Instruktaż drzemki narodowej (Od wesela do wesela)

Instruktaż drzemki narodowej (Od wesela do wesela)

Żywioł intelektualny Wesela Wyspiańskiego jest doprawdy niespożyty. Jeśli tylko twórca umiejętnie wykorzysta potencjał dramatu, za każdym razem ma okazję stworzyć nową opowieść na nienowy temat – polskości i naszej narodowej kondycji tożsamościowej. Pozwala na to nie tylko elastyczność samego tekstu i jego uniwersalizm, ale nade wszystko wspomniany dyskursywny charakter. Na poziomie receptywnym obcowanie z adaptacjami Wesela to czysta przyjemność odgadywania strategii, jakich reżyser użył, by móc językiem twórcy Wyzwolenia nazywać zastaną rzeczywistość, określać ramy jej horyzontu polityczno-społecznego. Niedawno swym znakomitym widowiskiem scenę do góry nogami przewrócił w Narodowym Starym Teatrze Jan Klata, na wielką skalę przygotowane było też taneczne przedsięwzięcie Marcina Libera na deskach Polskiego Teatru Tańca w Poznaniu. Ale Wesele można też reżysersko „ugryźć” kameralnie, bez gwaru i zgiełku bronowickiej chaty. Na taki obraz postawiła Ewa Ignaczak w swoim spektaklu Od wesela do wesela, dokonując ostrych didaskaliowych cięć oraz rezygnując z wielu postaci i scen. Dzięki temu powstała między innymi imponująca rozprawa o środowisku intelektualnym, słowie i odpowiedzialności za nie.

W podziemiach gdyńskiego dworca, w Teatrze Gdynia Główna, zanim goście na dobre „przez pół drwiąco przez pół serio” rozpoczęli konwersacje przy stole weselnym, na scenę wprowadza ich ni to fordanser, ni instruktor tańca – Chochoł, który za pomocą przenośnego mikrofonu monotonnie dyktuje rytm parkietowych pląsów. Jego rola nie kończy się tylko na utrzymywaniu bohaterów w transie powidoków swych ról społecznych. Polega też na chwilowym (co za tym idzie – złudnym) wybudzaniu ich z niego. To zaś z kolei tylko umacnia konformizm i przyjemność ponownego błogiego zanurzenia się we śnie. Schematyzm tego tańca z pogranicza jawy i surrealistycznej fantazji przypomina grupowe podrygiwania bohaterów Salta Konwickiego.

Reżyserka chcąc wciągnąć widza w dyskurs na temat wolności słowa, imperatywu moralnej troski o nie, celowo ograniczyła liczbę postaci pojawiających się na scenie, oddając wybiórczo głos tym, którzy wchodzą w interakcje werbalne z Poetą i Dziennikarzem. I nie ma tu znaczenia kontekst sytuacyjny, bo w żadnym z komunikacyjnych zderzeń słowa nic nie znaczą. Po przekomarzaniach przy stole z pannami weselnymi czy w przepełnionych trwogą i patosem wyznaniach kierowanych do zjaw nawiedzających bronowicką chatę, Dziennikarz i tak będzie ostatecznie podskakiwać jak mu Chochoł zagra, a Poeta nieudolnie wznosić się ku Mocy, trzepiąc groteskowo, na podobieństwo skrzydeł ptaka, połami swego płaszcza.

To i wiele innych rozwiązań scenicznych w koncepcji reżyserskiej Ignaczak poraża siłą wyrazu, zdumiewając jednocześnie swą prostotą. Warto wspomnieć o geście Stańczyka, który siada na kolanach Chochoła i rozmawia z Dziennikarzem, poruszając się tak, jakby był sterowaną przez niego marionetką. Ta podszyta groteską igraszka doskonale oddaje stopień podporządkowania i zniewolenia myśli oraz działanie pod dyktando słomianej pałuby. Ciekawym i niejednoznacznym wydźwiękiem cechuje się też pomysł na żonglowanie przy stole talerzami. Tu znów wygrywa prostota. Ich pusty brzęk na blacie symbolizuje nijakość słów wypowiadanych przez bohaterów, a żonglerka naczyniami staje się metaforą werbalnego ping ponga pozbawionego siły sprawczej i przełożenia na rzeczywiste działanie. Niemoc totalizuje świat przedstawiony na scenie. Aby wzmocnić ten przekaz, reżyserka świadomie rezygnuje z postaci Wernyhory i jego atrybutu – złotego rogu. Szans na pojawienie się alternatywy, ożywczego zrywu ducha, przejścia na tryby kontestacji i krytycznego myślenia, nie ma.

Aktorzy zaproszeni do współpracy przez Ignaczak, dobrze znani trójmiejskiej (i nie tylko) scenie teatru niezależnego, nie znaleźli się w tym gronie przypadkowo. Każdy z nich ma swoją koncepcję na rolę, uwidacznia się to w wyraźnej swobodzie gry, werwie i zaangażowaniu w transponowaniu tekstu dramatu na teatralnych deskach. Ida Bocian jako zawoalowana poetyckim czarem Rachela z dozą wyższości i ironii wyśmiewa małostkowego Poetę. Wcielający się w niego Piotr Srebrowski w duecie ze zjawą Zawiszy Czarnego (Marta Jaszewska) tworzy żywiołową, energetyzującą scenę wskrzeszenia mocy w żyjącym jedynie jej wyobrażeniami bohaterze. I choć największe brawa należą się Jakubowi Mielewczykowi (Dziennikarz) i Małgorzacie Polakowskiej (rewelacyjna kreacja zarówno Stańczyka, jak i znudzonej Zosi) za ekspresję i porywającą szermierkę słowną, to pozostający w cieniu Damian Bejgier jako Chochoł też zaznacza swoją obecność w przedstawieniu. W zagadkowym, z pozoru łagodnym uśmiechu wodzireja aranżującego zbiorowy taniec i jego pozornie niewinnym przemykaniu pomiędzy postaciami kryje się cała bezwzględność bohatera i jego demoniczny charakter.

Postawienie na tak lakoniczną formę adaptacji dramatu Wyspiańskiego jest dowodem nie tylko odwagi, ale przede wszystkim dojrzałości artystycznej reżyserki. W kompilacji dialogów i segmentów scenicznych przeprowadzonych z rozmysłem drzemie chęć powiedzenia czegoś ważnego na temat sztuki, roli artysty i mediów, instytucji, które powinny przemawiać własnym głosem i bezkompromisowo bronić swojej niezależności. O wadze i istotności podejmowanego tematu niech świadczy trzeźwe spojrzenie na otaczającą rzeczywistość, której aberracje w postaci choćby show-biznesowego pressingu czy mainstreamu politycznego spychają tę autonomię w niebyt. A zatem: „Cóż tam panie w polityce?”. Nie takie czasy straszne, w jakich cię Wyspiański maluje? Czyżby…?

Anna Kołodziejska, Teatralia Trójmiasto

Magazyn Internetowy „Teatralia”, numer 228 /2018

Teatr Gdynia Główna w Gdyni

Od wesela do wesela

reżyseria: Ewa Ignaczak

światło: Marzena Chojnowska

obsada: Ida Bocian, Marta Jaszewska, Małgorzata Polakowska, Piotr Srebrowski, Jakub Mielewczyk, Damian Bejgier

premiera: 2 marca 2018

fot. Bogna Kociumbac

Anna Kołodziejska – rocznik 1983. Bez literatury, muzyki i kina nie wyobraża sobie egzystencji. Trosk skutecznie pozbywa się podczas górskich eskapad. Teatr jest dla niej po trosze wszystkim: zapomnieniem, wyrocznią, tajemnicą, poznaniem... życiem, bo jego istota z niego wyrasta.