Świat po przekroczeniu granicy absurdu (Proces)

Świat po przekroczeniu granicy absurdu (Proces)

Z niezachwianą pewnością można powiedzieć, że Proces według Kafki w reżyserii Krystiana Lupy to jeden z najbardziej oczekiwanych spektakli roku. Kiedy jednak mowa o samym przedstawieniu pojawia się wątpliwość, na ile znany twórca dręczy (siebie i widzów) świadomie, a na ile, bo tak akurat wyszło w jego wielkim eksperymencie.

Zacznijmy od tego, że mamy do czynienia z produkcją teatralną trwająca wraz z przerwami aż siedem godzin. Nie robi to jednak wrażenia na widzach choć trochę zaznajomionych z twórczością tego artysty. W tym miejscu chcę przypomnieć choćby krakowską Factory 2, w bardzo podobnym wymiarze czasowym. Tam każda kolejna godzina pogłębiała doświadczenie wchłonięcia w industrialną przestrzeń pracowni Andy’ego Warhola i jego świata. Czas naprawdę służył Factory 2, był niemal materią, którą karmiło się przedstawienie, żeby rosnąć i pęcznieć kolejnymi sensami. Natomiast z Procesem sprawa jest bardziej skomplikowana.

Formułę spektaklu można porównać do tryptyku, gdzie pierwsza i trzecia część dosyć wiernie podążają za fabułą powieści, natomiast środek to rodzaj improwizowanych wariacji na temat Franza Kafki, głównie jego relacji z kobietami. Ta złożona, wielogodzinna produkcja wymagałaby dokładnego omówienia wszystkich składających się na nią elementów: scenografii, muzyki, aktorstwa, ale z wyboru rezygnuję ze standardowego opisu na rzecz próby uchwycenia dominującej myśli.

Spektakl właściwie mógłby być zatytułowany „Zmęczenie”. Zmęczenie staje się bowiem zasadą determinującą zarówno świat przedstawiony, jak i doświadczenie percepcyjne widzów, obsługi widowni czy wreszcie – samych aktorów i reżysera. Z tym że doświadczenia te chwilami bywają podobne, a chwilami wręcz rozbieżne. Nie da się przecież porównać wielogodzinnego siedzenia do bycia na scenie, w pełnej czujności i skupieniu, bez ustanku eksploatując ciało i umysł. Zmęczenie stało się także najtrafniejszym opisem postawy Krystiana Lupy wobec wydarzeń politycznych w Polsce w ciągu ostatniego roku, o czym mówił wprost w wywiadach poprzedzających premierę Procesu. Jednak naprawdę kuriozalną formę zmęczenia przynosi dopiero scena w katedrze, kiedy Franz K. rozmawia z kapelanem sądowym (Andrzej Szeremeta). Wszyscy dobrze wiemy, że to już koniec i los Franza K. musi się za chwilę dopełnić. A my, widzowie, rozejdziemy się do domów. Tymczasem sposób mówienia księdza sprawia, że wypowiadane przez niego słowa ciągną się niemiłosiernie, zaś całe zdania trwają dłużej, niż wieczność. Po tej popisowej wręcz retardacji pojawia się myśl, że może dla Franza K. jest jeszcze jakaś nadzieja, że w teatrze czeka na niego inne zakończenie niż to książkowe. Ale to tylko kolejny sadomasochistyczny zabieg, aby jeszcze przedłużyć spektakl. Reżyser daruje nam za to przysłowiową kropkę nad i – w finale pada tylko lakoniczne: „Wiecie, co było dalej”. Tym stwierdzeniem buduje się symboliczny pomost między kafkowskim bohaterem a wszystkimi, których spotkała/spotyka/spotka niesprawiedliwość wymierzona w ramach obowiązującego prawa.

Procesowi daleko od wcześniejszych spektakli artysty, z kreacjami aktorskimi na trwałe wpisującymi się w pamięć. Mimo to, pora przyjrzeć się głównemu bohaterowi (Andrzej Kłak). Jeśli można powiedzieć coś o nim na pewno, to tylko tyle, że tworzy kafkowsko-lupową hybrydę. Przy czym w tym połączeniu jest jednocześnie rozszczepiony – coś jakby kubistyczny portret pędzla Picassa. Bohater przedstawienia z powieściowego Józefa K. przeistacza się we Franza K. Gestem tym Lupa daje wyraźny sygnał, że interesuje go nie tylko postać literacka, ale i Kafka – jako człowiek i pisarz. Mało tego, postać Franza K. rozbita jest na dwóch aktorów, wspomniany już Andrzej Kłak i sobowtór/alter ego Franza K. (Marcin Pempuś). Rozbicie jako metoda konstrukcyjna pojawia się właściwie od początku spektaklu, kiedy oprócz kwestii wypowiadanych tu i teraz przez Kłaka, słyszymy także jego myśli oraz głos narratora. A także pomrukiwania i szepty reżysera, nieszczędzącego kąśliwych uwag lub ośmieszających komentarzy, deprecjonujących powagę danej sceny, co zresztą bywa zabawne.

Nachalnością przykładów odnoszących się do rzeczywistości Polski 2017 (łamanie konstytucji, afera reprywatyzacyjna, samopodpalenie Piotra Szczęsnego jako akt protestu politycznego), ale jednocześnie bez komentarza czy choćby próby twórczego przetworzenia, artysta sam pozbawia się sprzymierzeńców w walce. Jako nagrodę za swoje niewyszukane żarty dostaje natomiast śmiech. Hałaśliwy, ale pusty, pozbawiony siły wyzwolenia się z opresji. Poruszające pozostają te elementy, które tworzą materię spektaklu w sposób niewymuszony. Za przykład niech posłuży fakt, że obsadę w dużej mierze tworzą aktorzy zwolnieni z Teatru Polskiego we Wrocławiu po zamianie dyrekcji – cały zastęp Józefów K.

W jednej ze scen sobowtór głównego bohatera mówi o tym, jak ważne w sztuce jest przekroczenie. Mam wrażenie, że cały ten siedmiogodzinny eksperyment to właśnie próba ucieleśnienia jego definicji. Przy czym chodzi o to wzięte w całości, z całym dobrem (i złem) inwentarza. Chcę przez to powiedzieć, że Lupa idzie znacznie dalej niż pozwoliłby na to powszechnie upupiana pozytywna definicja przekroczenia jako inspirującego, ożywczego aktu, wprowadzającego nową jakość. Tu natomiast jest przesadzone, bardzo niewygodne, chwilami wręcz obleśne, skłaniające do wewnętrznego oporu. Trzeba jednak przyznać reżyserowi rację – tak właśnie wygląda prawdziwe oblicze gestu wykraczającego poza to, co normalne/normatywne. Znamienne, że przekroczenie pojawia się tam, gdzie bezsilność i zmęczenie osiąga apogeum. To ruch wielce szemrany, czasem wręcz niedozwolony, mogący wywołać zarówno obrzydzenie moralne, jak i fizyczne. Ale – jednak ruch i choćby minimalny, najmniejszy atak wymierzony marazmowi.

Formułowanie zarzutów wobec reżysera, będącego wizytówką i głównym towarem eksportowym współczesnego teatru polskiego, może wyglądać na recenzencką ignorancję. Uważam jednak, że to właśnie tym największym najbardziej należy się krytyka, żeby nie skarleli. Lupa, który wpadł w sidła doraźności, sugeruje jednocześnie, że wszystko można: wystawić PISowi język, a prezesowi Kaczyńskiemu pokazać tylną część ciała (i to niejedną). Można? Można. Tylko w końcu trzeba ten język schować, a spodnie podciągnąć na właściwe miejsce. Czy nadal pozostanie uczucie zwycięstwa nad złym światem? I wreszcie – czy taka sztubacka walka w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie? Jednoczenie pozostaje otwarta kwestia, czy artyście jeszcze w ogóle chodzi o jakieś znaczenia, czy może już „wszyscy przekroczyliśmy granicę absurdu. Pozostaje pustka i wstyd… Nie ma po co mówić dalej cokolwiek… Spalić wszystko, dać się zabić…” (słowa Adama Szczyszczaja jako Maxa Broda z środkowej części Procesu).

Agnieszka Dziedzic, Teatralia Kraków

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 217/2017

10. Festiwal Boska Komedia

Nowy Teatr w Warszawie

Franz Kafka

Proces

przekład: Jakub Ekier

reżyseria/adaptacja/scenografia/ światło: Krystian Lupa
kostiumy: Piotr Skiba
muzyka: Bogumił Misala
wideo: Bartosz Nalazek
asystent ds. wideo: Natan Berkowicz
współpraca dramaturgiczna/ssystenci reżysera: Radosław Stępień, Konrad Hetel
asystentka kostiumografa: Aleksandra Harasimowicz
producentka: Anna Czerniawska
koordynacja/asystentka produkcji: Sylwia Merk
koordynator techniczny: Paweł Paciorek

główny producent: Nowy Teatr
producenci: Studio teatrgaleria; Teatr Powszechny; TR Warszawa; Le Quai Centre Dramatique National Angers Pays de la Loire
koproducenci: Kunstenfestivaldesarts, Bruxelles; Printemps des Comédiens, Montpellier; Odéon-Théâtre de l’Europe, Paris; Festival d’Automne à Paris;
La Filature, Scène nationale – Mulhouse; Théâtre du Nord, Lille; HELLERAU – Europäisches Zentrum der Künste Dresden; Onassis Cultural Centre-Athen

partner: Teatr Polski w Podziemiu

obsada: Bożena Baranowska, Bartosz Bielenia, Małgorzata Gorol, Anna Ilczuk, Mikołaj Jodliński, Andrzej Kłak, Dariusz Maj, Michał Opaliński, Marcin Pempuś, Halina Rasiakówna, Piotr Skiba, Ewa Skibińska, Adam Szczyszczaj, Andrzej Szeremeta, Wojciech Ziemiański, Marta Zięba, Ewelina Żak

premiera: 15 listopada 2017

fot. Magda Hueckel /mat. Boska Komedia