Bez uśmiechu (Krzywiryjek)

Bez uśmiechu (Krzywiryjek)

W otwierającej sezon emocjonalnej historii napisanej przez Roberta Jarosza specjalnie dla Wrocławskiego Teatru Lalek – Krzywiryjku – dzieją się rzeczy z pogranicza jawy i marzenia sennego. Te drugie rozgrywają się w alternatywnym wesołym miasteczku, w którym zatrzymuje się czas. Ci, którzy w nim pozostali nadal są dziećmi mimo upływu ponad 400 lat.

Nie o upływający czas, w sensie matematycznym, chodzi jednak twórcy spektaklu, ale o jego nieumiejętne wykorzystywanie. O chwile, które dorośli marnują, a z których dzieci potrafią doskonale korzystać. Tę myśl oddaje relacja Krzywiryjka (Grzegorz Mazoń) i jego taty (Sławomir Przepiórka), którą reżyser pogłębia jeszcze dodatkowo metaforą miasteczka (jako mentalnej świadomości dzieci) i miasta dorosłych, w którym w tajemniczy sposób „co roku dzień staje się coraz krótszy”. Krzywiryjek na co dzień mieszka z tatą – Królem Miasta, fotografem, który próbuje ukręcić bicz z piasku, chcąc uwiecznić na zdjęciu radość na twarzy swojego jedynego dziecka. Krzywiryjek nie chce się uśmiechać, bo, jak twierdzi, nie ma powodu. To smutne dziecko, które czuje się spychane przez tatę na margines, a co więcej, o miejsce w kolejce po uczucia i wspólny czas musi walczyć z… aparatem fotograficznym.

Ze niemal sterylnej przestrzeni studia fotograficznego, modernistycznej, bardzo awangardowej, przenosimy się do ogrodu zoologicznego (w ramy obrazu zoo mieści się kilka klatek z dzikimi zwierzętami), gdzie Nina, opiekunka małpy, spotyka Krzywiryjka, żeby zaprowadzić go do kolejnego miejsca – Wesołego Miasteczka. Dopiero tam chłopiec wypowiada na głos swoje emocje i udaje mu się porozumieć z tatą. We troje, bo jak się okazuje, chłopiec odnajduje tam również mamę, postanawiają zostać w Wesołym Miasteczku na zawsze.

Niestety, niełatwo się odnaleźć w ilości wątków, tropów, kolejnych niespodzianek i scenograficznych wtrętów. Wiele z nich wydaje się zbędnych, na przykład konkurs fotograficzny, który, zapowiadany na początku spektaklu ma być jego niezwykle istotną częścią, w efekcie okazuje się zupełnie pominięty, bez szkody dla całości.

Jest też duża niespójność między oczekiwaniem na zbudowane za kurtyną wesołe miasteczko – to, w scenograficznej formie bardzo rozczarowuje, tym bardziej, że oczekiwanie widzów narasta podczas całej pierwszej części, kiedy atmosfera wokół tajemniczego miejsca jest celowo podsycana – a inscenizacją z ogrodu zoologicznego i studia fotograficznego. Stylistyka nie zgadza się – studio, którego centrum stanowi wielki obiektyw aparatu, jest estetycznie wykonaną scenografią, przestrzeń zoo i miasteczka jest kolorowa i imponująca, ale wydają się być wyjęte z zupełnie innego przedstawienia.

Nie tylko w scenografii widać jednak niedomówienia. Inspiracją dla skonstruowania fabuły spektaklu była podejrzana przez reżysera przypadkiem sytuacja, w której młodzi rodzice zamiast cieszyć się zabawą z dziećmi, uwieczniali ich uśmiechnięte buzie na zdjęciach. Temat dziecięcych emocji i wspólnego spędzania czasu jest więc sam w sobie interesujący i z pewnością potrzebny. Tyle, że autor przeniósł go do świata, w którym jego istota gdzieś zaginęła, co można położyć również na karb niejednolicie prowadzonej, z licznymi przestojami i dłużyznami, dramaturgii. Co więcej, zastanawia potrzeba wprowadzania na scenę pluszowych gigantycznych kukieł – żyrafy, lwa i przerażającej, podążającej letargicznie w kierunku ojca pandy, która znacznie lepiej wpisałby się w klimat horroru dla nastolatków, niż spektaklu w teatrze dla dzieci. Odnoszę wrażenie, że te, podobnie zresztą jak przerysowane w swojej roli i wizerunku klauny, byłyby strzałem w dziesiątkę dla widowni do lat pięciu. Ta natomiast, według autora spektaklu, powinna zaczynać się od sześciolatków.

Wszystkie przedstawienia Wrocławskiego Teatru Lalek zachwycają pozytywnymi emocjami, udaną pointą i perfekcyjną w każdym calu inscenizacją teatralną, która zbudowana jest na tyle dualistycznie, że trafia do dużych i małych widzów. Tutaj czegoś zabrakło. Dramaturgii, konsekwencji, spójności? W efekcie Krzywiryjek to spektakl, który wielce wymownymi obrazami próbuje opowiedzieć nieco zbyt metaforyczną historię. Szczyci się jednak doskonałymi rolami wrocławskich aktorów – szczególnie Kamili Chruściel i Grzegorza Mazonia. \

Karolina Obszyńska, Teatralia Wrocław
Internetowy Magazyn „Teatralia”, numer 110/2014

Wrocławski Teatr Lalek

Krzywiryjek

reżyseria: Robert Jarosz
scenografia : Jan Polivka
muzyka: Patryk Lichota
ruch sceniczny: Jacek Gębura Kamila Chruściel, Marta Kwiek, Edyta Skarżyńska, Grzegorz Mazoń, Sławomir Przepiórka, Marek Tatko.

premiera: 27 września 2014

fot. mat. teatru

Karolina Obszyńska – rocznik 1989. Magister filologii polskiej (specjalność teatrologiczna), wcześniej studentka Uniwersytetu Warszawskiego. W „Teatraliach” od 2009 roku, w teatrze od zawsze. Publikuje także w „Teatrze”, „Didaskaliach” i „Teatrze Lalek”, na portalu wywrota.pl i ArtPapier.com. Ponad wszystko kocha pantomimę i teatr dramatyczny, zwłaszcza spektakle Krystiana Lupy i Krzysztofa Warlikowskiego.