Śmiertelne selfie (Portret trumienny)

Śmiertelne selfie (Portret trumienny)

Dwa spektakle Michała Kmiecika w Teatrze Polskim w Poznaniu wyjątkowo dobrze się ze sobą rymują. Krakowiacy i górale otwierali premierowy sezon dyrekcji Macieja Nowaka, a Portret trumienny zamyka sezon drugi. Oba przedstawienia pokazują obraz zwaśnionych Polaków, przy czym jeden przypomina konflikty etniczne, drugi nawiązuje do wojenek domowych. Jeden na Dużej Scenie, drugi w Malarni.

Główny bohater Portretu trumiennego to zbliżający się do trzydziestki Aleks (Piotr Nerlewski), który jest kuratorem zatrudnionym w galerii sztuki w Warszawie. Dwa lata temu zerwał wszelkie kontakty z rodziną, ale przyjeżdża do domu na siedemdziesiąte urodziny matki. Nie pasuje już do rzeczywistości małego miasteczka: poznajemy go jak liberała, hipsterskiego geja w letnim garniturze z nieodłącznym papierosem w ustach. Rodzina zaś nie zmieniła się ani trochę – matka to archetyp Matki-Polki, ojciec cierpi na demencję i prawie nie rusza się z fotela, brat ma zawsze swoją zaściankową prawdę, małe przedsiębiorstwo, strzelbę, żonę-katechetkę, córkę-cnotkę, przygłupiego synka i przerażających bliźniaków Jana i Pawła. Kolorową rodzinkę uzupełnia siostra Aleksa, Sabina, która podobnie jak on pracuje w wolnym zawodzie i związała się z innym artystą. Upraszczając i tak nieskomplikowaną fabułę, powiedzmy, że siadają do stołu i próbują rozmawiać.

Książkowy Portret trumienny był zjadliwą satyrą społeczną na „Polaków-cebulaków”, a jednocześnie sprawnie nakreślonym obrazkiem obyczajowym, który w miarę rozwoju fabuły przeradzał się w swoisty thriller. Przy adaptacji powieści na deski teatru reżyser zdecydował się zmienić nieco konwencję. Michał Kmiecik zanurza odbiorców w widowisku na skraju kiczowatego serialu z lat osiemdziesiątych i kampowego horroru. Jego klimat, rozbrajany nieustannym łamaniem czwartej ściany przez dyrygującego wydarzeniami i wszystkimi postaciami Aleksa, naprawdę fascynuje. Po typowej ekspozycji, kiedy to wyzwolony kurator wywołuje kolejnych bohaterów i ustawia ich wedle swoich oczekiwań, atmosfera zagęszcza się przez uruchomienie akcji. Nasz główny bohater po usadzeniu rodziny w salonie oznajmia, że idzie po tort. Światła zostają przyciemnione, z głośników leci muzyka zespołu Nagrobki, a wydarzenia sceniczne przypominają oniryczną podróż do wnętrza umysłu Davida Lyncha. Bliźniacy Krzeszowscy przejmują rolę psychopatów z filmu Funny games Hanekego.

 

Podobnych przeskoków tonalnych w niedługim spektaklu zmieściło się kilka. Każde pojawienie się Drugiego (Mariusz Adamski) w stroju błękitnego kucyka Pony, wszelkie komentarze Aleksa zwracającego się wprost do widowni albo pracowników teatru (inspicjentki, technicznych) zaburzają sytuację odbiorczą, wytrącają z bezpiecznej konwencji. Kmiecik z premedytacją akcentuje, że rozmowa przy stole rodzinnym jest niemożliwa bez bodźców zewnętrznych, bez jakiegoś wydarzenia do skomentowania.

Reżyser Portretu trumiennego stawia sobie za cel diagnozę możliwości dialogu w polskich domach. Stereotypowe postaci są tutaj podwójnymi marionetkami: steruje nimi Aleks oraz klisza. Wiesław (Przemysław Chojęta) przywołuje dzieci do porządku za pomocą pasa, mama Jadwiga trajkocze o wnukach i niepokoi się o nałogi Aleksa, Sabina chwali się ukochanym, bliźniacy wyciągają od chrzestnego pieniądze… Wszystko to znamy z własnych spotkań rodzinnych! Nawet groteskowy kostium katechetki Krystyny ubranej w czerwoną pelerynę z wizerunkiem Chrystusa Miłosiernego i wyposażonej w wielki krzyż mówi o niej wystarczająco wiele. Dialog międzypokoleniowy ogranicza się do wspomnień i braku zrozumienia. Uczciwa rozmowa nie jest możliwa, jedyną osią quasi-dialogów są znane od lat inwektywy, wspominanie „starych dobrych czasów” i matczyne strofowanie.

Doskonała pod tym względem jest zwłaszcza scena przy stole, podczas której Aleks staje plecami do widowni i – mając przed sobą partyturę – dyryguje rodziną jak orkiestrą. I ponownie – znamy te melodie. Pytania o wnuki, wzajemne przytyki, zmiany tematów i żadnego zrozumienia.  Podporzadkowani stereotypom członkowie rodziny Krzeszowskich po prostu trwają w swoich rolach i małych rozumkach. A kiedy kurator zarządza przerwę na papierosa i wychodzi z partnerem Sabiny przed dom, żeby porozmawiać o sztuce i pomysłach na nową wystawę, po raz pierwszy widzimy na scenie prawdziwą rozmowę między ludźmi, którzy słuchają się nawzajem i wymieniają uwagami. Scena nie trwa jednak długo, bowiem Aleks symbolicznie – w rytm kolejnej piosenki Nagrobków – zabija wszystkich domowników i wciela w życie swój plan stworzenia wystawy pod tytułem „Portret trumienny”. Na tym spektakl się kończy….

Finał przychodzi zdecydowanie zbyt szybko. Pomysłowa ekspozycja, wycieczka po tort i rodzinna orkiestra na narzekania plus ta niedługa rozmowa o sztuce pozostawiają widownię z ogromnym niedosytem i mam wrażenie, że nieuczciwie byłoby oceniać spektakl Kmiecika w tej formie, w jakiej został zaprezentowany – wydaje się po prostu niedokończony. Oddanie pełnego panowania nad Portretem trumiennym Aleksowi to gest wymowny, skupiający uwagę widowni na osobie młodej, o naprawdę klarownie wyłożonych poglądach i jasnym stosunku do rodzinnych waśni. Jednakże sam konflikt nie zdążył nabrać rumieńców, typowi bohaterowie pozostali typowymi bohaterami i finałowe oczyszczenie przychodzi znienacka, jak wybuch śmiechu i bezformia w Trans-Atlantyku. Czterdziestominutowy spektakl nieustannie zaskakuje, ale ostateczny niedosyt nie przydaje wydarzeniom scenicznym znaczenia. Bliższy byłbym nazwania Portretu trumiennego z Teatru Polskiego happeningiem, po którym uczestnicy wracają do domu z poczuciem, że coś mogło się wydarzyć, ale zostało jedynie zasugerowane i brutalnie przerwane. A jednocześnie spektakl oparty na braku porozumienia jako jedynej łączącej rodzinę więzi pozostaje dzięki temu konsekwentny.

W przedstawieniu świetnie sprawdza się warstwa tekstowa i muzyczna, a aktorzy świadomie mechanicznie odgrywają marionetki w ręku Aleksa. Całość została absolutnie podporządkowana formie i trudno przyznawać trybikom tej machiny szczególne wyróżnienia. Diagnozy Kmiecika są aktualne, podjęty temat wzajemnej pogardy wewnątrzrodzinnej godzien uwagi, ale spektakl rozczarowuje „krótkością żywota”. Ale przecież koniec jest jak śmierć i może przyjść niespodziewanie jak hiszpańska inkwizycja…

 

 

Tomasz Błaszak, Teatralia Poznań

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 206 /2017

 

Teatr Polski w Poznaniu

Portret trumienny

na motywach:

Kuba Wojtaszczyka

Portret trumienny

reżyseria: Michał Kmiecik

dramaturgia: Piotr Morawski

muzyka: zespół Nagobki

scenografia i kostiumy: Iga Słupczyk, Szymon Szewczyk

obsada: Barbara Krasińska (Jadwiga), Barbara Prokopowicz (Krystyna/ Sabina), Monika Roszko (Paulina/Krystyna), Mariusz Adamski (Drugi), Przemysław Chojęta (Wiesław), Wojciech Kalwat (Władysław), Piotr Nerlewski (gościnnie – Aleks), Jakub Papuga (Jan). Paweł Siwiak (Paweł)

premiera: 23 czerwca 2017

fot. Magda Hueckel

Tomasz Błaszak (1993), student filologii polskiej i wiedzy o teatrze. Kulturalne sznyty zebrał na poznańskim Dębcu. Uwielbia filmy Charliego Kaufmana, twórczość Darka Foksa i wołacz. Nie zna się na warzywach ani muzyce.