Lalka też Człowiek – rozmowa z Markiem Żurawskim

Lalka też Człowiek – rozmowa z Markiem Żurawskim

W Warszawie trwa IX Międzynarodowy Festiwal Teatru Lalek i Animacji Filmowych Lalka też Człowiek. Dyrektor organizacyjny festiwalu Marek Żurawski opowiada o tegorocznej edycji festiwalu, korzeniach teatru lalek i jego magii.

Marta Kaszuba: – To już 9. edycja festiwalu. Czym różni się od poprzednich?

Marek Żurawski: – Oczywiście programem i nieco innym pomysłem na zrealizowanie tegorocznej edycji. Tym razem postanowiliśmy zderzyć ze sobą różne języki używane w teatrze lalek i przedstawić różne rodzaje teatru. Z jednej strony jest to teatr tradycyjny – operujący tradycyjną lalką – o której najczęściej myślimy, kiedy słyszymy hasło „teatr lalek” – czyli marionetką, pacynką lub kukiełką. Z drugiej strony – współczesny teatr lalek. Chcemy pokazać, że ten teatr podlega pewnemu stałemu rozwojowi i posługuje się również językiem używanym na co dzień w naszym życiu. Oznacza to, że w spektaklach korzystamy z multimediów – dotyczy to nie tylko muzyki, którą możemy usłyszeć z nośników elektronicznych, ale przede wszystkim projekcji multimedialnych. Przykładem takiego spektaklu może być Drugi pokój, gdzie właściwie cała rzecz rozgrywa się za pomocą pewnych wizualizacji wyświetlanych na ekranie. Również w spektaklu niezależnej grupy artystów ze Słowacji pt. Dom, miłość i wiara, który to otwierał tegoroczny Festiwal, , występuje taki melanż – pojawiają się w nim zarówno lalki, jak i projekcje multimedialne.

W programie festiwalu znajdują się nie tylko spektakle.

Prezentujemy aż trzy wystawy i to jest novum, bowiem do tej pory nie mieliśmy aż tak bogatej części wystawienniczej. Ponadto w tym roku na festiwalu pojawiła się bardzo ciekawa, duża część filmowa. Wyświetlane są trzy bloki filmowe opatrzone wspólnym tytułem Animator, na których przedstawiamy filmy nagrodzone podczas tegorocznej edycji Festiwalu Filmów Animowanych Animator w Poznaniu. W repertuarze m.in. przewspaniały film – najnowsza produkcja braci Quay Unmistaken Hands: Ex Voto F.H. oraz wielokrotnie nagradzany w Polsce i za granicą film Piotra Dumały Hipopotamy. Same perełki, które ciężko byłoby znaleźć gdziekolwiek indziej – będą u nas. Otrzymaliśmy również propozycję współpracy z Festiwalem Filmów Animowanych StopTrik w Mariborze na Słowenii, który będzie się odbywał w listopadzie. My już teraz możemy zaprezentować filmy, które będą brały udział w konkursie za miesiąc, i jest nam z tego powodu bardzo miło. Miałem okazję je oglądać – są fantastyczne i gorąco je polecam.

Dodatkowo zaprezentujemy pięć filmów dedykowanych pamięci Andrzeja Panufnika. W tym roku obchodzimy setną rocznicę urodzin tego wielkiego polskiego kompozytora, który w latach 50. opuścił kraj i wyemigrował do Wielkiej Brytanii. Żeby uświetnić i przypomnieć jego postać, zaprezentujemy filmy powstałe do muzyki skomponowanej przez dzieci kompozytora.

Czy ten szeroki repertuar zachęcił, przyciągnął większą publiczność niż dotychczas?

Myślę, że tak, ponieważ w ciągu trzech dni rozeszły się wszystkie wejściówki. Zawsze zainteresowanie festiwalem rozpoczyna się na długo przed opublikowaniem przez nas pierwszej oficjalnej informacji o nim, otrzymujemy mnóstwo- maili i zapytań o program festiwalu i możliwość rezerwacji biletów, natomiast zwykle wejściówki rozchodzą się w ciągu tygodnia, dziesięciu dni. W tym roku po trzech dobach nie było już właściwie wolnego miejsca. Świadczy to o tym, że zainteresowanie festiwalem jest duże. A skoro jest odzew z drugiej strony – czyli ze strony widzów, którzy na festiwal chcą przyjść i go zobaczyć – to warto ten festiwal robić.

Jak zrodził się pomysł na festiwal?

Pomysłodawcą jest Marek Chodaczyński, dyrektor Unii Teatr Niemożliwy, która jest organizatorem festiwalu. Jednocześnie jest on prezydentem Stowarzyszenia Artystów Lalkarzy POLUNIMA. Dziesięć lat temu spotkaliśmy się prywatnie w gronie Unitów i rozmawialiśmy o tym, że dobrze byłoby oprócz naszych spektakli zrobić coś więcej i pokazać, że nie tylko my się, w cudzysłowie, bawimy lalkami, ale jest dużo więcej miłośników tej formy teatralnej. W taki sposób narodził się nasz festiwal.

Festiwal cieszy się już pewną renomą na świecie.

Zapraszamy, a właściwie selekcjonujemy już napływające zgłoszenia z całego świata, festiwal jest na świecie rozpoznawalny i bardzo dobrze oceniany. Oprócz tego otrzymujemy życzenia powodzenia od dyrektorów festiwali światowych zarówno tych małych, jak i tych olbrzymich. Oznacza to, że na świecie o nas wiedzą i uważają, że nasz festiwal jest na bardzo wysokim poziomie. Ponadto zespoły teatralne, które już u nas gościły, stały się ambasadorami naszego festiwalu, a przez to Warszawy i kraju. Opowiadają o tym, jak tu jest sympatycznie, jak cudowni są warszawiacy, jaka wspaniała jest na naszym festiwalu publiczność – taka informacja idzie w świat, stąd też co roku napływają setki zgłoszeń przeróżnych teatrów. Zgłaszają się nie tylko ci, z którymi już jesteśmy zaprzyjaźnieni, lecz także ich znajomi albo znajomi znajomych. Myślę, że taka reklama jest chyba najbardziej prawdziwa i najbardziej skuteczna. Gdy widzę plakat, mogę mieć do niego jakiś własny stosunek, natomiast jeśli mój znajomy mówi mi, że był na festiwalu i tam jest fajnie, to znaczy, że naprawdę warto na niego pojechać.

Dla zespołów teatralnych goszczących na festiwalu przewidziane są nagrody.

Tak. W tym roku pula nagród wynosi 20 tys. złotych. Jak zostanie podzielona – to jest słodka tajemnica jurorów. W jury zasiada pięć znamienitych osób, przewodniczącą jest Krystyna Żuchowska, nasza wieloletnia przyjaciółka, lalkarka, tłumaczka dramatów i literatury francuskiej na język polski. Krystyna Żuchowska wie o teatrze lalek bardzo dużo, poza tym jest spiritus movens naszego teatru i od lat niezmiennie przewodniczy obradom jury. Prócz niej w jury zasiada trzech dyrektorów – dyrektor festiwalów w Edynburgu Simon Hart, dyrektor festiwalu i prezydent Polskiego Ośrodka Lalkarskiego POLUNIMY w Danii – Hans Hartvich-Madsen oraz dyrektor festiwalu teatru lalek w Omsku w Rosji – Stanislav Dubkov. Piątym jurorem jest pani Anna Konstantinova – dziennikarka i znawca teatru lalek z Sankt Petersburga. Ta piątka będzie przyznawała trzy nagrody – za najlepszy spektakl, dla najlepszego aktora i za najciekawszą inscenizację. Aczkolwiek jury może podzielić te nagrody – tak, jak mówiłem – wedle własnego uznania.

Kto jeszcze, oprócz jury, przyznaje nagrody na festiwalu?

Jak co roku mamy bardzo ważnego jurora, czyli publiczność. Po każdym spektaklu nasi wolontariusze zbierają państwa głosy. Zwycięzca otrzymuje od nas zaproszenie w ciemno z dowolnym spektaklem na rok następny. W tym roku gościmy dwoje laureatów nagrody publiczności: są to Gaspare Nasuto, ubiegłoroczny zwycięzca, i pani Nicola Unger, która zwyciężyła dwa lata temu. Prócz publiczności mamy również jury studenckie. Studenci Akademii Teatralnej w Białymstoku – w tym roku będzie to trójka młodych ludzi – przypatrując się uważnie wszystkim spektaklom, decydują, który ze spektakli miał superpointę i przyznają „Stówę za Pointę”. Tu taka dykteryjka – w czasach, kiedy Marek Chodaczyński studiował w Akademii, nie było problemem, żeby przygotować jakąś miniaturę animacyjną, problemem było, jak tu ją spointować. W związku z tym studenci biegali po całym akademiku i wrzeszczeli – „stówa za pointę!”. Stąd nazwa tej nagrody. Co roku widzę, że studenci doskonale wiedzą, o co chodzi. Kolejną nagrodą jest moja ulubiona – ufundowana przez prezesa Marka Chodaczyńskiego – nagroda „Cudnej Chwili za Piękny Moment Animacji”. Możemy przyznać jedną, a czasami jest tak, że tych momentów w przeróżnych spektaklach jest takie multum, że chętnie przyznalibyśmy ich więcej. Marek mógł ufundować tylko jedną nagrodę, więc przyznajemy ją za coś, co jest majstersztykiem animacji. Przyznajemy jeszcze jedną nagrodę, którą jest oficjalny dyplom dla ciekawego zjawiska teatralnego od POLUNIMY.

Jeżeli ktoś z widzów – bo też tak się zdarzało – uznaje, że ma ochotę nagrodzić w jakiś szczególny sposób aktora, reżysera, muzyka, cały spektakl, całą grupę teatralną, to oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie. Zdarzały się już takie przypadki i nagrody te przybierały przeróżne formy. Były to wówczas nagrody pieniężne, zaproszenia grupy teatralnej do Warszawy na parę dni i pokazanie im miasta, nagrody rzeczowe w postaci rzeźby czy malunku. Chodziło o sam gest.

Na festiwalu goszczą zespoły rodzime i zagraniczne. Jak oceni pan różnice w rozwoju teatru lalek w Polsce i na świecie?

Trudno jest o tym mówić w dobie Internetu i nieograniczonych niemal możliwości kontaktowania się ze sobą. Sądzę, że przed erą Internetu o różnice było znacznie łatwiej, gdyż poszczególne grupy teatralne były od siebie odizolowane. Wówczas to właśnie festiwale dawały możliwość wymiany doświadczeń i to dzięki nim można było zobaczyć różnice między krajami. W tej chwili znacznie prościej podejrzeć, zobaczyć, czym się interesują poszczególni twórcy, dzięki czemu wszyscy wzajemnie się inspirujemy. Jednak nie zapominamy zarówno o tym, skąd jesteśmy, jak i o całym naszym dziedzictwie kulturowym. Z jednej strony trudno znaleźć superekstra indywidualności charakterystyczne dla danego regionu, z drugiej strony czuje się inny sposób postrzegania i przedstawiania rzeczywistości. Troszkę inaczej artyści mówią na Białorusi, w Rosji czy też w Kazachstanie, inaczej o tym samym problemie powie Amerykanin, a jeszcze inaczej Irakijczyk czy Francuz. Gdy ogląda się spektakle z całego świata, czuje się te różnice, trudno natomiast w paru słowach powiedzieć, na czym one polegają.

Oczywiście zawsze jest tak, że to wszystko przepuszcza się przez indywidualność twórcy, gdyż nie należy zapominać, że to ja tworzę i wypowiadam siebie, przekazuję swój styl, a nie naśladuję czy imituję swojego przyjaciela na przykład z drugiej strony globu. Poszukiwania są jednak wspólne i to jest wspaniałe. Rozwój teatru lalek na świecie porównałbym do wielkiego krzewu, na którym z różnych stron rosną różne przepiękne kwiaty, jest gęsto od liści, ale to wszystko jest jedno. To wszystko jest teatrem lalek, który przybiera przeróżne formy.

A czym różni się polska i zagraniczna publiczność?

Zazwyczaj jest tak, że na festiwale przychodzą ludzie świadomi tego, co na festiwalu będzie prezentowane, albo tacy, którzy są ciekawi teatru lalek i chcą się o nim czegoś dowiedzieć. Jest to dość specyficzna grupa widzów. Wszędzie jest tak, że publiczność jest zachwycona, bardzo otwarta i reaguje niezwykle żywiołowo. Czasami w naszym kraju trochę brakuje tej żywiołowości. Sprawia to takie wrażenie, jakbyśmy się bali, że nie uchodzi w trakcie spektaklu zaśmiać się albo zapłakać ze śmiechu. Wszystko jest stonowane, bo to jest teatr. Można zaobserwować prawidłowość lekkiego dystansu, uszanowania tego, co się dzieje na scenie, jakby widzowie chowali się za nieistniejącą kurtyną dzielącą publiczność od aktorów. Aczkolwiek są też takie festiwale, gdzie czuje się wspaniały kontakt z widzami, którzy bardzo żywiołowo reagują, dzięki czemu od razu słychać, że spektakl im się podoba – a jeżeli się nie podoba, to też to od razu widać. Jednak publiczność festiwalowa wszędzie jest podobna, bardzo kochana – uwielbiamy publiczność. Zupełnie inaczej ogląda się spektakl samotnie albo w kameralnym gronie z przyjacielem, żoną, dziewczyną czy z kimś innym, a inaczej, jeżeli wokół jest setka osób, od których płynie taka fajna energia.

Z drugiej strony, z punktu widzenia osoby, która bywa czasami na scenie, muszę przyznać, że reakcja widzów jest niesamowicie istotna. Jest to jakby pozawerbalna komunikacja pomiędzy tymi, którzy prezentują spektakl i opowiadają historię, a tymi, którzy ją odbierają. Gdy widać i słychać reakcję widzów, dodaje to mnóstwo dodatkowej energii aktorom na scenie. Jest to taka spirala, w której zyskuje się energię od publiczności, przekazuje się ją dalej, publiczność znowu reaguje i tak spirala się toczy. O tym mówią wszyscy aktorzy. To jest właśnie magia teatru postrzegana od strony wykonawców – gdy widzę, że zrobiłem coś, co podoba się widzom, dostaję zastrzyk energii, żeby zrobić coś więcej, i to znajduje później oddźwięk i jest super. Jeżeli natomiast coś jest źle, to wtedy szuka się na bieżąco możliwości wyjścia z impasu i zrobienia czegoś innego.

Czy można powiedzieć, jakiego typu spektakle prezentowane w ciągu ostatnich lat spotykają się z największą reakcją widzów?

Nie, nie można powiedzieć. Oczywiście najłatwiej zobaczyć reakcję publiczności na spektaklach lekkich, sympatycznych i łatwych w odbiorze. Ale nawet jeżeli spektakl jest, powiedzmy, kontrowersyjny i trudny w odbiorze, to nie przechodzi bez echa i publiczność w jakiś sposób reaguje. Czasami słyszę rozmowy widzów stojących na uboczu, którzy komentują spektakl – i albo są źli, bo „jak można było coś takiego przedstawić”, albo oceniają „to i tamto mi się nie podobało”, a z drugiej strony ktoś odpowiada: „no tak, ale jednak ciekawe w tym spektaklu było coś innego”. Chyba każdy spektakl na swój sposób porusza. Nie zdarzyło mi się jeszcze usłyszeć, żeby jakiś spektakl i nie został zauważony przez publiczność.

W Polsce pokutuje opinia, że teatr lalek to teatr dla dzieci. Z czego to wynika?

Na pewno teatr lalek natychmiast jest kojarzony z czymś mało istotnym i to zapewne wynika z naszego słownictwa, bo jednym słowem określamy zabawkę dziecięcą i bardzo profesjonalny przedmiot, który służy do przekazywania emocji i innych treści.

Teatr lalek funkcjonuje minimum dwa tysiące lat albo i więcej. Lalka i maska, będące w tym samym kręgu zainteresowania teatralnego, towarzyszyły człowiekowi od samego początku, już w starożytnych kulturach. Służyły one do przekazywania pewnych informacji, podkreślenia wzniosłości chwili albo spersonifikowania osoby, o której mówimy, np. jakiegoś boga, osoby zmarłej czy nawet zwierzęcia, na które miano zapolować. Nie było wtedy jeszcze mowy o teatrze w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. A oprócz tego lalki służyły od dawien dawna do uspokojenia dziecka, do odgonienia złych duchów. Więc lalka współistnieje z człowiekiem od zarania dziejów.

Na pewno łatwiej sprzedać spektakl teatru lalek dla dzieci, trudniej przebić się do publiczności ze spektaklem dla dorosłych. Być może jest to związane z tym, że lalka jest nadal postrzegana jako niezbyt poważna zabaweczka. Ale to tak, jakby ktoś powiedział, że książka z obrazkami jest przeznaczona wyłącznie dla dzieci, że nie ma książek z obrazkami dla dorosłych. My staramy się przełamać ten stereotyp i przekonać społeczeństwo, że tak nie jest, i że to jest jedna z form teatru, tak jak teatr dramatyczny, balet czy pantomima.

Czy ten stereotyp wiąże się z tym, że niewielu twórców spektakli dla dorosłych sięga po lalkę jako środek wyrazu?

Czy rzeczywiście rzadko się po to sięga? Myślę, że nie. Może jest to mniej widoczne przez skojarzenie, że teatr lalek to teatr dla dzieci. Na pewno częściej widzimy szyldy profesjonalnych teatrów lalek grających spektakle dla dzieci czy małe spektakle lalkarskie, z którymi aktorzy przyjeżdżają do szkół i przedszkoli. Przez ten pryzmat wydawać by się mogło, że teatr lalek jest mało popularną formą, niszową, którą mało kto się interesuje. A tak naprawdę kondycja teatru lalek wcale nie jest taka zła. Istnieje dużo zespołów prywatnych, stowarzyszeń, pojedynczych twórców, którzy sięgają po taką formę. Wspomnę tutaj choćby o Adamie Walnym, o teatrze Malabar Hotel. Takich osób, które wystawiają spektakle dla dorosłych, jest naprawdę sporo – zarówno u nas w Polsce, jak i poza jej granicami.

Czym właściwie jest lalka? Czy np. manekiny w spektaklach Warlikowskiego stanowią element teatru lalek?

To zależy od tego, jak manekin jest traktowany. Lalka nie musi być lalką, to może być każdy przedmiot, który możemy animować. To może być cokolwiek – rulon tektury, tak jak w przypadku naszego spektaklu Toporland, może to być rzeźba, kawałek papieru, kawałek folii, może to być nawet pietruszka, jak w spektaklu izraelskiej artystki Meitel Raz Droga na księżyc. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób ten przedmiot jest traktowany. Czy jako rekwizyt, niezbyt istotny dodatek, czy też za jego pomocą opowiadana jest historia. To jest podstawowa różnica pomiędzy rekwizytem a szeroko rozumianą lalką.

Czym – poza lalką samą w sobie – różni się teatr lalek od teatru żywego aktora?

Przede wszystkim rolą aktora. W teatrze dramatycznym to aktor jest główną postacią na scenie i musi na niej istnieć – nawet jeśli nie mówi kwestii, to powinien zaznaczyć, że osoba, w którą się wcielił, istnieje na scenie. Jeżeli posługuje się rekwizytem, to nadal jest aktorem, który trzyma rekwizyt. Natomiast w teatrze lalek aktor nie może być widoczny. Tutaj głównym aktorem jest lalka, czyli np. pietruszka czy rulon tektury. Aktor jest sprawcą ożywienia materii i to jest właśnie największa różnica między teatrem lalek a teatrem dramatycznym. Aktorzy-lalkarze muszą umieć powstrzymać naturalną chęć zaistnienia na scenie, bo to nie aktor jest najważniejszy w tym momencie, tylko przedmiot. Jeśli aktor zaistnieje, przebije lalkę, to wówczas traci na tym spektakl i jego przekaz. Jest to bardzo trudne, wymaga olbrzymiej pracy, dyscypliny i wielkiej pokory ze strony aktora. Tutaj aktor-lalkarz biorący lalkę czy jakikolwiek nierekwizyt, bierze go po to, żeby za jego pomocą przekazać pewną informację. To nie jest dodatek do aktora. Odwrotnie: to aktor jest dodatkiem ożywiającym ten przedmiot.

Jednak możliwe jest współistnienie na scenie aktora i lalki?

Tak, jak najbardziej. Jest wiele spektakli, w których – jeżeli wymaga tego zamysł inscenizacyjny – aktor współistnieje z lalką. Może ona być prowadzona przez niego bądź przez innych lalkarzy, którzy pozostają w kontakcie z tą lalką, wspólnie opowiadając historię. I wtedy aktor jest aktorem. Natomiast w momencie kiedy zaczynamy używać przedmiotu, lalki, to przestajemy być ludźmi, chowamy się za nią i właściwie w ogóle nie powinno być nas widać.

Jakimi środkami, których brak innym formom teatru, operuje teatr lalek?

Teatr lalek rozbudowuje wyobraźnię. Wprowadziłbym takie porównanie: teatr lalek jest w stosunku do filmu czy do innego rodzaju teatru tym, czym książka w porównaniu z filmem. Posługuje się bowiem symbolem, znakiem, taką lalką niedookreśloną. Gdy czytamy książkę, sami musimy sobie wszystko wyobrazić i odczytać zawarte tam treści. Wizualizujemy sobie zarówno postaci, które tam występują, jak i sytuacje, miejsca… Chcąc nie chcąc, czytając książkę, patrzymy swoim wewnętrznym okiem. Teatr lalek jest właśnie czymś takim, gdyż posługuje się znakiem, umownym symbolem. Każdy może odczytać ten symbol na swój indywidualny sposób. Dzięki temu u widza uruchamia się wyobraźnia w sposób niedostępny w innych formach teatru. Być może właśnie to przyciąga do teatru lalek i stanowi jego magię.

Czy jako organizatorzy festiwalu zauważyli państwo jego wpływ na postrzeganie teatru lalek w Polsce?

To bardzo trudne socjologiczne pytanie. Nie robimy badań, nie wiem, jak to się zmienia. Na to pytanie mogę odpowiedzieć na podstawie własnych obserwacji – od 9 lat jestem tu z festiwalem i muszę przyznać, że z dużą satysfakcją rozpoznaję twarze części naszych stałych widzów, a oprócz tego z roku na rok jest coraz więcej osób, których zupełnie nie kojarzę. To chyba świadczy o tym, że wzbudzamy zainteresowanie i że osoby, które pojawiają się na festiwalu, pokochały tę formę i widzą w niej coś atrakcyjnego dla siebie, coś, co ich rozwija albo pozwala patrzeć na świat inaczej, trochę szerzej.

Jednak – tak, jak mówiłem na wstępie – nikt się chyba nie pokusił o przeprowadzenie badań, jak ten festiwal i w ogóle teatr lalek wpływa na społeczeństwo. Myślę, że to jest bardzo ciekawy temat i trzeba by poruszyć go w rozmowie z widzami, którzy na pewno mogliby powiedzieć o tym coś więcej.

Jak namówiłby pan dorosłego widza do wybrania się na spektakl teatru lalek?

Na pewno nie przekonywałbym, aby zamiast iść do kina czy do jakiegokolwiek innego teatru, koniecznie wybrał się na spektakl lalkowy, bo to nie o to chodzi. Natomiast teatr lalek istnieje bardzo długo i jest jedną z dziedzin aktywności teatralnej, jedną z form przekazu, która wpływa na widza za pomocą wyimaginowanego, cudownego świata dziejącego się tu i teraz na scenie. Inaczej niż w filmie. Tutaj nie da się niczego powtórzyć, trzeba być tu i teraz, żeby coś przeżyć. Teatr lalek nie jest tylko formą edukacji najmłodszych czy starszych, nie jest sposobem na zabicie czasu albo na wychowywanie. Można go nie lubić, można go odtrącać, ale trzeba wiedzieć, co się odtrąca. Dlatego proponowałbym, zanim się zdecydujemy na jakąkolwiek opcję – czy go polubimy, czy odrzucimy, czy będzie nam to zupełnie obojętne – przyjść, zobaczyć i zdecydować świadomie, jaki ten teatr lalek może być.

Marta Kaszuba, Teatralia Warszawa
Internetowy Magazyn „Teatralia” numer 112/2014

fot. Pulcinella Burattino Napoletano, mat. organizatorów