Syzyfowe prace (Wszystko zmyślone)

Syzyfowe prace (Wszystko zmyślone)

Deski Dużej Sceny Starego Teatru wciąż jeszcze uginają się pod ciężarem diagnozy postawionej przez Jana Klatę w niedawnej premierze Wesela. Świat pęka w szwach od natłoku ponurych politycznych komentarzy, rzeczywistość puchnie pod naporem defetystycznych skłonności, a złe wróżby czyhają na każdym rogu. Gwiazdy zdają się nam nie sprzyjać. Niby święcimy Triumf Woli, ale wygrywa raczej Wróg Ludu. Gdzieś pomiędzy sączeniem jadu i malowaniem pesymistycznych obrazów a ignorowaniem problemów w ramach pozytywnego myślenia, zaczyna się ostatnie przedstawienie sezonu w Starym Teatrze.

Tę trzecią drogę usiłuje zarysować nam Anna Karasińska w „spektaklu, którego nie udało się zrobić”. Wszystko zmyślone, ale nie do końca wymyślone.

Scenografia ogranicza się do minimalistycznego, okalającego scenę czarnego sześcianu i podwyższenia na środku. Postaci też w zasadzie nie istnieją, a akcja jest konstruowana raczej przez głos z offu niż przez aktorów na scenie. Reszty musi się publiczność. Zasadą opisu rzeczywistości, wbrew rozbuchanym dyskursom i sążnistym teoriom, będzie absurd i dziecięca naiwność. Podstawowym rozpoznaniem staje się tu immanentna ludzkiemu doświadczeniu egzystencjalna nienaturalność – z odpowiedniej odległości najzwyklejsze zjawiska i czynności wydają się dziwaczne i nieautentyczne. Karasińska stara się nas oswoić ze swoim charakterystycznym trybem przedstawiania i postrzegania świata. Raz po raz słyszymy rozbrajające komunikaty informujące o kształcie wydarzenia, które jest naszym udziałem: „w tym spektaklu można chodzić”, „w tym spektaklu można leżeć” albo „stać w niewłaściwym miejscu”. Nie można jednak (póki co) mówić. Czwórka aktorów Starego (wspaniali Monika Frajczyk i Bartosz Bielenia oraz ginący nieco w ich blasku Ewa Kolasińska i Zbigniew Kosowski) na komendę „narratorki” bez słowa demonstruje działania, jakie przyjdzie nam oglądać. Karasińska eksplorując implikacje swojej formuły poznawczej, wychodzi od rzeczy najbardziej oczywistych, czyli samej sytuacji teatralnej i sposobów jej kreowania. Trywializuje aktorskie gesty i sceniczne konwencje, ujawniając niezauważalną sieć symulakrów rządzących artystycznymi wypowiedziami. W końcu opowieść przejmują aktorzy. Ich kolejno wypowiadane monologi wzbogacają dotychczas chłodny opis o rozbrajająco szczere, osobiste obserwacje. Nie ma tu miejsca na górnolotne szekspirowskie tyrady czy strumień świadomości w stylu Elfriede Jelinek, jest za to artystyczna pokora i ostrożność w budowaniu wielkich narracji. Scena dla Karasińskiej to miejsce na składanie imieninowych życzeń Ewie Kolasińskiej, na zachwyt nad istnieniem cielistej kredki, której nie było, kiedy dorastaliśmy. Śmierć zaś to taka sytuacja, w której aktor (Bartosz Bielenia) kładzie się na podłodze, ale za chwilę, jak gdyby nigdy nic, wstaje. Wszystko to w ramach reanimacji toposu teatru świata, który nie jest już metafizyczną zasadą istnienia, ale opowieścią snutą na przekór rzeczywistości. Co z tego, że fikcyjną, jeśli piękniejszą i dającą szansę na przeżycie?

Wszystko zmyślone to – jak deklarują twórcy – spektakl tworzony „na gorąco”, gdyż tekst powstawał w ramach aktorskich improwizacji i rozmów. Fragmentaryczność akcji nie jest jednak tajemnicą, raczej dumnie przyjętą formułą. Nic nie stoi na przeszkodzie, żeby chwilę poudawać sobie fokę, po czym w rytm groteskowej choreografii kłaniać się, zbierać brawa i posyłać pocałunki w stronę widowni. Zaraz zresztą znów będzie można się zabawić, tym razem markując groźną minę żubra (w końcu na początku zapowiadano, że „zostaną tylko zwierzęta”). Karasińska wykorzystuje aktorski potencjał w dość nieoczekiwany sposób. Choć czerpie z prywatności aktorów, ich myśli i uczuć (strategia typowa dla teatru spod znaku performansu), nie wpisuje się w żadne estetyczne klisze. W końcu gdzieś w komunikacyjnym chaosie pada zdanie: „nie można być tak naprawdę tu i teraz”. Karasińska kreuje świat, w którym jest miejsce na inwokowaną gestem, niewidzialną prehistoryczną bestię, ale też na poruszającą refleksję bezimiennej postaci, kreowanej przez Monikę Frajczyk nad własnym istnieniem. I choć słuchamy o miłości i wzruszeniach, o budowaniu relacji z samą sobą, w ramach której może wytwarza się materiał do wykorzystania na scenie, nie sposób rozstrzygnąć, kiedy mówi aktorka, a kiedy jej kreacja, co jest ironicznym wtrętem, a co autentycznym wyznaniem. Ta irytująca niepewność to świadomy zapewne zabieg, gra z publicznością obliczona na wzbudzenie empatii. Poszukiwanie dla siebie miejsca, odkrycia jakiejkolwiek prawdy zdaje się zadaniem beznadziejnym, tak jak przyszpilenie jednoznacznej interpretacji finałowego monologu. Ale Frajczyk mimo wszystko „nie garbi się dla innych ludzi”, niejako wymusza na sobie odwagę scenicznego działania. Sens całego przedsięwzięcia zostaje jednak podważony przez gorzkie wyznanie Bartosza Bieleni: „jak to się skończy nie będę nikomu potrzebny”.

I tak jak heroiczne zmagania z immanentnym dla świata absurdem wydają się syzyfową pracą, podobnie siłowanie się Karasińskiej i aktorów Starego z materią teatru skazane jest na porażkę. W efekcie otrzymujemy wspomniane w którymś momencie „picie w proszku”, panaceum, które nikogo nie wyleczy. Rzeczywistość (jak i samo przedstawienie) zdaje się maszyną, która w zasadzie niczemu nie służy. Tym trudniej jednoznacznie ocenić Wszystko zmyślone, jeśli ten specyficzny gatunek klęski jest wpisany w założenia spektaklu. Niełatwo otrząsnąć się z tej drażniącej i momentami nudnej, ale finalnie porażającej mieszanki przygnębienia i nadziei. Pozostaje nam chyba tylko „wyobrażać sobie Syzyfa szczęśliwym”.

 

Witold Loska, Teatralia Kraków

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 206/2017

Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej w Krakowie

Wszystko zmyślone

reżyseria: Anna Karasińska

choreografia: Magda Ptasznik

współpraca dramaturgiczna: Magda Rydzewska

asystent reżysera, inspicjent, sufler: Iwona Gołębiowska

asystent reżysera: Michał Salwiński

scenografia, kostiumy: Paula Grocholska

reżyseria światła: Szymon Kluz

obsada: Monika Frajczyk, Bartosz Bielenia, Ewa Kolasińska, Zbigniew Kosowski

fot. mat. teatru

Witold Loska, rocznik 1988, student wiedzy o teatrze.