności – została wypowiedziana idea manifestu.

MR.: A tą sceną-sercem, której matronuje Matka Boska, jest fragment, który przypomina uliczny happening. Jedna z bohaterek (Lena Bielska) przemierza leniwie scenę z pejczem zarzuconym na szyję. Druga (Justyna Zielińska) stoi twarzą do widzów. Kobiety wymiennie wykrzykują te same hasła. Dzielą się objawieniem Matki Boskiej, która pokazała się w bladej poświacie i oznajmiła:
Pieprzcie się dziewczyny i kochajcie. Bo za każdym razem jak się pieprzycie, to wygrywacie.
Seks lesbijski błogosławiony przez Najświętsza Panienkę ma być wyrazem wolności, seksualna motywacja ma zachęcić kobiety do wyjścia na ulicę, by bezceremonialnie manifestowały siebie.

Najwyższy czas wyjść z łóżek i wyjść z klubów na ulicę. Uroczyście ślubuję: będę twoim snem a ich koszmarem. Będę twoją akcją, twoją ziemią, obudzę cię, przerżnę, napompują krwią, ugryzę, wywlokę z łóżka. Będą Twoją rewolucja, będą twoją ewolucją. Odrzucam reakcyjnych mężczyzn, odrzucam reakcyjne media, reakcyjne ulice, heteroreakcyjny seks. Podepczę listy obecności, podepczę przysięgi, napluję na symbole. Będę twoim snem a ich koszmarem

AM.: To przesłanie czytają widzowie/dzki; zostało zapisane na kartkach, które artystki rozrzucają na widowni. Takie słowa mogłyby nas podrywać z foteli, ale na scenie brakowało energii. Manifestacja bez pełnego zaangażowania i hasła wykrzykiwane bez przekonania – tyle zostało w pamięci ze sceny/manifestu feministyczno-lesbijskiego.
MR.: O tę scenę mam największy żal do twórczyń. Jakby nie rozumiały, w czym biorą udział. Gdybym dostrzegła cudzysłów, mogłabym potraktować to jako żart. Żeby to jeszcze było kampowe, ale nie ma do takiej interpretacji przesłanek.

AM.: Mimo swej niedoskonałości scena/manifest pozostaje poza uproszczonym podziałem kompozycyjnym spektaklu. Przyjrzyjmy się tej konstrukcji, przypominającej zbiór luźno powiązanych wprawek teatralnych, które da się ułożyć w pewien wzór. Dostrzegam dwa główne nurty scenicznej opowieści. Pierwszy nazwałabym intymnym – to usymbolizowana historia relacji bohaterek. Tworzy klamrę spektaklu i ma dwa oblicza, Jedno, romantyczne, budowane jest scenami: opowieści o poznaniu na tle videolasu, wyznania miłosnego z wyciem wilka w tle, pieśnią miłosną z gitarą, pożegnalnych monologów. I drugie oblicze – przemocowe, które ujawnia się w dwóch scenach – sadomaso i bójki.

MR.: Drugi nurt nazwałabym nomenklaturowym, gdyż rządzą nim definicje – w jednej scenie słyszymy formułki określające typy relacji międzyludzkich, w drugiej scenie padają nazwy orientacji/tożsamości psychoseksualnych.
AM.: Tak jak ciebie złościła scena/manifest, tak mnie raziły bardziej sceny definicyjne. Suchy naukowy tekst na scenie wymaga dobrego pomysłu: po pierwsze, żeby dotarł, po drugie, by nie znudził. To mogły być mocne sceny – przemawiające analitycznym chłodem, a były pustym wypowiadaniem słów, w naprędce skonstruowanej sytuacji scenicznej. W scenie definiującej płcie/orientacje/tożsamości głównym rekwizytem jest dmuchana lala z sexshopu. Słyszymy: płeć genitalna, genotypowa, hormonalna, mózgowa, psychiczna, metrykalna. nienormatywność, transseksualizm, transgenderowość, queer, podczas gdy bohaterki, siedząc na krzesłach, trzymają lalkę między sobą, jedna (Justyna Zielińska) okleja ją wąsami oderwanymi z wyklejanek, druga (Lena Bielska) markerem maluje penisa w okolicy otworu waginalnego, a potem dodaje kreski imitujące owłosienie. Ale słowa i działania nie współgrają ze sobą. Nie wzmacniają się wzajemnie.
MR.: Nie ma nawet rytmicznego nerwu, który zamieniłaby te wyliczanki w formistyczną zabawę. Rzucane w przestrzeń pojęcia, pękały jak bańki. Szkoda. Bo rozumiem, że miał to być edukacyjny element spektaklu.

AM.: Trudno się nie zgodzić. Podobnie jest z drugą sceną definicyjną, w której wypowiadane są określenia relacji międzyludzkich. Ich splatanie obrazuje tworzenie sieci/pajęczyny z nitek rozciąganych w przestrzeni. Ponadto sam koncept zużył się i zwyczajnie wydaje mi się tautologiczny. Więzi jako splątane nitki – to połączenie znamy. Nie rozbija typowego związku. To właśnie przykład niewykorzystania rekwizytu, który w rożnych kontekstach, np. przestrzennych, mógłby nadać słowom innego znaczenia. Przez nowe widzenie – usłyszeć je.

MR.: Niestety, w całym spektaklu tekst nie jest wzbogacany ani przez przestrzeń, ani interakcję miedzy bohaterkami, ani przez rekwizyty. Główny pomysł w warstwie werbalnej polega na powtarzalności całych partii tekstu. Tak jest niemal w każdej scenie. Rozumiem, że to sposób na utrwalanie w głowach odbiorców/czyń przekazywanych myśli. W scenie z Matką Boską wypowiadane frazy pojawiają się też – jak już wspominałyśmy – na rozrzucanych kartkach etc. Bylebyśmy nie zapomnieli/ły, o czym była mowa. Przeczuwam wielką wiarę twórczyń w moc słowa, wiarę, że to one przenoszą treści. Jednak bez reprezentacji scenicznej repetycje nie służą niczemu poza samym powtarzaniem. Paradoksalnie, słowa często nie docierały do uszu publiczności. Albo zagłuszała je muzyka, albo uniemożliwiały to – szczerze mówiąc – niedoskonałości dykcyjne aktorek.

AM.: Chwilami to jedyny powód, który zmuszał do wsłuchania się w słowa. Tak było już w pierwszym monologu. Podejrzewałam zmienne używanie końcówek rodzajowych – męską i żeńską. Wydawało się, że to może być celowy zabieg, jednak okazało się, ze zamazywała je niewyraźna artykulacja, bo bohaterka (Lena Bielska) konsekwentnie mówiła o sobie w rodzaju męskim. Natomiast druga z kobiet (Justyna Zielińska) w całym przedstawieniu stosowała końcówki żeńskie. Jednak w scenie przedstawiającej pierwsze spotkanie obie zgodnie używały końcówki niemęskoosobowej – spotkałyśmy się, znalazłyśmy się. Obserwujemy jedyny moment w spektaklu, kiedy są w harmonii. Gramatyka to potwierdza.

MR.: Rzeczywiście, to incydentalny moment harmonii, bo spektakl składa się z elementów, które nie wchodzą ze sobą w skomplikowane związki, powiedziałabym nawet, że rzadko w ogóle wchodzą w interakcje. Jeśli już –to przypadkowo.
AM.:
Najlepiej widać to na przykładzie serii wizualizacji Liliany Piskorskiej, artystki, która zajmuje się wizualną sztuką feministyczną. Dobrze się je ogląda, ale nie są integralną częścią przedstawienia. Ja zawsze traktuję spektakl jako całość, dlatego nie lubię oddzielać warstw, wskazując na te lepsze lub gorsze. Bo co z tego, że muzyka czy videoarty są świetne, skoro nie konweniują z resztą, skoro nie wrastają w spektakl. Myślę, że lepiej, by żyły swoim życiem. Videoarty Piskorskiej są osobne. Obraz filmowy i akcja sceniczna nie wchodzą w dialog. Są wyjątki – dwukrotnie towarzyszy aktorkom: w scenie manifestu – tu jest tłem, pokazującym ulicę, i w scenie opowieści o spotkaniu bohaterek – wówczas na ekranie dzieli je ciemny las. Pozostałe filmiki oglądamy pomiędzy scenami teatralnymi. To link do reklamówki, która składa się z fragmentów videoartów Piskorskiej https://www.youtube.com/watch?v=LD6p_aGNMKc

MR.: Zatrzymajmy się przy nich. Utrzymane są w dwóch stylistykach. Pierwsza jest noktowizyjna, prócz lasu pokazuje wnętrze domu. Podglądamy dziewczynę w łazience, jej higieniczną intymność, nagie ciało, które na koniec, w półcieniach, bohaterka eksponuje przed kamerą. Obserwujemy tajemny mroczny świat kobiet, który widzowie/ki podglądają jak przez noktowizor. To świat intymny, niedostępny dla każdego. Dlatego nie widać bohaterek, są za mgłą albo dostrzegamy je „częściowo”. Do tej stylistyki zaliczyłabym też video ze wspomnianą już werystyczną sceną erotyczną – choć tu już nie ma tego klimatu i kolorystyki. To trochę tak, jakby ukryta rzeczywistość dopuściła nas do siebie – na chwilę. Od razu ekshibicjonistycznie. Drugi rodzaj wizualizacji nazwałabym ulicznym. W tych videoobrazach widzimy miasto, dokładnie Łódź, która jest filmowana w świetle dziennym i o zmroku. To przestrzeń publiczna, w której dostrzegamy pełne postacie bohaterek, nawet twarze. Ale wokół nich nie ma ludzi, jakby żyły na bezludnej wyspie. Są częścią świata, ale się z nim nie komunikują.
AM.: Dopiero w teatrze bohaterki konfrontują się z ludźmi. Może to jedyna czasoprzestrzeń, w której na swoich warunkach kobiety nieheteronormatywne mogą opowiadać lesbijską herstorię, w dowolnej konwencji. Po swojemu.

MR .: Tym sposobem wracamy do rzeczywistości spektaklowej, której podstawą – czego dotąd nie podkreśliłyśmy – jest historia miłosna. Wbrew pozorom najwięcej scen opowiada o relacji bohaterek. Przedstawienie zaczyna się od podwójnego wyznania miłosnego i kończy podwójnymi monologami pożegnalnymi.
AM.: A jaka jest ta historia? Dwie dziewczyny spotykają się w upalny dzień u schyłku lata. Odnajdują się w tłumie ulicznym, spędzają godziny w parku na rozmowie. Ich związek trwa 5 lat. I od początku przesycony jest lękiem. Tekst, który został mi w pamięci, mówi właśnie o niepokoju, strachu:
Boję się boję się, bo jak powiem, to Ty znikniesz.
Nie nazwę cię, bo znikniesz.
MR .: Upraszczając – to klasyczne chciałabym, a boję się. Pogłębiając – bohaterki nie potrafią zaangażować się w związek. Wciąż są gotowe do ucieczki. Nawet w scenie pierwszego spotkania na ulicy, kiedy czułam, że dziewczyny zmierzają w jedną stronę, dzielił je ciemny videolas, który wizualizuje ukrywany stan emocjonalny – zagubienie – lub antycypuje „barwę” relacji obu kobiet. Potem każda „ciągnie” w swoją stronę. Kiedy są blisko fizycznie – walczą. Najpierw tę walkę dopasowują do schematu gier sadomasochistycznych:
Mam kontrolę
Kiedy nie chce – nie masz nic
Kiedy ja chcę – musisz

AM.: Dziewczyny uciekają się do teorii wolnych wilczyc, ale lęk przed bliskością rządzi ich relacją. Scena, kiedy jedna z nich (Lena Bielska) z gitarą w ręku śpiewa pieśń o wymarzonych miejscach, do których mogłyby wrócić, ale serce nie pozwala zejść z obranej drogi. a druga (Justyna Zielińska) jednocześnie mówi o tym, że łatwiej żyć samotnie – to symultaniczny wyraz pragnień każdej bohaterki. Zapowiedź rozstania. Już wiemy, że kobiety nie zdołają się porozumieć.

Ta nie-moc zamienia się w prze-moc fizyczną, która już nie mieści się grach słownych. Wtedy następuje koniec. Bohaterki w dwóch monologach pożegnalnych zamykają swoją miłosną historię i cały spektakl.
MR.:
Moim zdaniem ta napisana poetyckim językiem love story wystarczyłaby na proste przedstawienie o bliskiej relacji dwóch kobiet. Powiedziałabym, że to byłoby uczciwe, bezpretensjonalne i bez obietnic rewolucyjności, które nie zostały spełnione. Taki spektakl wolałbym zobaczyć, choć szukam przedstawienia, w którym latałyby labrysy.
AM.: est szansa, że wtedy wybrzmiałby motyw wilczy, który stanowi klamrę spinającą spektakl. Motyw ten zaczyna i kończy przedstawienie. Pojawia się już w pierwszym tekście o zwyczajach wilków, widzimy go w na ekranie, Aż prosiło się o rozwinięcie wątku, jednak autorki nie wykorzystują jego potencjału. Nie widać śladu związku z Biegnącą z wilkami Clarissy Pinkolii Estes, symbolicznej opowieść o kobiecej mocy, wolności, niezależność, którą ucieleśniają wilki. Wprawdzie bohaterki Rewolucji porozumiewają się ze sobą jak wilczyce – zapachem i wyciem, ale nie mają w sobie wilczej natury. Są zbyt zalęknione, o czym już wspominałam. Nie mają tej drapieżnej energii, siły zwierzęcości.

MR.: Myślę, że całe przedstawienie to cień, pomysł, który się nie ucieleśnił. Został ledwie naszkicowany.
AM.: Jest jednakże dowodem tworzenia opowieści lesbijsko-queerowej, próbą poszukiwania formy wyrazu. Bez wątpienia spektakl to wyraz ekspresji jednej z jej twórczyń, Leny Bielskiej, która dedykowała go swojej dziewczynie.

MR.: Bardzo żałuję, że po przedstawieniu nie było spotkania z autorkami. Skoro dzieło nie broni się samo, rozmowa mogłaby wiele wyjaśnić, pomóc zrozumieć intencje, motywacje, zamierzenia artystek. To dla mnie też wartość. Wydaje się też konieczne zwłaszcza wtedy, gdy takie przedstawienie zostaje pokazane podczas ogólnopolskiego projektu Dotknij Teatru.
AM.: Dwudniowa Homoletykajak zapowiadali organizatorzy – miała być okazją, by zapoznać się z pełnym przekrojem problematyki LGBTQ w Polsce. Przyświecało jej popularne hasło Niech nas zobaczą. Jak się okazało, to widzenie nie obejmuje zjawiska, jakim jest właśnie teatr/performens lesbijski w Polsce. Jego reprezentacją były Rewolucje i koncert/performens zespołu Mięta. I to cieszy, ale oba zdarzenia pozbawiono odpowiedniego kontekstu intelektualnego, a przez to de facto zostały pominięte.
MR.: Mówisz o panelu „Dramat seksualności – seksualność dramatu”, który stał się przede wszystkim opowieścią o gejowskim teatrze. Jedyny punkt odniesienia stanowił główny nurt sztuki, w którym gejowski dramat i teatr znalazł swoje miejsce. Lesbijskie dramaty i spektakle to incydenty. Z tej perspektywy teatralne działania kobiet nieheterosekualnych to przypis, a podkreślane jest to wciąż przez powtarzanie tekstów o niewidzialności lesbijek. Tymczasem lesbijki i geje w teatrze i dramacie idą różnymi drogami – przynajmniej w Polsce. Warto to podkreślać, a nie utrwalać stereotyp, że geje tworzą swój język teatralny, a lesbijki nie.
AM.: A taki stereotyp utwierdzany jest przez nienaświetlanie tego, co lesbijskiego dzieje się poza mainstreamem. Dziś to jest możliwe, bowiem lesbijskie teatralne/performatywne działania mają swój charakter, narracje. Wystarczyła debata, wykład albo choć przedstawicielki podczas wspomnianego panelu. Ale to się nie zdarzyło.
MR.: Rozumiem, że jeszcze 5 lat temu, kiedy nie pisało się i nie mówiło o lesteatrze, takie „niedopatrzenie” mogło mieć miejsce. Ale teraz jest inaczej. Dlatego to, co się zdarzyło na Homoletyce, zasadniczo wykrzywia obraz homoteatru w Polsce. Bo hasło Niech nas zobaczą zobowiązuje. Paradoksalnie oświetla się to, co już jest widoczne, a nie to, co wymaga wydobycia z cienia. Żeby to wreszcie zmienić, rozmowa w przestrzeni publicznej musi uwzględniać różne perspektywy.
AM.: Mam nadzieję, że kolejne wydarzenie organizowane przez oficjalne instytucje teatralne
poważnie potraktuje teatralno-performatywne aktywności kobiet nieheteronormatywnych.

MR.: A my przestaniemy jak zdarte płyty powtarzać, że z teatrem lesbijskim w Polsce nie jest tak, jak się na pierwszy rzut oka wydaje.

 

Damski TANDEM Twórczy (Agnieszka Małgowska & Monika Rak), Teatralia Warszawa

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 203/2017

Damski TANDEM Twórczy: Monika Rak & Agnieszka Małgowska. Istnieje od 2009, przygotował cykle: literacki Żywe radio, performatywny Maryjan i Krystina, filmowy Kino lesbijskie z nutą poliamoryczną: czytanie dramatu Portret lesbijek we wnętrzu; spektakle: Orlando. Pułapka? Sen, Fotel w skarpetkach, 33 Sztuka, Czarodziejski flet, dokument L.Poetki, organizuje O’LESS Festiwal, cykl debat Kobieta Nieheteronormatywna, zainicjował projekt A kultura LGBT+ nie poczeka.

Agnieszka Małgowska – absolwentka WOT-u, reżyserka, trenerka teatralna, scenarzystka, nauczycielka literatury.

Monika Rak – absolwentka WOT-u, aktorka, dramatopisarka, realizatorka autorskich filmów dokumentalnych, videoartów, graficzka.

dtandemt.blogspot.com