Czasem się dziwimy, że my to dalej robimy – rozmowa z Wiesławem Hołdysem

Monika Siara: Jak to jest od piętnastu lat prowadzić teatr nieinstytucjonalny w mieście, w którym prym wiedzie ten drugi nurt?

Wiesław Hołdys: Jeśli pyta pani o stosunek władz miasta do naszego teatru, to polega on na braku zrozumienia z ich strony. Nie braku polityki, bo ta polityka istnieje i opiera się na wspieraniu dużych inicjatyw, w szczególności festiwali, co odbywa się kosztem działalności twórców takich jak my. Owszem, jesteśmy niezależni, przy czym miasto od dziesięciu lat odrzuca niemalże każdy nasz wniosek. Gdybym zaczął opowiadać, w jaki sposób jesteśmy traktowani przez instytucje publiczne, do których zwracamy się o środki w ramach konkursów, ofert albo o tym, jak wygląda taki wniosek, który następnie jest odrzucany, bo popełniono – a przecież mogło to się zdarzyć – drobny błąd rachunkowy lub okazało się, że podpis był niewyraźny – to otrzymalibyśmy obraz zupełnego lekceważenia osób, które nad takim wnioskiem pracują. Przyznam, że od dłuższego czasu – jeśli chodzi o biurokratyczny wymiar naszej działalności – pracuje się okropnie. Puentą może być to, że w tym roku złożyłem dwadzieścia wniosków, a każdy z nich to kilka dni pracy. Piętnaście zostało odrzuconych. To mniej więcej półtora miesiąca zabranego z życia 56-letniego człowieka, zawodowego twórcy z pewnym dorobkiem – nie można przecież powiedzieć, że go nie mam.

Teatr Mumerus w tej swojej piwnicznej atmosferze jest miejscem, które znacznie wyróżnia się na tle krakowskich teatrów. Są ludzie, którzy przychodzą do was i mówią: „dobrze, że jesteście”?

Wiesław Hołdys: Mamy stałą widownię, osoby, które przychodzą na każdy nasz spektakl, czasem kilkakrotnie. Liczy ona kilkaset osób, a w sumie nasze przedstawienia ogląda kilka tysięcy ludzi rocznie. Jako teatr mamy własny profil, który się wyróżnia i nie ma sensu porównywać go z innymi krakowskimi teatrami. Ale nie działamy tylko w piwnicy. Robimy także warsztaty czy też spektakle plenerowe. Szukamy różnych przestrzeni. W ostatnim czasie rozpoczęliśmy np. bardzo ciekawą współpracę z krakowskim Muzeum Archeologicznym i chcielibyśmy ją kontynuować.

Jak wygląda przygotowanie spektaklu? Skąd biorą się inspiracje? Cały ten proces rozpoczyna się od rozmów, spotkań w garderobie? Czy pojawia się iskierka i od razu wybiegacie na scenę?

Wiesław Hołdys: W przypadku każdego ze spektakli jest nieco inaczej, ale zawsze na początku pojawia się coś w rodzaju iskierki inspiracji: jakaś sytuacja na ulicy, zapamiętane zdanie z książki, obejrzany obraz… Wyjaśnię to może na przykładzie naszej ostatniej premiery. Pierwszym opowiadaniem Brunona Schulza, które przeczytałem czterdzieści lat temu, był Emeryt – opowieść o tytułowym emerycie, który wraca do szkoły, gdzie dziecinnieje na amen. Wrażenie z tej lektury, śmiech, który jej towarzyszył, noszę w sobie do dziś. W międzyczasie zrobiłem dwa przedstawienia inspirowane Schulzem: Sanatorium pod klepsydrą w teatrze w Tarnowie w 1988 roku, a także, już w Mumerusie w zeszłym roku, Niewyczerpanego transformistę z ukraińskim aktorem z Drohobycza, Aleksandrem Maksymowem, który był u nas na stypendium Gaude Polonia. Nad tym ostatnim spektaklem pracowaliśmy w ogóle bez scenariusza – aktorzy dzielili się swoimi inspiracjami z lektury i grafik Schulza, co stawało się zaczynem etiud. Powstało przedstawienie, do którego nie weszły wszystkie sceny z prób (mimo że budowały pewną dramaturgię). I to stało się początkiem następnego spektaklu: Głupiej mąki wariatów, do której próby zaczęliśmy ponad rok temu. Na początku, przed wejściem na scenę, zwykle długo ze sobą rozmawiamy, aby jak najgłębiej zrozumieć to, co było inspiracją. Potem pracujemy w naszym teatrze, tworząc etiudy, które w końcu składają się na spektakl. Jeśli chodzi o ruch sceniczny, zaglądaliśmy często do grafik zawartych w Xiędze Bałwochwalczej Schulza. I z całej tej materii gestów, spojrzeń, pozycji narysowanych przez pisarza zbudowaliśmy przedstawienie. Zresztą przy pracy nad Głupią mąką wariatów miało miejsce ciekawe doświadczenie: otóż po kilku miesiącach prób, kiedy mieliśmy już zarysowaną całość, poprosiłem aktorów, aby zagrali to, co do tej pory zrobiliśmy w jednym bloku, bez przerywania, i – co najważniejsze – bez słów. I po tej próbie wiedzieliśmy już, że spektakl powstał, tylko – jak w palimpseście – trzeba było odczytać pierwotne znaczenia. Innym przykładem jest Tajemnik – teksty Leśmiana i Karpińskiego, na których opiera się dramaturgia przedstawienia, pojawiły się dopiero na końcu pracy. Wiedzieliśmy tylko, że chcemy, aby nasze widowisko składało się z różnych rodzajów wierzeń, przesądów i mitów. U źródeł Tajemnika leżały bowiem warsztaty, na których zajmowaliśmy się mitami i legendami Słowian. Spotkania te prowadził amerykański reżyser zafascynowany polską kulturą, Glen Cullen. Druga inspiracja to międzynarodowy projekt Opowieści Słowian zrealizowany wspólnie z partnerami z Czech, Słowacji i Węgier.

Pojawiła się postać Glena Cullena, którego spektakl Dzbanek z czarnej gliny miał u was swoją premierę. Zapraszacie czasem do siebie innych twórców? Można do was przyjść i powiedzieć, że ma się pomysł?

Wiesław Hołdys: W Mumerusie działa tylko jeden reżyser i pomysłodawca, jestem nim ja, i w tym sensie to teatr autorski. Przypadek Glena Cullena to jedyne odstępstwo od reguły. Pojawił się u nas, kiedy zaczynaliśmy pracę nad Ampuciem, przychodził na próby i okazał się bardzo pomocny, ponieważ przez to, że nie rozumiał słów, patrzył na sam sens sytuacji scenicznej, widział na scenie coś innego niż ja, coś, co okazało się dla spektaklu bardzo korzystne. Natomiast Dzbanek z czarnej gliny na motywach Balladyny to już samodzielna praca Cullena z dwiema uczestniczkami naszych projektów. Pod koniec włączył się aktor Mumerusa – Jan Mancewicz, który pomógł im w technice aktorskiej. Sam trzon zespołu niełatwo poddaje się zmianom. Oczywiście wiem, że raz na parę lat trzeba wpuścić do środka trochę świeżej krwi, ale zanim kogoś zaangażuję, najpierw go przez dłuższy czas obserwuję. Muszę mieć do aktora stuprocentowe zaufanie.

Czyli sprawdzał Pan wszystkich obecnych aktorów , zanim zostali dopuszczeni do współpracy?

Wiesław Hołdys: Różnie bywało. Zależy o kim mówimy. Robert Żurek jest jednym z współzałożycieli teatru, Beata Kolak i Anna Lenczewska są z nami już jedenaście lat. Jana Mancewicza obserwowałem przez ponad rok, zanim został zaangażowany, ale i on nas długo obserwował, zanim zaproponował współpracę. Staram się dobierać zespół bardzo długo i bardzo starannie, ponieważ to właśnie zespół jest największą wartością teatru Mumerus.

Macie już plany na kolejny spektakl?

Wiesław Hołdys: W przyszłym roku, jeśli znajdą się środki, chcielibyśmy zrobić spektakl o średniowieczu. O języku polskim, który stwarza się w tym czasie, o jego pierwotnym brzmieniu. Planujemy nazwać go Na stole i pod stołem, a tematycznie chcemy zawrzeć w nim dwa elementy. To, co na stole, czyli całą sferę zachowań związanych ze sferą profanum – jak choćby zasady dobrego wychowania opisane w XV-wiecznym poradniku dobrych obyczajów O zachowaniu się przy stole – oraz to, co pod stołem – sacrum: nieustający danse macabre i poradniki dobrego umierania. Wszystko w bardzo prostej formie, tak jak w średniowieczu: jedzenie i kostucha w jednym. Odczuwamy potrzebę powrotu do źródeł naszej kultury.

A jakie jest teraz największe marzenie Mumerusa?

Wiesław Hołdys: Nie mam czasu, żeby marzyć, gdyż borykanie się z trudnościami codziennej pracy skutecznie ten czas zabiera. Czasem się dziwimy, że my to wszystko dalej robimy. Marzeniem jest oczywiście możliwość realizacji kolejnych spektakli. Zależy nam także na kontynuowaniu międzynarodowych warsztatów. Bardzo chcielibyśmy stworzyć dwa duże projekty z naszymi przyjaciółmi z Węgier, Słowacji, Czech i Ukrainy – jeden eksplorujący tematykę kultury cygańskiej (kontynuacja projektu W lustrze opowieści), drugi inspirowany baśniami, mitami i legendami galicyjskimi.

Czyli wierzycie w to, że za pięć lat spotkamy się na 20-leciu Mumerusa?

Wiesław Hołdys: Nie mamy innego wyjścia. Poza tym – nie poddajemy się łatwo. A ja jako twórca mam niesamowitą satysfakcję i wielką przyjemność, gdy mogę robić to, co mi wyobraźnia podpowiada.