Nie rycz mała, nie rycz (Płaczki)

Nie rycz mała, nie rycz (Płaczki)

Żałoba to tematyka dziś raczej niepopularna. Twórczynie Płaczek przyglądają się różnym wariantom i przypadkom jej przeżywania, ale też opowiadania o niej. Kreują scenki na przemian poważne, ironiczne, zabawne, smutne, a czasem groteskowe.

Na początku tancerki (Agata Moląg, Monika Świeca, Marta Wołowiec) poruszają się powoli, uruchamiając skomplikowaną maszynę, jaką jest spektakl. Chodzą po okręgu dookoła sceny, to pochylając się, to prostując. Falujący ruch przywodzi na myśl nie tylko zachowanie pogrzebowych płaczek, ale też proces dojrzewania i starzenia się, który zatacza kolejne koła.

W spektaklu odnaleźć można dużo estetycznie zachwycających momentów, zatrzymanych w czasie kadrów żałoby. W pewnym momencie, na przykład, ciała tancerek zamieniają się w żywe kolumny – kobiety stają na rękach, a czarne sukienki opadają im na twarze. Płaczki działają na razie w sytuacji chwiejnej harmonii podszytej poczuciem wspólnoty. Ta ostatnia jest polem nieustannej negocjacji. Fizycznym przejawem łączących płaczki więzów są węzły na sukienkach. Czasem utrudniają poruszanie się, wymagają skomplikowanych operacji za- i wy-plątania się.

Druga część przedstawienia jest o wiele bardziej ironiczna i skupiona na refleksji nad tworzeniem spektaklu oraz formami przezywania żałoby. Za jej początek można przyjąć symboliczne (ale i poniekąd dosłowne) zerwanie zasłony fikcji. Jedna z tancerek (Agata Moląg) odsłania bowiem kotarę znajdującą się na końcu sali za którą widać duże szklane drzwi. Natychmiast zmienia się atmosfera, zostajemy wyrwani z przyciemnionej, nieco transowej rzeczywistości charakteryzującej wcześniejszą część. Tancerki w nieformalnych pozach skupiają się wokół okna, jak gdyby robiły sobie właśnie przerwę w próbie. Przeszukują kieszenie  – spodziewamy się papierosów, ale przewrotnie pojawia się guma do żucia, rzecz wydawałoby się zupełnie nie na miejscu. Bardziej poważny nastrój pierwszej części zostaje przełamany i zastąpiony zabawnymi scenkami tematyzującymi pokazywanie uczuć, których się wcale nie odczuwa – co dotyczy zarówno tytułowego zawodu płaczek, jak i aktorstwa.

Szczytem ironii jest jednak konkurs na płacz. Wszystkie wykonawczynie ustawiają się w szeregu i krokiem modelek przemierzają scenę w kierunku widowni, aby wykonać kilkudziesięciosekundowy popis szlochu. Każda kolejna próba jest bardziej groteskowa od poprzedniej. Jedna z płaczek (Marta Wołowiec) nie radzi sobie jednak z zadaniem, i wciąż jest strofowana przez koleżanki. Stres związany z niemożnością wykonania zadania zajada ogromną ilością gumy. Zanosząc się szlochem, nieustannie przeżuwa wielką kulę gumy do żucia, czego efektem jest nie tyle smutny, ile żałosny obrazek. Łatwo jest sympatyzować z aktorką. Niespodziewanie (i przewrotnie) okazuje się, że empatię wywołuje nie najbardziej nawet dopracowana żałoba płaczek, ale właśnie pełna prozy życia niemożność jej wyrażenia.

Spektakl kończy kolejne podkreślenie tej niemożności. Choreografka Agata Moląg wychodzi na scenę i przeprasza widzów za nieudany spektakl. Tancerki pokazują ostatnią („w naszej opinii najlepszą i najważniejszą”) scenę przedstawienia. Jest nią bardzo prosta choreografia do kiczowatej, choć traktującej o odejściu piosenki. Puenta przypomina pokazywaną także wcześniej trudność przekonującego pokazania żałoby, która często balansuje na granicy kiczu, a jej demonstracyjne ukazywanie miewa efekt odwrotny od zamierzonego.

 

Aleksandra Spilkowska, Teatralia Kraków


Internetowy Magazyn „Teatralia”, nr 171/2016

 

 

Płaczki

Grupa Wokół Centrum

tańczą: Agata Moląg, Monika Świeca, Marta Wołowiec

koncepcja i choreografia: Agata Moląg

fot. M. Śmieszek

Aleksandra Spilkowska – ur. 1992, studentka krytyki literackiej i wiedzy o teatrze, gdańszczanka mieszkająca w Krakowie.