Raj utracony (Szewcy)

Raj utracony (Szewcy)

Już wszystko tak zbrzydło na tym świecie, że więcej o niczym gadać nie warto” – stwierdza Sajetan w dramacie Stanisława Ignacego Witkiewicza, wystawionym na deskach Starego Teatru. Wizja reżyserki – Justyny Sobczyk, na co dzień związanej z Teatrem 21 – zdaje się jednak próbą przełamania defetyzmu wyłaniającego się z tekstu Szewców, który staje się raczej pretekstem do podjęcia ryzykownej gry między aktorami.

Zawieszony w głębi sceny ołtarz z butów wykorzystywanych w innych spektaklach Starego Teatru błyskawicznie naprowadza na trop, jakim podążyli twórcy. Oś spektaklu stanowi oparta na improwizacji, akademicka refleksja nad relacją z rolą – tu symbolicznie zaklętą w elemencie kostiumu – oraz kondycją aktorów. Ci, zamknięci w klatce-warsztacie, zwracają się ku sobie, otwarcie zastanawiając się nad swoim statusem artystycznym, ekonomicznym i instytucjonalnym. Szymon Czacki i Martyna Krzysztofik grają aktorów, którzy z kolei grają Czeladników. Zabieg co najmniej kłopotliwy: wszak czy Sobczyk stosując szkatułkową konstrukcję, zamiast inwokować na scenie osobiste wypowiedzi, nie odbiera aktorom głosu, zasłaniając ich za kolejną warstwą roli? Nie wiemy, czy Czacki swoim przejmującym wyznaniem: „przepraszam za to, że straciłem wiarę w ten zawód”, mówi o własnym doświadczeniu, czy raczej ironizuje w ramach swojej postaci. Tam, gdzie pojawia się dystans i nawarstwiają się wątpliwości – choć zwykle dzieje się to w całkiem zabawnej postaci, tu ukłon w stronę Michała Majnicza w roli Sajetana – kończy się możliwość wiarygodnej diagnozy. Nie sposób osądzić, czy twórcy wzywają do rewolucji – a jeśli tak, to do jakiej – czy raczej negują jej możliwość. Nie możemy mieć pewności, czy Sobczyk konstatuje porażkę aktorstwa, czy może raczej chce zwrócić uwagę na problematyczną sytuację artystów. Wśród piętrzących się napięć między właściwą treścią dramatu a próbami wykreowania sytuacji szczerości między aktorami, gubi się spójność wypowiedzi. Fabuła, w rytm ustawionych na scenie maszyn, jest wciąż podważana i ironizowana. Witkacy zostaje w tyle, poszatkowany niezbyt zgrabnie wtrąconymi improwizacjami.

Jednym z mnożących się pęknięć w strukturze spektaklu jest wkroczenie na scenę trójki niepełnosprawnych aktorów, którzy jako wycieczka pod szyldem „Projekt Witkacy”, wręczają artystom Starego Teatru kwiaty. Towarzyszy im Radosław Krzyżowski, w roli przewodnika oprowadzającego po warsztacie i pracujących w nim aktorach-czeladnikach. Ta relacja wskazuje na sposób funkcjonowania „zwiedzających” w całym przedstawieniu Sobczyk, która ma wieloletnie doświadczenie we współpracy artystycznej z osobami z zespołem Downa i autyzmem. Wydawałoby się, że twórczyni specjalizująca się właśnie w tego rodzaju spektaklach powinna mieć wypracowaną strategię, która pozwoliłaby na utworzenie równościowej wspólnoty twórczej. Taką wspólnotę udało się powołać Michałowi Borczuchowi w trakcie półrocznej pracy przy projekcie Paradiso w Łaźni Nowej, w którym uczestniczyli aktorzy ze spektrum autyzmu. Raj Dantego stawał się tam światem wykreowanym dla grających w nim niepełnosprawnych, opowiedzianym ich językiem, podczas gdy szewski warsztat w wydaniu Sobczyk jest przestrzenią wielowarstwowej, akademickiej gry, w której niewiele pozostaje dla nich miejsca. Występujący w Paradiso autycy nie zostali wciśnięci w strukturę, która jest im obca, funkcjonowali jako równoprawni artyści, których Inność przenika konstrukcję przedstawienia i staje się jego niezbędnym elementem. Znamienna była rozmowa, którą artyści odbywają już po finale spektaklu Sobczyk. Aktorzy Starego Teatru pytają siedzących z boku sceny niepełnosprawnych o wrażenia z przebiegu: Annę Komorek doprowadziła do łez śmierć Sajetana, Ireneusz Buchich de Divan mówił, że podobała mu się improwizacja z Radosławem Krzyżowskim, podczas której mógł stawać tylko na czarnych kafelkach (podłoga wykonana jest na wzór szachownicy). Wszystko to wskazuje, że aktorzy nie tylko grali obok roli, jak chciała dramaturżka Justyna Lipko-Konieczna, ale też obok siebie, zamiast ze sobą. Nie wydaje mi się właściwym, żeby spektakl dla części twórców był sztuką opartą na abstrakcyjnych rozważaniach, dla reszty – zabawą czy po prostu satysfakcją z wystąpienia na scenie. Najmocniej wybrzmiewający moment przedstawienia to z pewnością scena wejścia Krzysztofa Globisza w roli Hiper-Robociarza. Walczący z afazją aktor, uzbrojony w laskę zamiast bomby, samą swoją obecnością udowodnił, że nie da się przestać być aktorem, jak mówił chwilę wcześniej Radosław Krzyżowski w roli Księżnej.

Nie ulega wątpliwości, że mimo przyjętej przez twórców problematycznej strategii zmierzenia się z podjętymi w spektaklu zagadnieniami, na Szewcach nie zaśniemy jak Anna Komorek na próbie generalnej. Majnicz, Czacki czy Krzysztofik dostarczą nam sporej ilości rozrywki, głównie w postaci dowcipnych, autoironicznych komentarzy. Księżnej Krzyżowskiego nie sposób nie lubić, a Małgorzata Zawadzka jako rozwrzeszczany Prokurator Scurvy potrafi zmrozić krew w żyłach. Mimo, jak to już w Starym bywa, świetnych kreacji aktorskich, tym razem do teatru można było wejść bezkarnie, a wyjść takim, jakim się przyszło.

Witold Loska, Teatralia Kraków

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 197/2017

Narodowy Stary Teatr im. Heleny Modrzejewskiej

Stanisław Ignacy Witkiewicz

Szewcy

reżyseria: Justyna Sobczyk

dramaturgia: Justyna Lipko-Konieczna

adaptacja: Justyna Sobczyk, Justyna Lipko-Konieczna

scenografia, kostiumy, reż. światła: Justyna Łagowska

muzyka: Dominik Strycharski
choreografia: Justyna Wielgus

inspicjent, sufler, asystent reżysera: Ewa Wrześniak

obsada:

Szymon Czacki (Czeladnik II), Małgorzata Zawadzka (Prokurator Robert Scurvy), Krzysztof Globisz (Hiper-Robociarz), Martyna Krzysztofik (Czeladnik I), Radosław Krzyżowski (Księżna Irina Wsiewołodowna Zbereźnicka-Podberezka), Anna Komorek (Bosa Dziewczyna), Michał Majnicz (Sajetan Tempe), Ireneusz Buchich de Divan (Fierdusieńko), Paweł Kudasiewicz (Gnębon Puczymorda)

premiera: 11 marca 2017

fot. mat. Starego Teatru

Witold Loska – rocznik 1988, student wiedzy o teatrze.