Oto pańskie robotnice (Workplace)

Oto pańskie robotnice (Workplace)

Prawo do lenistwa – to nie tylko marzenie wielu z nas, ale też tytuł pamfletu autorstwa Paula Lafargue, dziewiętnastowiecznego filozofa marksistowskiego, którego cytują ze sceny aktorki w czasie zbierania się publiczności. „Oto pańskie robotnice, które przędą i uszlachetniają włókno jedwabne; w swych pocerowanych bawełnianych sukniach drżą one z zimna (…), a przecież to one przędły i tkały jedwabne suknie kokot całego świata chrześcijańskiego”. Odczytywanie części tego zdania ze ścinków, jakby dopiero co wysypanych z wielkiej niszczarki biurowej, wpisuje się w satyryczność i groteskowość spektaklu Bartka Frąckowiaka.

Razem z cytatami z Prawa do lenistwa bohaterki podczas prologu czytają również frazy pochodzące z Biblii. Połączenie tych dwóch stylów – przejaskrawionego, satyrycznego z patetycznym, biblijnym – słychać w całym scenariuszu, za który odpowiedzialna jest Natalia Fiedorczuk. Trzy kobiety (Magdalena Celmer, Anita Sokołowska i Beata Bandurska) poddawane są badaniu jakościowemu. Prowadzący (mechaniczny głos z offu) przeprowadza z nimi zogniskowany wywiad grupowy. Moderator pozostaje niewidoczny, by nie wpływał na wynik badań swoim wyglądem czy poglądami. Celem jest określenie optymalnego zawodu dla obiektów nazwanych K1, K2 i K3 – pozbawionych imion bohaterek. Najmłodsza właśnie ukończyła studia (brak doświadczenia zawodowego), starsza jest w kwiecie wieku (czas na macierzyństwo), najstarsza po pięćdziesiątce (brak perspektyw) – i nie wiadomo już, który wiek przyszli pracodawcy preferują. Podczas gdy kobiety poddawane są kolejnym testom, osoby siedzące na widowni mogą poczuć się badaczami – zastanawiają się, czy chcieliby je zatrudnić, czy chcieliby z nimi pracować, czy im współczują. Zadania polegają na inicjowaniu przez dwie aktorki sytuacji, z którą trzecia musi sobie poradzić. Każda scena dotyczy wyzwań, z jakimi spotykają się kobiety pracujące. Niektóre przybierają niemal formę skeczu, a niektóre są boleśnie poważne.

Oba style – przejaskrawiony i patetyczny – splatają się w niektórych momentach. Przykładem tego połączenia może być scena spowiedzi matki (emfatyczna Anita Sokołowska), ze wstydem i rozpaczą opowiadającej o cierpieniu swojego dziecka, które wylało na siebie wrzącą zupę. Patos jej wypowiedzi zostaje skontrastowany z barwnym opisem bulgocącej pomidorówki. Podobnie dzieje się w scenie niemal chrystusowego, niemego cierpienia mobbingowanej, skulonej na podłodze młodej pracowniczki (budząca w widzu odruchy opiekuńcze Magdalena Celmer), które zostaje uwypuklone przez dziki taniec rytualny, odprawiany wokół niej przez pozostałe pracownice. Sylwia Chutnik nazwałaby je „rasowymi Królowymi Sklejkowych Biurek”, które za nic mają tą nową i w sumie resztę świata również.

Groteskę wzmacnia scenografia (Anna Maria Zajęty, Mikołaj Małek), która przypomina biurowe wysypisko śmieci – wydaje się chaotyczna. W jednym kącie piętrzą się w nieładzie sprzęty elektroniczne, w innym leży góra kolorowych, splątanych kabli, a z tyłu sceny stoi ogromna miotła – niczym pomnik konserwatorów powierzchni płaskich. Ale jednak z biegiem akcji okazuje się, że wszystko ma tutaj swój cel. W ten sposób na przykład piramida ułożona z drukarek, lampek i telefonów przez namalowaną na szczycie gwiazdę staje się choinką. Anita Sokołowska wspina się po niej, wygłaszając neurotyczny monolog o konieczności utrzymywania równowagi w życiu rodzinnym i zawodowym. Swoje słowa wizualizuje balansowaniem na niestabilnej, biurowej konstrukcji. Być może pokonuje tę wspinaczkę przez biuro właśnie w dniu świątecznym, kiedy powinna być w domu z bliskimi.

Aktorki mogą być zmęczone tymi zadaniami tak samo, jak grane przez nie postaci. Ich role zmieniają się jak w kalejdoskopie, kobiety nie mają chwili wytchnienia. Czasem rzucają więc do siebie lub w stronę publiczności uwagi, o których ciężko stwierdzić, czy są wypowiadane przez nie prywatnie, czy zostały zapisane w scenariuszu. Czwarta ściana nie istnieje. Wszystkie aktorki grają przez większość czasu na pokaz, nieco sztucznie. Obronną ręką wychodzi z tego Beata Bandurska, która, paradoksalnie, nawet zachowując się karykaturalnie, wypada wciąż naturalnie. Mimo tego, że przypadają jej wszystkie charakterystyczne postaci – czego, jak sama przyznaje, ma pod koniec spektaklu dosyć – wydaje się w każdej scenie wiarygodna.

Workplace nie ma na celu opowiedzenia konkretnej historii. To kolaż krótkich scen z życia zawodowego różnych kobiet w formie groteskowego koszmaru. Im bardziej przerysowane są role z zadań testowych, tym mocniej i szczerzej wybrzmiewają monologi finałowe. Aktorki wychodzą kolejno do mikrofonu i mówią – przygotowane wcześniej bądź nie – monologi, których tematem miała być utopijna praca. Ten auto-teatralny zabieg powoduje, że Workplace nie jest tylko spektaklem o pracy kobiet na wolnym rynku, ale wpisuje się też w aktualną dyskusję na temat zmian na stanowiskach w instytucjach kultury. Aktorki mówią o tym, jak cieszą się, że mogli przyjechać z tym przedstawieniem do Warszawy na scenę TR Warszawa / ATM Studio; o niestabilności utrudniającej rozwój teatrów; o wymarzonym zespole, który nie tylko ze sobą pracuje, ale i współpracuje. Mówią o tym z gulą w gardle albo po prostu ze łzami w oczach.

Po monologach chowają się jak myszy między czarne rurki, tworzące wielką miotłę i w końcu ukryte przed wzrokiem badaczy, snują marzenia o bezczasie, o kawie, o tym, by położyć się na godzinkę. Zmęczenie aktorek intensywnym spektaklem można przełożyć na poczucie bezsilności kobiet spowodowane ciągłą walką o zdobycie, a potem o utrzymanie pracy na wolnym rynku. Widzowie przyglądają się ich sytuacji jakby pod powiększającym szkłem dentystycznym, które w pewnym momencie bohaterki wyciągnęły, by przerodzić się w monstra. Ciężko powiedzieć, czy naprawdę czują się nimi, czy też myślą, że tak postrzega je świat. Workplace to spektakl, którego treść inspirowana jest zwykłymi momentami codzienności. Nie poświęcamy im zwykle wiele uwagi. Groteskowa forma inscenizacji sprawia, że uświadamiamy sobie absurdalność niektórych scen z życia. Z łatwością możemy sobie wyobrazić sytuację, jak ta ze sceny, gdy kobieta leżąca w szpitalu położniczym (Anita Sokołowska) mimo bólu słucha cierpliwie narzekania pani sprzątającej (Beata Bandurska), która – cytując jej komentarz wypowiadany w stronę widowni – „wsiadła na to poczucie winy i wio”. Ciągle coś komuś jesteśmy winne i ciągle musimy stawać na wysokości zadania. A nie można bezustannie walczyć. Każda i każdy z nas powinien mieć prawo do lenistwa.

 

Julia Wróblewska, Teatralia Warszawa

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 212/2017 

Teatr Polski im. Hieronima Konieczki w Bydgoszczy

Workplace

reżyseria: Bartek Frąckowiak

scenariusz: Natalia Fiedorczuk

scenografia, kostiumy: Anna Maria Zajęty, Mikołaj Małek

muzyka: Krzysztof Kaliski

reżyseria światła: Michał Głaszczka

asystentka reżysera: Magdalena Celmer

asystentka scenografa: Anna Adamiak

obsada: Beata Bandurska, Magdalena Celmer, Anita Sokołowska

premiera: 24 czerwca 2017

fot. Monika Stolarska

Julia Wróblewska – studentka Międzywydziałowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych i Społecznych UW; zastępca redaktorki oddziału warszawskiego „Teatraliów”.