Nie mamy mapy, my ją dla siebie stwarzamy – wywiad z Janem Mancewiczem

Z Janem Mancewiczem, aktorem Teatru Mumerus rozmawia Zuzanna Berendt.

Spektakle pokazywane w ramach festiwalu piętnastolecia teatru, oprócz Dzbanka z czarnej gliny, opierają się na tekstach niedramatycznych. Z czego wynikają takie wybory i jak przebiegają prace nad tekstami?

To jest właściwie priorytet Teatru Mumerus, z założenia nie sięgamy po teksty dramatyczne, wyjątkiem był Król Ubu. Bierzemy na warsztat głównie prozę. Wielkie nazwiska światowej literatury: Lewis Carroll, Bruno Schulz, Franz Kafka… Wiesław Hołdys tworzy na ich podstawie adaptacje i to właściwie do niego należy kierować pytanie, dlaczego nie robimy dramatów. W dziewięćdziesięciu procentach teksty są wyborem reżysera, chociaż akurat z Schulzem było inaczej, to w ogóle była trochę kwestia przypadku. Głupia mąka wariatów powstała w wyniku pracy nad poprzednim spektaklem, czyli Niewyczerpanym transformistą. A Transformista to z kolei rezultat przyjazdu do Krakowa w ramach stypendium Narodowego Centrum Kultury Aleksandra Maksymowa z Drohobycza. Aleksander miał własny temat i coś do zaproponowania, i można powiedzieć, że on nam tego Schulza przywiózł. Miał zrobić tylko przedstawienie warsztatowe, właściwie bardziej pokaz niż przedstawienie, którego opiekunem został Hołdys. Ja i Ania Lenczewska mieliśmy pomagać „prowadzić” Maksymowa. Sasza przywiózł takie jakby scenki, etiudy na podstawie Schulza, ale bez słów. Hołdys nie chciał wtedy „chwytać” Schulza, bo stwierdził, że mistrzów można tylko zepsuć, a Schulz dla Wieśka jest mistrzem. Poza tym zobaczył, że język pantomimy wyraża więcej niż słowa. W końcu pokaz warsztatowy zamienił się w przedstawienie, które gramy razem z Aleksandrem w ramach naszego repertuaru. Potem chcieliśmy kontynuować pracę nad Schulzem, ale już z naszym zespołem. Tym razem przedstawienie oparte jest na innych opowiadaniach niż te zawarte w Transformiście, a tym samym pozwalające odejść od zastosowanej tam konwencji. Dlatego można powiedzieć, że gdyby nie Sasza, nie byłoby Głupiej mąki.

W takim razie obawa przed „chwytaniem” mistrzów zeszła jednak na dalszy plan przy realizacji Głupiej mąki wariatów?

Chyba tak. Nie chcę się tutaj wypowiadać za reżysera, ale z tego, co wiem, on po prostu zaczął inaczej Schulza czytać. Pisarz przemówił do niego w inny sposób niż wtedy, przed przyjazdem Saszy. Istnieje stereotyp wystawiania Schulza jako ponurego i mrocznego, a my stwierdziliśmy, że jest pełen humoru i groteski. Ta proza obfituje w mnóstwo kolorów, które oddziałują. I w obu spektaklach, jeżeli chodzi o warstwę scenograficzną, bardzo świadomie operujemy barwami.

Kim są ludzie współtworzący Mumerusa? Pańscy koledzy, aktorzy, reżyser, scenografowie. Dlaczego chcą robić teatr akurat tutaj, w tym zespole?

Jest mi trudno wypowiadać się za kolegów. Wszyscy tutaj tworzymy zgrany zespół, a jednocześnie jesteśmy grupą przyjaciół. Nam się w związku z tym bardzo dobrze pracuje, znamy się od wielu lat. Każde z nas robi oczywiście też inne rzeczy, pracuje w innych zespołach. Dotacje na nasz teatr są bardzo skąpe i z samego Teatru Mumerus byśmy nie wyżyli, dlatego Beata [Kolak] pracuje w Łodzi, Robert Żurek w Rzeszowie, Ania jeździ po Polsce, ja i Karol Zapała też sporo jeździmy i gramy w telewizji, ale spotykamy się tutaj i to jest swojego rodzaju odskocznia od tamtej rzeczywistości. Dzięki Mumerusowi wchodzimy w przestrzeń eksperymentu, poszukiwania konwencji, zmagania się z niepoznaną do końca materią. Nie mamy mapy, my ją dla siebie stwarzamy. Dlatego ta praca tak fascynuje. Może nie zawsze widzowie wszystko rozumieją, ale proszę mi wierzyć, że klucz w tych przedstawieniach jest.

Przestrzeń Teatru Zależnego jest bardzo kameralna, aktorzy grają w bardzo dużej bliskości z widownią. Publiczność domaga się poznania tego klucza, którym się posługujecie, da się wciągnąć w ten świat?

To wszystko zależy od wrażliwości widza. Można to zaobserwować na przykładzie dzieci, które czasami przychodzą do teatru – one mają zupełnie inną wrażliwość. Im się nasze przedstawienia bardzo podobają, mimo tego, że to jest wysoka literatura i często te prace, nie do końca zrozumiałe dla dorosłych, dla dzieci są fascynujące. Zastanawiałem się dlaczego i pomyślałem sobie, że dzieci traktują je jak rebusy. Dzieci lubią zagadki, w których nie wszystko jest powiedziane wprost, w których trzeba coś odgadnąć. A poza tym wydaje mi się, że nasze spektakle stwarzają pewien świat, i dzieci nie mają problemu z tym, żeby uciec od rzeczywistości opowiadanej fabułą, do pewnej krainy zmysłowości, gdzie mówi się dźwiękiem, kolorem, obrazem. Dużą rolę odgrywa tu malarstwo. Z dorosłymi jest tak, że czasem im się nie podoba, bo niewiele rozumieją, a czasami mówią: „nie rozumiem, ale to jest fascynujące”. My próbujemy stworzyć świat inny od tego, jaki mamy na co dzień. Niektórzy ludzie nie są w stanie wejść w taki świat z ulicy, ale zdarzają się i tacy, którzy wejdą w niego i dadzą się porwać. W Transformiście, w którym przez większość spektaklu nie pada żadne słowo, widz musi zacząć siebie słyszeć. Zostawiamy dla widza tę pustą przestrzeń, tak, żeby nie tylko mógł usłyszeć siebie, ale też być sam. Jesteśmy przyzwyczajeni do grania bardzo blisko widowni i dla nas zrywanie tej „czwartej ściany” to rzecz normalna, choć nie staramy się być przy tym nachalni.

Gracie też przedstawienia plenerowe, poza Teatrem Zależnym.

Tak. Graliśmy w Willi Decjusza, Muzeum Etnograficznym, ostatnio mieliśmy warsztaty z młodzieżą węgierską, słowacką i polską w Muzeum Archeologicznym. 24 listopada jedziemy do Wadowic, potem do Nowego Sącza. Wyjazdów jest dużo.

Na wyjazdy zabieracie ze sobą „cały teatr” czy jesteście otwarci na to, co czeka na was w nowym miejscu, i co daje nieznana przestrzeń?

Oczywiście muszą być jakieś warunki sceniczne i minimum zaplecza, jakieś okotarowanie i światła. Ale teraz, na przykład, jedziemy do Nowego Sącza do Miasteczka Galicyjskiego i tam mamy grać w chałupie, w której nie będzie nic poza naszymi światłami i scenografią. We wcześniejszych przedstawieniach i jeszcze w Tajemniku scenografia była dość rozbudowana, ale ostatnio staramy się iść w kierunku teatru ubogiego i mobilnego. Transformistę gramy na pustej scenie. To ważne także ze względów praktycznych – kiedy byliśmy ostatnio w Nowym Sączu i Rabce i mogliśmy pojechać tam autobusami kursowymi, bo do grania potrzebujemy tylko kostiumów.

Dzisiaj pokazywany będzie spektakl warsztatowy Dzbanek z czarnej gliny, nad którym objął pan opiekę artystyczną. Kim są aktorki grające w spektaklu i jak powstawał?

Joasia Gałdecka i Karolina Kogut brały udział w naszych warsztatach i programach międzynarodowych. Na takie warsztaty zawsze są potrzebne dotacje finansowe, których nie mogliśmy dostać, i dziewczyny w pewnym momencie postanowiły, że chcą coś zrobić poza jakimkolwiek projektem. Na początku same przygotowały przedstawienie Diazepam o relacjach matki i córki. Ja pomagałem im tylko przy wyborze tekstów, uczestniczyłem może w dwóch próbach, resztę zrobiły zupełnie same. Natomiast Glen Cullen, amerykański reżyser, który regularnie współpracuje z naszym teatrem, stwierdził, że właśnie z nimi chce zrealizować Balladynę rozpisaną na dwie dziewczyny. Pomyślałem, że to dość szalony pomysł, ale Glen zaczął się z nimi spotykać, pracowali nad tym chyba rok. Stworzyli bardzo ciekawy spektakl nawiązujący do tego, co teraz często robi się na przykład w Anglii ze sztukami Szekspira, które rozpisuje się na bardzo małą liczbę aktorów. Glen, o dziwo, doskonale czuje kulturę polską i to przedstawienie świetnie się ogląda. Dziewczyny grają w sposób bezpretensjonalny. Każda zajmuje się w życiu czymś innym. Karolina studiuje religioznawstwo, Joasia pracuje. Dla nich aktorstwo jest pasją, sposobem na życie, chociaż nigdy nie myślały, żeby zdawać do szkoły teatralnej. Przedsięwzięcia edukacyjne to są rzeczy, które ja bardzo sobie cenię. Za bardzo wartościową uważam współpracę z teatrem studenckim Alter z Drohobycza. Z tej współpracy powstały bardzo ważne, wielkie przyjaźnie.

Czego życzyć teatrowi w piętnaste urodziny?

To trudne pytanie… Oczywiście, w sensie materialnym powiedziałbym – pieniędzy, dotacji, choć może to byłoby zbyt małostkowe. Myślę, że władze miejskie albo wojewódzkie

powinny przestać kierować pieniądze na „festiwal pierogów” w ramach dysponowania środkami na kulturę. Muszą nastąpić zmiany, osoby decyzyjne muszą dostrzec kulturę niezależną, bo w niej jest szansa na zdroworozsądkowe myślenie o sztuce w ogóle. My staramy się być niezależni, jeśli chodzi o tematy społeczno-polityczne. W żadnym spektaklu nie można znaleźć aluzji politycznych, od których aż roi się w spektaklach teatrów instytucjonalnych. Staramy się poruszać uniwersalne tematy.

Zuzanna Berendt, Teatralia Kraków
Internetowy Magazyn „Teatralia”, nr 117/2014