Człowiek w miejskiej dżungli (Pixo)

Człowiek w miejskiej dżungli (Pixo)

Pixo, czyli projekt Marty Ziółek i grupy performerów w składzie znanym z wcześniejszego Zrób siebie, to sytuacja transgresywna. Postaci tej dynamicznej, ruchowo-tanecznej opowieści przekraczają granice siebie poprzez transformacje. Sam tytuł nawiązuje do słowa pichação, nazwy subkultury graffiti w Sao Paulo, zjawiska, któremu bliska jest estetyka spektaklu.

Znajdujemy się w mieście, w podziemiu. To przestrzeń energii i głośnej, tanecznej muzyki. Surowość scenografii i warunki sali Komuny//Warszawa budują atmosferę „betonowej dżungli”, o której piszą twórcy spektaklu. Na scenie zachodzi proces przemiany bohaterów. Postaci – lub, jak nazywają ich autorzy spektaklu, awatary – nie mówią o sobie, ale dają cielesne i wizualne wskazówki na temat tego, kim są, co czują. Trzy artystki noszą ubrania przypominające stroje sportowe. Mamy też zagadkową postać trans, mężczyznę w wysokich szpilkach, spódnicy i o twarzy zasłoniętej czymś na kształt burki. Jest szansonistka, ubrana w obcisłą sukienkę wyglądającą na zrobioną z banera reklamowego. Pojawia się też budzący grozę mężczyzna w szerokich, białych spodniach na szeklach, z łańcuchem i w silikonowej masce zasłaniającej twarz. Nie pasują do siebie. Nie wyjaśniają dlaczego.

Pierwszej części przedstawienia towarzyszy wrażenie narkotykowego oniryzmu – ruchy z powolnych przechodzą w szybkie, z silnych w słabe. Przy niebieskawym świetle szansonistka wprowadza w spektakl kilkoma enigmatycznie brzmiącymi zdaniami, wypowiedzianymi po angielsku. W pierwszej scenie para aktorów siedzi ciasno spleciona ze sobą nogami. Performerzy powoli rozdzielają się, przy czym po każdym ostrożnym ruchu otwierającym, następuje szybki powrót do wewnątrz. Nasuwa to na myśl nieśmiałość, ograniczone zaufanie do tego, co poza najbliższym obszarem. Jednak krótko po ich rozłączeniu wszyscy (poza szansonistką) biorą udział w rytualnym eskalowaniu agresji całkowicie pozbawionym zachowawczych ruchów. Po kolei przejmują coś, co przypomina szmaciany sznur i dziko uderzają nim o podłogę.

To transformacja, w której postacie rysują się jako silne i – być może – nieopanowane. To chwila kumulacji i ujścia adrenaliny, która pokazuje, że świat przedstawiony w Pixo to nie tylko zabawa, ale też ogromne pokłady gniewu i być może rodzaj terapii dla awatarów.

W tej samej części spektaklu ustawieni w szeregu performerzy symulują wymioty. Ten moment wyróżnia się zarówno muzycznie, jak i emocjonalnie, na chwilę zatrzymuje przedstawienie.

Wraz z głośną, klubową muzyką zaczyna się druga część. Światło zmienia się na ciepłe, pomarańczowe, współgrające z latynoską nutą w muzyce i elementami salsy w tańcu aktorów. Melodia zapętla się w kółko powtarzając ten sam motyw, aktorzy poruszają się płynnie, rytmicznie. Wszystko to pozwala poddać się swego rodzaju transowi, podążać za postaciami i zapomnieć o czasie. Trochę jak na imprezie we wspomnianym przez autorów podziemiu, gdzie słońce nie wskazuje, która godzina, a wachlarz używek pozwala nie czuć zmęczenia, odpłynąć. To trwanie „teraz”. Aktorzy ze wspólnych sekwencji przechodzą do momentów solowych tańca, coraz bardziej dziwacznych, coraz mniej zrozumiałych. W tle na ekranie wyświetlane są abstrakcyjne rysunki, na których jeden z performerów maluje sprayem niebieskie kształty. To dwa psy, które widać na księżycu – informuje później szansonistka.

Kiedy kończy się klubowa muzyka i światło znów zmienia się na zimne, robi się dziwnie. Znika komfort. To kolejny moment transformacji, zarówno postaci na scenie, jak i widowni, którą wpuszczono w betonowy labirynt. Uwagę skupia na sobie mężczyzna w białych spodniach i masce. Rzuca się na szansonistkę, gdy ta śpiewa; co jakiś czas staje przed lustrem, by w pewnym momencie przyznać: „zapomniałem powiedzieć – jestem naturą”. Przy czym mówi to tak, jakby chciał dodać: „a wy się cały czas zastanawialiście…”. Zdejmuje silikonową maskę, ale pod nią znajduje się druga maska. Twarzy nie widać do końca spektaklu. Niezależnie od tego, czy to natura ludzka, czy matka-natura, przekaz jest raczej pesymistyczny, za to postać od początku do końca zjawiskowa. Szansonistka powoli, wyraźnie, jak na lekcji dykcji, śpiewa Lithium Nirvany, co można potraktować jako ostateczne wyśmianie popkulturowej naiwności. To końcowy etap podziemnej imprezy, w którym dzieją się rzeczy najmniej przewidywalne.

Zamykający spektakl monolog o wcześniej wspomnianych dwóch psach na księżycu budzi pewną wątpliwość – szansonistka na początku spektaklu mówi w sposób niezrozumiały, mętny, by na końcu powiedzieć, że nawet bez znajomości tego, co było, co trwa i co się jeszcze zdarzy, trzeba iść do przodu. Z jednej strony zachęca do tego, by działać mimo wszystko, z drugiej strony teatralność jej gestów i strój sugerują komercyjną sztuczność.

Czy można wierzyć Pixo? Od autorów dowiadujemy się, że to „przestrzeń zawieszona między realnością i wirtualnością”. Przedstawia coś, co wydaje się poznane lub poznawalne, ale może wcale nie istnieje. To ciekawy teatr, jak dotąd przyjmowany z dużym entuzjazmem. Oby energia twórców wróciła na scenę w formie kolejnych projektów. I oby w teatrze było na nie więcej miejsca.

Julianna Błaszczyk, Teatralia Warszawa
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 206/2017

Komuna//Warszawa

PIXO

choreografia i koncepcja: Marta Ziółek

dramaturgia: Mateusz Szymanówka, Anka Herbut

muzyka: Lutto Lento

kostiumy: DOOM3K

wideo: Jakub Gliński

foto: Karolina Zajączkowska, Witek Orski

kreacja i performans: Agnieszka Kryst, Ramona Nagabczyńska, Paweł Sakowicz, Katarzyna Sikora, Robert Wasiewicz

premiera: 27 październiak 2017

fot. Karolina Zajączkowska

Julianna Błaszczyk – studentka Międzyobszarownych Indywidualnych Studiów Humanistycznych UW oraz wydziału Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej w Warszawie.