Muzyczna utopia (Dom Dźwięku)

Muzyczna utopia (Dom Dźwięku)

W 1975 roku zainspirowany ulicznym zgiełkiem Tomasz Sikorski pisze przytłaczający utwór o znamiennym tytule: Samotność dźwięków. Ponura diagnoza nie traci dziś na aktualności: żyjemy w świecie nieustannego hałasu, przez co dźwięk traktujemy raczej jako skazę, irytujące tło, niż domagającą się wysłuchania wypowiedź. Muzyka pojmowana jako przestrzeń sformalizowanej relacji z dźwiękiem stała się dziś zbiorem konwencji przesłaniających jej pierwotną naturę. Modele odbioru, jakie narzuca nam kultura – od chłodnej kontemplacji w sali koncertowej, przez bezmyślne pochłanianie radiowych hitów, aż po niekończący się strumień na Spotify – niweczą potencjał budowy wspólnoty, ograniczają słuchanie do beznamiętnej analizy lub w służbie konsumpcji obezwładniają naszą wrażliwość.

Rozczarowany ustanowioną formułą tworzenia i prezentacji utworów, Wojciech Blecharz stworzył w Małopolskim Ogrodzie Sztuki Dom Dźwięku. Już przekraczając próg sali czujemy, że czeka nas zupełnie nowy rodzaj doświadczenia: nie ma podziału na scenę i widownię, nie ma również artystów czy jednoznacznych wskazówek, co właściwie powinniśmy robić. Rozstawione na sali cytry, bębny, dzwony rurowe, soreny, ksylofon i przypominające raczej wyposażenie statku kosmicznego niż instrument skrzydła, czekają aż tchniemy w nie życie. Goście instynktownie zajmują miejsca, ostrożnie badając działanie przedmiotów. Natrętna niepewność i obawy – czy przypadkiem za moment nie czeka nas muzyczna musztra obnażająca naszą nieudolność – prędko zostają wyparte zaintrygowaniem i ekscytacją. Nie będzie górował nad nami dyrygent, groźnie wymachując batutą. Choć przy każdym stanowisku znajdziemy instrukcję i proponowany schemat gry, w dowolnym momencie możemy wstać i spróbować sił z innym instrumentem lub poprzestać na obserwacji.

Mimo swobodnej atmosfery zabawy, mamy do czynienia z pieczołowicie wypracowaną strukturą, sygnalizowaną wyświetlanym tekstem. Część pierwsza to swoiste powitanie, czas na oswojenie się uczestników z nową rolą. Sala wypełnia się przyjemną kakofonią, która nie pozostawia miejsca na przejmowanie się poprawnością gry. Z głośników sączy się pulsująca muzyka stanowiąca spoiwo instalacji, wywołująca wrażenie opieki i gwarantująca poczucie komfortu. Wszystko odbywa się w klimatycznym półmroku rozświetlanym pojedynczymi snopami świateł. Po pomieszczeniu wędruje też przypominająca wiązkę skanera linia, jakby w poszukiwaniu czegoś bardzo istotnego. Michał Jankowski (reżyseria świateł) subtelnie odsyła nas do estetyki znanej z filmów science-fiction, do rzeczywistości, która być może nas czeka. W drugiej części będziemy mogli już swobodnie improwizować, w instrukcji znajdziemy jedynie zachętę do zamknięcia oczu i wsłuchania się w otaczające nas dźwięki. Wyświetlane na ścianach sugestie zmian rytmu i intensywności gry są raczej drogowskazem pogłębiającym doświadczenie, niż zobowiązującym nakazem. Choć na salę wchodzą artyści, którzy czytają fragmenty tekstu bądź grają na klarnecie, nikt nikogo nie pilnuje ani nie poucza. Spotkanie z dźwiękami w ich domu przypomina pierwszy samodzielnie przyrządzony posiłek – bez znaczenia są walory smakowe i kategorie estetyczne – liczy się samo przeżycie i uzyskana dzięki niemu perspektywa.

Nowe muzyczne doświadczenia to jednak nie koniec niespodzianek: pod każdym z siedzeń możemy znaleźć małe, zasilane bateriami radio. Instruowani głosem narratora, operując częstotliwością odbiornika, lub zupełnie go wyłączając, będziemy mogli powiedzieć czy Oda do radości to według nas przyjemny utwór, bądź z pokorą przyznać, że zgodnie z oczekiwaniami nie znamy nazwiska twórcy współcześnie brzmiącej kompozycji. Wśród mniej lub bardziej niewinnych pytań nie zabraknie też silnego akcentu politycznego. Na każdej ze ścian domu czytamy: „czy ten dźwięk wywołuje w Tobie strach?”. Z głośników dobywa się donośny śpiew muezina, a jedna z trzech możliwych odpowiedzi brzmi: „jestem za nieprzyjmowaniem uchodźców do Polski”. Nie jest to jednak próba wpisania całego wydarzenia w ramy ideologicznych konfliktów, raczej demonstracja zawartego w dźwięku potencjału znaczeń, mnogości możliwych doświadczeń i perspektyw, jak i polaryzującego ładunku oddziaływania.

John Langshaw Austin w pracy Jak działać słowami ujawnił ukrytą moc drzemiącą w naszych wypowiedziach, nazwanych przez niego performatywami. W ślad za nim Wojciech Blecharz w swojej (jak sam ją określa) performatywnej instalacji wykorzystuje odkrycie Austina, przenosząc je w świat muzyki i dźwięków. Tam za ich pośrednictwem możemy działać zarówno na sobie, uruchamiając uśpiony zmysł słuchu, jak i współdziałać z innymi gośćmi, wpływając na wspólne doświadczenie i jego wynik. W Małopolskim Ogrodzie Sztuki udało się stworzyć przestrzeń prawdziwie egalitarną, pozbawioną hierarchii i sztywnych zasad. Miejsce, za które wszyscy ponoszą odpowiedzialność, a więc w którym wytwarza się wspólnota oparta o nowo uzyskaną perspektywę. Możemy mieć tylko nadzieję, że przywoływana w tekście utopijna wizja z Nowej Atlantydy Francisa Bacona, jest sygnałem nadchodzących zmian i zamiast kolejnych filharmonii zaczniemy budować Domy Dźwięku, gdzie nikt nie będzie czuł się samotnie.

 

Witold Loska, Teatralia Kraków

Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 199/2017

Małopolski Ogród Sztuki

Dom Dźwięku

Reżyseria, muzyka: Wojciech Blecharz

Dramaturgia: Ariel Efraim Ashbel

Światło, obrazy wideo: Michał Jankowski

Obsada: Bożena Adamek, Lidia Bogaczówna, Halina Jarczyk, Ewelina Przybyła, Andrzej Bonarek, Tadeusz Zięba

Muzycy: Sara Haber, Dariusz Rogowski

fot. mat. teatru

Witold Loska, rocznik 1988, student Wiedzy o teatrze.