Spektakl jednego pisarza (Deprawator)

Spektakl jednego pisarza (Deprawator)

Gombrowicz uwodzi. Gombrowicz prowokuje. Gombrowicz fascynuje. On – zarazem skarb i przekleństwo polskiej literatury – kusi licznych artystów do zmierzenia się z jego mitem, by nie rzec gębą. Maciej Wojtyszko jest kolejnym twórcą, który podjął rękawicę. Deprawator (Zbigniew Herbert określał tak w jednym z listów „wielkiego Gombro”) był zapowiadany na stronie Teatru Polskiego jako „opowieść o ojczyźniesynczyźnie, o polskości, która zawsze jest wyzwaniem”. Po spektaklu odniosłem wrażenie, że reżyserowi sporadycznie udaje się ująć poważną problematykę w dowcipny sposób. Nie zawsze na scenie da się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Deprawator jest tego smutnym przykładem.

Akcja przedstawienia rozgrywa się w 1967 roku we francuskim Vence, gdzie mieszka Gombrowicz (Andrzej Seweryn) wraz ze swoją sekretarką, Ritą Labrosse (Anna Cieślak). Półtora kilometra dalej na wakacjach przebywa Czesław Miłosz (Wojciech Malajkat) z żoną Janiną (Grażyna Barszczewska), którzy regularnie odwiedzają Witolda. Miłosz usiłuje zaprosić do mieszkania Gombrowicza również podróżującego wtedy po Francji Zbigniewa Herberta (Paweł Krucz), z którym spędza czas na nocnych popijawach. Poeta i eseista o poglądach diametralnie różnych od pozostałych dwóch pisarzy odmawia, gdyż wiele lat wcześniej spotkał Gombrowicza i stwierdzić, że po tej wizycie opuścił Vence w szoku, to nic nie powiedzieć. Autor Ferdydurke nieprzypadkowo zaprasza Miłoszów do siebie i nie chce sprowadzić tego spotkania do przyjacielskiej, towarzyskiej pogawędki. Małżeństwo będzie świadkami przedstawienia z nim samym w centrum uwagi. Widowiska, które ma ich zachwycić, olśnić i utwierdzić w przekonaniu o wyjątkowości jego osoby.

Andrzej Seweryn genialnie wciela się w postać Gombrowicza. Każdy element jego roli – począwszy od uwodzicielskiego tembru głosu, przez ubiór stylizowany na XIX-wiecznego dandysa, aż po ekstrawertyczną mowę ciała – każe widzowi skupić na nim uwagę. W interpretacji Seweryna główny bohater to człowiek gombrocentryczny do przesady, koncentruje się wyłącznie na sobie, wciela się w wielkiego inscenizatora sztuki, jaką jest jego życie, w której nie tylko chce grać główną rolę, ale również z pedanterią ją reżyserować. Fascynują go odruchowe ludzkie reakcje społeczne, jak radość z cudzego sukcesu, których sam nie potrafi z siebie wykrzesać.

Na jego tle mniej barwnie wypada reszta obsady. Fatalnie napisana rola Miłosza wpłynęła na jakość kreacji Wojciecha Malajkata. Aktor sprowadza odgrywaną postać do młodszej, bardziej marudnej i smęcącej wersji Gombrowicza. Zapewne według reżysera miało to uczynić bohatera śmiesznym, lecz efekt okazuje się groteskowy. Zrzędzenie może wywoływać uśmiech, lecz niestety jego źródłem jest zażenowanie. Znacznie lepiej prezentuje się postać Herberta, grana przez Pawła Krucza. Autor Barbarzyńcy w ogrodzie jest chwiejnym cyklofrenikiem, raz wściekle pomstującym na kolegów po fachu, raz łagodniejszym – szczególnie podczas lirycznych wstawek pomiędzy scenami w drugim akcie. Sęk w tym, że poza nimi znika widzom z pola widzenia, mimo że na początku spektaklu jest jednym z istotniejszych bohaterów, przez co jego postać ostatecznie sprawia wrażenie niepotrzebnej. Spośród obsady wyróżniają się Anna Cieślak i Magdalena Zawadzka. Obie aktorki doskonale ucieleśniają istotę komizmu wpisanego w ich role. Rita (Cieślak) zwłaszcza w pierwszym akcie wprowadza element humorystyczny. Chociaż na scenie przede wszystkim wykłóca się z Gombrowiczem po francusku, to sposób w jaki to robi (szczególnie, gdy przyzwyczaiwszy widzów do używania francuszczyzny, zaczyna nieoczekiwanie wplatać polskie słowa) wzbudzał największą wesołość na widowni. Z kolei Iza de Neyman w wykonaniu Zawadzkiej została zagrana brawurowo. Bohaterka żyje minioną sławą (o ile kiedykolwiek rzeczywiście się nią cieszyła) i kreuje się na wielką gwiazdę. Niczym światowej sławy diva obrusza się, że Miłosz jej nie pamięta. Aktorka uwypukla żądzę atencji swojej postaci i jej autentyczne przekonanie o własnej wyjątkowości, a tym samym mimowolnie budzi uśmiech, który nie schodzi z twarzy przez cały czas jej pobytu na scenie.

Problematyczne wydaje się skupienie Wojtyszki – spośród trójki pisarzy-bohaterów spektaklu – jedynie na Gombrowiczu i Miłoszu. Każdy, kto zna choć pobieżnie stosunek obydwu – podobnych do siebie pod względem światopoglądu – twórców do polskości wie, że mieli oni z tego powodu spore problemy w środowiskach polskiej emigracji. Oboje nie mieli skrupułów, by podsycać wokół siebie emocje czytelników i opinii publicznej, jak chociażby Miłosz, prowokująco nazywający się Litwinem. I właśnie skoncentrowanie się na dwóch, jakże podobnych do siebie postaciach, powoduje zatracenie dynamizmu spektaklu. Nie ma sporu, nie ma kontrastu, a tylnymi drzwiami ucieka zainteresowanie widza. Nie rozumiem tej decyzji, zwłaszcza, że w odwodzie jest Herbert, zupełnie inny od nich, z innymi doświadczeniami i innym spojrzeniem na świat. Jednakże autor lekką ręką go zignorował, sprowadził do roli kompana Miłosza do wódki, podkreślając przy tym jego chorobę psychiczną. Mając trzy asy w ręku, reżyser i dramatopisarz zarazem, nie robi z nich użytku.

Przyzwyczaiłem się, że krytyka polskości i przywar z nią związanych często bywa sportem narodowym ludzi kultury w naszym kraju, jak i pogodziłem się z tym, że używa się w tym celu zarówno Miłosza, jak i Gombrowicza. Nie mam nic przeciwko temu, o ile można ich wykorzystać w twórczy i oryginalny sposób, nie będący tandetną publicystyką. Jak na złość obaj zostali potraktowani w tej sztuce instrumentalnie, a przez to płytko. Gombrowicz chce przeciwstawić ojczyźnie – synczyznę, Miłosz drwi z tromtadracji emigracji londyńskiej; budują hermetyczną, dwuosobową bańkę niezrozumianych artystów, których naród wyklął za parę gorzkich słów prawdy. Jakaż to intelektualna łatwizna, na dodatek degradująca obu pisarzy. Zarówno śmiesznie, jak i strasznie brzmią słowa twórcy Ślubu, które kieruje do przyszłego noblisty, by mimo wszystko, mimo oporu materii, oświecał Polaków i właściwie nimi kierował. Paradoksalnie poprzez tę scenę Wojtyszko wpisuje pisarzy w mesjanistyczno-romantyczny kontekst poety-wieszcza narodowego, wobec którego obaj – delikatnie mówiąc – się dystansowali. Większego „upupienia” nie mogli sobie wymarzyć.

Mam mieszane uczucia do tego spektaklu. Z jednej strony setnie się ubawiłem, wiele dialogów jest przezabawnych (co może potwierdzić sala pełna niemogących powstrzymać śmiechu widzów), a Andrzej Seweryn i Magdalena Zawadzka ukradli przedstawienie reszcie obsady. Z drugiej – brak tu refleksji nad polskością, która nie byłaby sprowadzoną tylko do bezrefleksyjnych parafraz cytatów. Lepiej więc zapamiętać Deprawatora jako gombrowiczowskie one-man show niż obrachunki z tradycją narodową. Do organizowania tych drugich  potrzeba bowiem mocniejszych argumentów, aniżeli wielokrotnie mielone frazesy o polskiej niedojrzałości.

Mateusz Wojda, Teatralia Warszawa

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 268/2018

Teatr Polski w Warszawie

Maciej Wojtyszko

Deprawator

reżyseria: Maciej Wojtyszko

scenografia: Paweł Dobrzyński

muzyka: Piotr Moss

obsada: Grażyna Barszczewska (Janina Miłosz), Anna Cieślak (Rita Labrosse), Paweł Krucz (Zbigniew Herbert), Wojciech Malajkat (Czesław Miłosz), Andrzej Seweryn (Witold Gombrowicz), Katarzyna Skarżanka (Charlotte Caire), Magdalena Zawadzka (Iza de Neyman)

premiera: 28 września 2018

fot. Marta Ankiersztejn

Mateusz Wojda – student socjologii w ramach Kolegium MISH UW.