Osądźcie sami (Sędziowie)

Osądźcie sami (Sędziowie)

Na kilka dni przed premierą Sędziów w Teatrze Ludowym przypadkowo usłyszałam w radiu RMF MAXXX (raczej niekojarzącym się z podążaniem za teatralnymi nowościami) zapowiedź spektaklu podaną w konwencji medialnego newsa. O tym, że we wsi Jabłonica w niewyjaśnionych okolicznościach doszło do zabójstwa ciężarnej kobiety, Jewdochy A. W natłoku innych informacji właściwie można by nie zorientować się, że news jest pr-owym zabiegiem, nie zaś kolejną radiową sensacją. Trudno oceniać spektakl po samej tylko zapowiedzi, ale sygnał, że ta wersja przybliży nam sztukę sprzed ponad stu lat, wydał się dosyć oczywisty.

Reżyserka, Małgorzata Bogajewska, rzeczywiście sprawiła, że fabuła dramatu Stanisława Wyspiańskiego – bez widocznych ingerencji w tekst – staje się boleśnie realna i nieprzyjemnie wręcz aktualna. Stary Samuel to miejscowy dorobkiewicz, który za pomocą mniej lub bardziej szemranych interesów (w tym także handlu kobietami), a pod przykrywką prowadzenia knajpy, trzęsie całą wsią. Jewdocha jest u niego kelnerką, a właściwie dziewczyną od wszystkiego. Zaczyna to brzmieć dziwnie znajomo, czyż nie? Współczesne kostiumy, jakie aktorzy mogliby nosić nawet prywatnie, jeszcze bardziej wzmagają odczucie, że są jednymi z nas. Za najciekawsze rozwiązanie uznałabym natomiast obsadzenie grupy podchmielonych imprezowiczów w roli tytułowych sędziów. To podsuwa wyobraźni obrazy tego, jak może wyglądać sprawiedliwość i kto kogo tak naprawdę sądzi. Może też – ale to już moja życzeniowa interpretacja – reżyserka chce powiedzieć: bądźmy ostrożni w ferowaniu wyroków, za chwilę to my możemy stać się sądzonymi, a nasi sędziowie niekoniecznie będą pełni cnót.

Duże wrażenie wywiera już samo wejście z foyer do sali teatralnej: przechodzimy bocznymi drzwiami, a następnie przez coś w rodzaju magazynu, zakrawającego wręcz na rupieciarnię. Mimo że przedstawienie grane jest na dużej scenie Ludowego, to całość działań odbywa się w niedostępnej dla widzów na co dzień przestrzeni, czyli kulisach. Siedzimy dosyć blisko siebie, a wzrok rozbiega się po wyłaniających z ciemności elementach maszynerii teatralnej, by wreszcie zatrzymać się na stanowisku inspicjenta. Przedstawienie zaczyna się od popisowego koncertu skrzypcowego Joasa. Cała scena należy teraz wyłącznie do niego. Stoi tyłem do publiczności, a przed nim rozciągają się rzędy dojmująco pustych foteli. I jeden, ukryty w półmroku, choć najwierniejszy widz. Ojciec.

Opustoszała widownia pozostanie znaczącą przestrzenią i zarazem niemym bohaterem aż do końca spektaklu, do poruszającego dziwnym, nieludzkim wręcz spokojem monologu Samuela, który właśnie traci wszystko – pozycję społeczną, dobrobyt, a przede wszystkim synów.

Obszarem, który wymaga dalszej pracy (a może upływu czasu i tzw. przegryzienia się) jest mówienie wierszem. Wierszem Wyspiańskiego, dodajmy. Czyli – w wielkim skrócie – poezją, która potrafi przekazywać sensy samym tylko rytmem, melodią, wersyfikacją. Absolutne minimum do mierzenia się z Wyspiańskim stanowi nienaganny warsztat, ale i nieco trudniejsza do wyjaśnienia umiejętność myślenia wierszem. Różnica między doświadczonymi aktorami a młodszą częścią zespołu najlepiej obrazuje moje spostrzeżenia. Młodsi: Weronika Kowalska (Jewdocha), Cezary Kołacz (Natan) i Wojciech Lato (Urlopnik) nie maja większych problemów, ale Maję Pankiewicz (Joas) chwilami już trudno zrozumieć. Zdaję sobie oczywiście sprawę z celowo i konsekwentnie prowadzonej przez Pankiewicz efemeryczności postaci Joasa, ale biorąc pod uwagę i tak niewielką przestrzeń sceniczną, warto popracować nad słyszalnością i wyrazistością wypowiadanych kwestii. Dopiero kiedy mamy okazję usłyszeć tekst podawany przez starszą stażem aktorkę czy aktora (i tu już bez rozróżnień), różnica poziomów staje się namacalna. Młodzi są poprawni, ale wiersz, który wypowiadają jest mniej lub bardziej poza nimi. Starsi potrafią natomiast zbudować konkretny, namacalny świat w obrębie kwestii, wersu, a czasem nawet tylko jednego słowa. Tak jakby dla nich za słowem czy daną frazą nie stał jeden określony sens, ale mnogość propozycji, skojarzeń, obrazów, emocji, intencji i sama nie wiem, czego jeszcze. Albo inaczej, prościej – lata intensywnej pracy. Wierzę, że wszystko to jeszcze przed tymi młodymi!

Niezaprzeczalną siłą Sędziów Bogajewskiej jest unaocznienie aktualności dramatu stworzonego przez Wyspiańskiego. W pamięci pozostanie także mocno osadzone w fizycznych konfrontacjach aktorstwo – zdecydowane, wrzące wręcz od narastającej niecierpliwości. Z wyjątkiem świadomie wycofanego Joasa, oczywiście. A co poza tym? Idźcie i osądźcie sami.

Agnieszka Dziedzic, Teatralia Kraków

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 223/2018

Teatr Ludowy w Krakowie

Stanisław Wyspiański

Sędziowie

reżyseria: Małgorzata Bogajewska

scenografia: Barbara Ferlak

muzyka: Marcin Janus

reżyseria światła: Dariusz Pawelec

inspicjent / asystent reżysera: Anita Wilczak-Leszczyńska

sufler: Martyna Rezner

obsada: Maja Pankiewicz (Joas), Weronika Kowalska (Jewdocha), Cezary Kołacz (Natan), Samuel – Jacek Wojciechowski (Samuel),Kajetan Wolniewicz (Jukli), Piotr Pilitowski (Dziad),Wojciech Lato (Urlopnik), Jagoda Pietruszkówna, Anna Pijanowska, Karolina Stefańska (Dziewczyny), Patrycja Durska (Sędzia), Jan Nosal (Sędzia/Aptekarz), Paweł Kumięga (Sędzia/Nauczyciel)

premiera: 21 stycznia 2018

fot. Klaudyna Schubert