„Teatr ma prawo do ryzyka artystycznego” (XXIII Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych)

„Teatr ma prawo do ryzyka artystycznego” (XXIII Międzynarodowy Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych)

W tym roku „Teatralia” patronowały kolejną edcyję Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjmnych. Poniżej publikujemy rozmowę Dominiki Łarionow z Ewą Pilawską.

Wszyscy w 2017 roku mówią o awangardzie. Tematem XXIII Międzynarodowego Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych jest „awangarda jako stan umysłu”. Jaki to stan?

To stan umysłu, bez którego teatr i sztuka by się skończyły.

A nie skończyły się? Niektórzy twierdzą, że tak…

Absolutnie nie. Oczywiście, współczesny stan umysłu, który nazywamy awangardowym, jest zupełnie różny od tego sprzed stu lat, ale nadal jest to stan niezgody, bezkompromisowości, związany z potrzebą otwierania nowych drzwi, choć oczywiście nie tak radykalny jak sto lat temu. Jeśli współcześni twórcy nie mieliby otwartych głów, stalibyśmy w miejscu.

Czy, paradoksalnie, awangarda dopasowała się do realiów?

Droga, przez którą przeszli twórcy w ostatnich stu latach, doprowadziła ich do punktu, w którym są teraz. Teatr się zmienił. Gdybyśmy kultywowali postawę sprzed stu lat, nie otwierając się na nowe myśli, bylibyśmy nieawangardowi. Co to znaczy awangarda? Zadajmy sobie pytanie – czy powołanie nowej estetyki na scenie zawsze jest awangardowe? Nie wiem, to kwestia terminologii, a mnie nie chodzi o terminy, dużo ciekawsze jest postawienie pytania o to, jakimi gestami i myślami współcześni twórcy teatru nas uwodzą, poruszając nasze umysły, nasze emocje.

Z jednej strony świat sztuki różni się od tego sprzed stu lat i twórcy mają wciąż potrzebę przekraczania granic, która pozwala im tworzyć. Jednak z drugiej strony ci sami twórcy dobrowolnie godzą się na funkcjonowanie w pewnym systemie związanym z finansowaniem instytucji kultury. We współczesnym teatrze dyrektor musi myśleć szerzej, nie tylko o kwestiach artystycznych.

Teatrem po części rządzi również prosta prawidłowość ekonomiczna. Nie chcemy się z tym pogodzić, trochę się tego wstydzimy, trochę nam z tym niewygodnie. Jednak współczesny teatr ma pewne cechy rynkowe. Bez odbiorcy, który świadomie kupuje bilet, nie ma teatru. Nie ma w tym nic pejoratywnego, nie ma nic złego w tym, że artysta ma prawo do godnego życia czy otrzymania wynagrodzenia za swoją pracę, dzięki której może utrzymać rodzinę. To naturalna konsekwencja funkcjonowania teatru w obecnej rzeczywistości.

Skoro teatr funkcjonuje na rynku, czy jest narażony na konkurencję? Czy można powiedzieć, że jest również obciążony ryzykiem rynkowego „bankructwa”?

Podjęła Pani ważny problem – ryzyko jest wpisane w teatr. Z jednej strony podejmuje je artysta, który tworzy spektakl. Żadna twórczość nie ma sensu bez ryzyka i odwagi artystycznej. Reżyser ryzykuje, wybierając temat, realizując go, a wreszcie konfrontując z widownią i jej oceną. Z drugiej strony ryzykuje dyrektor, który odpowiada za repertuar teatru. On ponosi konsekwencje związane z wyborem i bierze na siebie cały ciężar odpowiedzialności za spektakl, zarówno jego stronę artystyczną, jak i ekonomiczną.

Kto bardziej ryzykuje – dyrektor czy reżyser?

Nie da się tego porównać. Reżyser podejmuje ryzyko w indywidualnej przestrzeni twórczości, która jest niewymierna. Dyrektor stwarza profesjonalne warunki do pracy, jednocześnie to on ponosi wszystkie wymierne konsekwencje.

Czym są te „wymierne konsekwencje”?

Monika Strzępka i Paweł Demirski, których „Triumf woli” niezwykle energetycznie otworzył tę edycję Festiwalu, zrealizowali niedawno telewizyjny serial „Artyści”. Przewijał się tam m.in. wątek audytu, który pokazał sytuacje związane z codziennością pracy w teatrze. Audytorów nie interesowała ani sztuka, ani artyści, ogólnie mówiąc – czynnik ludzki. W teatrze zdarza się tak, że premiera nie dochodzi skutku, ponieważ na przykład aktorzy w związku z brakiem porozumienia artystycznego z reżyserem składają rolę. Tymczasem dla wspomnianego „audytora” ważne są liczby, rachunki, wpływy i wydatki. To zrozumiałe – teatr jako instytucja publiczna funkcjonuje w sferze finansów publicznych, dlatego bardzo ważny w teatrze jest główny księgowy i zastępca dyrektora do spraw administracyjnych. Ale jednocześnie wszyscy powinni pamiętać, że teatr musi mieć prawo do ryzyka artystycznego, a twórca musi mieć prawo do błędu. Oczywiście nikt nie pracuje nad przedstawieniem z przekonaniem, że powstanie zły spektakl. Musimy jednak liczyć się z tym, że nie każdy będzie spektakularnym sukcesem.

No właśnie – jak odpowiada pani na pytanie, dlaczego dany spektakl zagrano dwadzieścia, a nie na przykład sto razy?

Zdarza się, że bardzo dobrze zrealizowany spektakl bardzo szybko schodzi z afisza. Trudno jest w takiej sytuacji odpowiedzieć dlaczego tak się zdarzyło, po prostu tak oceniła go widownia. Teatr nie jest tabelką wypełnioną cyframi, ale wspólnotą, miejscem spotkania ludzi – indywidualnych twórców i indywidualnych widzów.

Mówiąc o kondycji współczesnego teatru trzeba przyznać, że łódzki festiwal ma ciekawą nazwę, zapożyczoną od George’a Bernarda Shawa, który wprowadził określenie przyjemności i nieprzyjemności do nazw zbiorów własnych dramatów.

Festiwal przeszedł długą drogę. Na początku był trochę zamiast repertuaru Teatru Powszechnego. Zapraszałam nieskomplikowane scenograficznie spektakle z Polski, w których występowali popularni i lubiani aktorzy.Od początku miał formę otwartą i w jakimś sensie zachowujemy to do dziś, nie zamykając Festiwalu w określonych granicach czasowych.

Najpierw festiwal prezentował tylko sztuki „przyjemne”. Potem nadszedł czas na „nieprzyjemne”…

To był naturalny krok dalszego rozwoju. Teatr Powszechny zaczął funkcjonować jako ważny punkt na kulturalnej mapie nie tylko Łodzi, ale też Polski. Wtedy przyszedł czas na dalszą, konsekwentną pracę nad repertuarem Festiwalu. Chciałam pokazać łódzkiej publiczności spektakle między innymi Jerzego Jarockiego, Krystiana Lupy, Grzegorza Jarzyny, Krzysztofa Warlikowskiego, Mai Kleczewskiej…

To olbrzymia zmiana repertuarowa…

Tak. I ryzykowna. Ale starałam się przygotowywać publiczność do odbioru spektakli. I teraz mam wielką satysfakcję, gdy widzowie dopytują się, czy za rok będą mogli zobaczyć na przykład nowy spektakl Krystiana Lupy.

Podjęte ryzyko opłaciło się. Gracie ponad 350 przedstawień rocznie, odwiedza was ponad 150 tysięcy osób w sezonie, to imponujące nie tylko w skali Łodzi, ale i w skali kraju.

Szacunek widowni jest najbardziej obiektywną oceną, bo w teatrze widz jest najważniejszy. Długo pracowałam na zaufanie publiczności, długo walczyłam o Festiwal, który startował bez dotacji finansowych – stałe dofinansowanie mamy dopiero od 2010 r. Budowałam jednocześnie wyraźne logo artystyczne Teatru Powszechnego oraz Polskiego Centrum Komedii.

Czy komedia jest bezpiecznym i sprawdzonym gatunkiem?

Tak. Jeżeli traktuje się komedię jako chałturę.

Zapytam przewrotnie – czy można inaczej?

Oczywiście, że można. To właśnie jest ambicją Polskiego Centrum Komedii, które poszukuje szlachetnego języka gatunku. Jestem zdecydowaną przeciwniczką traktowania komedii czy farsy jako chałtury. Z tego między innymi powodu powołaliśmy konkurs dramaturgiczny „Komediopisanie”. Do tej pory odbyło się pięć edycji i wciąż szukamy naszego rodzimego poczucia humoru. Za każdym razem dostajemy kilkaset prac, spośród których konkursowe jury wybiera zwycięzców. Teksty piszą zarówno debiutanci, jak i uznani twórcy – na przykład Juliusz Machulski czy Radosław Paczocha. Wiele z nagrodzonych do tej pory sztuk miało prapremiery w Powszechnym, ale też w teatrach w Polsce i za granicą.

Wszyscy grają farsy i komedie, ale nikt się tym specjalnie nie chwali. A pani się tego nie wstydzi. Dlaczego?

Wbrew pozorom komedia to jeden z najtrudniejszych gatunków, który porusza najważniejsze tematy. Realizacja komedii obarczona jest takim samym ryzykiem artystycznym jak realizacja każdego innego spektaklu. Szczególnie, gdy realizuje się prapremiery i oddaje się scenę debiutantom i młodym twórcom.

Rozwój Teatru Powszechnego to nie tylko festiwal czy Centrum Komedii, ale również Mała Scena, całkiem jeszcze młoda.

Mieliśmy jedną scenę. Budowa Małej Sceny była niezbędna, żebyśmy mogli pomieścić się z naszymi projektami, pomysłami, realizacją spektakli, ale przede wszystkim, aby zespół mógł się rozwijać. Zawalczyliśmy o środki unijne i nawet nie zauważyliśmy, kiedy minęły prawie cztery lata od otwarcia Małej Sceny.

Jest Pani niespokojnym duchem, ma Pani ciągłą potrzebę zmiany, walki o kolejne przestrzenie artystyczne…

Gdy poszerzyłam ideę Festiwalu o sztuki nieprzyjemne, wiele osób pytało mnie: „po co ci to? Lepsze bywa wrogiem dobrego…” Gdy oświadczyłam, że budujemy drugą scenę, jedna z wieloletnich pracowniczek Teatru, osoba niezwykle ważna dla nas, powiedziała: „albo ja, albo Mała Scena”.

Domyślam się, że trzeba było się rozstać…

Nie każdy lubi ryzyko, jednak bez otwartości na nowe pomysły nie można się rozwijać. Dlatego za chwilę zaczynamy kolejny etap modernizacji Teatru. To będzie pierwszy etap budowy Regionalnego Centrum Edukacji Teatralnej, dzięki któremu chcemy pokazać łodzianom nie tylko, czym jest teatr, ale również to, jak bardzo teatr nas rozwija – całościowo, nie tylko w chwili, gdy siedzimy na widowni. Łódź jest fascynującym, ale wymagającym miastem. Chcemy utożsamiać się z tym miejscem. Dlatego tworzę teatr z pełną świadomością kontekstu, w którym on powstaje. Dzięki modernizacji będziemy mogli jeszcze bardziej rozwinąć nasze projekty społeczne i edukacyjne.

Wkrótce po festiwalu rozpoczyna się remont Dużej Sceny. Co będzie ze spektaklami? Robicie sobie przerwę?

Oczywiście moglibyśmy. Walczyliśmy jednak o to, żeby grać. Zależało mi, żeby widzowie cały czas mogli przychodzić do Powszechnego, a z drugiej strony żeby zespół przeszedł czas remontu suchą stopą, żeby aktorzy mogli pracować. Dzięki współpracy prezydent Łodzi Hanny Zdanowskiej i marszałka województwa łódzkiego Witolda Stępnia na czas modernizacji przenosimy się do dawnego kina „Bałtyk”.

To miejsce przy ulicy Narutowicza jest łodzianom dobrze znane, dla niektórych wręcz kultowe.

Zdaję sobie z tego sprawę i dlatego jest to dla nas duże wyzwanie. Ale wyzwaniem jest też aranżacja sceny teatralnej tam, gdzie funkcjonowało inne medium. Na szczęście otrzymaliśmy dofinansowanie z Ministerstwa Kultury na zakup niezbędnego sprzętu. Kiedy po dwóch latach, po modernizacji, wrócimy do budynku przy ulicy Legionów, będziemy mieć jedną z najnowocześniejszych scen w Polsce i będę mogła wreszcie powiedzieć, że zespół Teatru Powszechnego jest bezpieczny.

To wszystko układa się w pasmo sukcesów. Przypomnijmy jednak, że w latach 90. łódzki Teatr Powszechny otrzymał kategorię „C” od ówczesnej minister kultury Izabelli Cywińskiej. Znaczyło to, że jest to scena przeznaczona do likwidacji, ewentualnie scena impresaryjna. Obejmowała więc Pani teatr w trudnym momencie. Teraz ma Pani wierną widownię i szereg ważnych projektów. Czy coś się Pani nie udało?

Porażka jest wpisana w ryzyko i dążenie do rzeczy z pozoru niemożliwych. Wyciągam wnioski i idę dalej, nie rozpamiętuję, myślę o tym, co przede mną.

Ewa Pilawska, dyrektor Teatru Powszechnego w Łodzi, pomysłodawczyni i dyrektor artystyczny Festiwalu Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych w Łodzi. Twórca Polskiego Centrum Komedii, konkursu dramaturgicznego „Komediopisanie”, istniejącego przy Teatrze Powszechnym w Łodzi. Twórca "Teatur dla Niewidomych i słabo widzących".

Dominika Łarionow – doktor nauk humanistycznych, adiunkt w Katedrze Historii Sztuki Uniwersytetu Łódzkiego.

XXIII Festiwal Sztuk Przyjemnych i Nieprzyjemnych odbywa się w Łodzi w dniach 4 marca – 25 czerwca 2017 roku