zwykła czcionka większa czcionka drukuj

Nie chcę się już wstydzić

Słowa te, wypowiadane przez jednego z bohaterów, mogłyby (a może nawet powinny) stać się mottem zarówno dla realizatorów, jak i widzów oglądających spektakl "1 2 3 4 Baba Jaga patrzy" w reż. Bruna stołecznego Teatru Wytwórnia.

Scena pierwsza - zarzut pierwszy

Widownia wchodzi na salę. W ciemności. Zapalono jedną lampkę w rogu pomieszczenia. Oczywiście jest to miejsce, jak przystało na teatr niezależny (alternatywny, offowy - jak kto woli) inne od tradycyjnej sali teatralnej. To na pewno cieszy każdego znudzonego bywalca teatru instytucjonalnego. Na tym uciecha się kończy. Widz jakoś sobie radzi - wędrując w ciemności, wdrapuje się na podesty z krzesłami. Wreszcie dostrzega dwie postaci. Wszystko w mroku. Światło zwykłej, pokojowej lampy nie jest bowiem w stanie dobrze oświetlić nawet li tylko sylwetek aktorów. Ale może to tylko taki prolog, nastrojowe wprowadzenie.

Scena druga - zarzut drugi

Jednak nie. Światło, co prawda, zapala się na całej sali, ale nie ma mowy o jakimkolwiek świetle tzw. scenicznym. Palą się po prostu lampy sufitowe, które dają wrażenie niedoświetlenia i prowizorki. Ale nic to. W końcu, jak się rzekło, to teatr alternatywny, więc alternatywnie potraktowano tu także rolę światła. Po jakimś czasie aktorzy włączają również pozostałych kilka lamp, skupionych wokół materaca-łóżka w centrum sali i jedną stojącą po przeciwległej stronie wejścia. Używane są one wymiennie, więc o jakiejś super jasności nie ma co marzyć. Może nie rozdrabniałabym się nad tym, gdyby nie fakt, że nie tylko nie mogliśmy dostrzec twarzy aktorów (a tym samym ich mimiki), ale właściwie musieliśmy się skupić jedynie na ogólnych sylwetkach, bo gesty (te mniej zamaszyste) również nie były widoczne. Ale może to tylko taki styl? Ekspresjonistyczny?

Sceny kolejne - zarzutów ciąg dalszy

1 2 3 4 Baba Jaga patrzy TEATR WYTWÓRNIA Warszawa

Plakat do spektaklu "1 2 3 4 Baba Jaga patrzy"

Może i ekspresjonistycznym można nazwać świecenie sobie po twarzy latarką, tudzież świecenie nią po dyskotekowych kulach, ale chyba lepszym określeniem byłoby tu - awangardowe. Albo alternatywne. Alternatywny teatr, alternatywny sposób oświetlenia, alternatywny styl gry. Ale na tym nie koniec alternatywy. Alternatywny jest też bowiem sam tekst i jego inscenizacja. Autor sztuki - Paweł Demirski znany z ciekawych, post-różewiczowskich eksperymentów na słowie i formie dramatycznej, której jak dotąd najciekawszym i najdojrzalszym ucieleśnieniem był "Wałęsa...", w tym przypadku niestety przekroczył granicę nowatorstwa i wylądował w miejscu, którego nie da się inaczej nazwać, jak bełkot. Postaci są właściwie tylko nośnikami śmietnika słów. Nic te słowa nie znaczą i nic nie wnoszą. Nic się nie wydarza ani w słowie, ani na scenie. Bohaterowie operują, jak to u Demirskiego, monosylabami, bezokolicznikami zdań, strzępami wyrażeń i pustymi zwrotami. Niektóre z nich są jak jednozdaniowe filozofie, inne to pastiszowe cytaty z filmu lub literatury, jeszcze inne są jałowymi sloganami, nic nie wnoszącymi w akcję sceniczną. Tym razem nawet przy dużym wysiłku trudno wskazać jakiekolwiek cechy, charakteryzujące postaci, lub jakiś ciąg skojarzeniowy, usprawiedliwiający to, że aktorzy stoją przed nami i próbują coś odgrywać, choć tak naprawdę chyba sami nie wiedzą co. Szkoda ich, szkoda, że dali się wciągnąć w tak szarlatański projekt. Tajemniczy Bruno (reżyser) oraz Thomas Harzem (scenograf i adaptator tekstu w jednym) popełnili mnóstwo błędów: od złego oświetlenia, przez nieciekawą oprawę sceniczną (co oznaczać miały tory wyznaczone przez białą taśmę?), a na interakcji między bohaterami skończywszy. Mając zamknięte oczy, nie traciłoby się nic z przedstawionego "dzieła", bo wszelkie działania między aktorami i tak nie miały żadnego sensu.

W stronę finału - zarzuty ostatnie

Po pewnym czasie oglądania spektaklu, kiedy już wiadomo, w jakim oszustwie bierze się udział, zaczyna się myśleć o ucieczce. Niestety, żeby takowej dokonać, trzeba by przemaszerować przez środek pola gry. Z szacunku dla aktorów zostaję więc do końca. I co? Myślę sobie. Patrzenie w sufit przestało być zajmujące, podobnie jak przyglądanie się przecinającym przestrzeń filarom. Zlustrowałam też kostiumy. Są żenująco tandetne. Nawet srebrno-świecące szpilki ani różowa bielizna nie są w stanie mnie zainteresować. Paski czarnej taśmy, przyklejone na piersiach jednej z aktorek, może i miały śmieszyć, ale są jedynie kolejnym powodem do konfuzji. Rozglądam się więc dalej nerwowo w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: czy czas wbrew swej naturze miast biec linearnie, urwie się nagle i wypuści nas - niewolników tej czasoprzestrzeni?! Ale nie. Płynie dalej, jak gdyby nigdy nic. W tej desperacji dostrzegam różową walizkę. To jest punkt zaczepienia! Walizka po coś stoi, obserwuję więc walizkę i czekam, aż ktoś ją ogra, by ten ostatni rekwizyt mógł pozwolić na finał. Niestety w międzyczasie znajduję oprócz tego stojącą butelkę z keczupem. Tak więc walizka i keczup muszą jeszcze zagrać. Czekam zatem. To ukierunkowane oczekiwanie było zdecydowanie lepszym rozwiązaniem od wsłuchiwania się w dialogi. Mogłam przynajmniej wyobrazić sobie, kto i jak wykorzysta te rekwizyty.

Finał

Ale czy naprawdę nie było w tym przedstawieniu absolutnie nic wartościowego? Ktoś zapyta. Ależ było! Najlepszym pomysłem scenograficznym i inscenizacyjnym okazało się zaangażowanie do gry szafy grającej! Szafa wypadła bardzo przekonująco i zajmująco. Byłabym nawet skłonna zaryzykować twierdzenie, że powinna grać cały czas i nie być wyłączana. Ale z drugiej strony oczekiwanie na kolejny numer z szafy było całkiem absorbujące. Ten ciekawy mebel dał się poznać jako najbardziej teatralny w tym mało teatralnym spektaklu.

"Nie chcę się już wstydzić", panowie realizatorzy. Ani za was, ani za aktorów, którzy, bogu ducha winni, dali się wciągnąć w tę żenadę. Bo tylko tak nazwać można ten twór. Nie chcę sie wstydzić za was, dlatego mówię kategoryczne NIE takim realizacjom, bez względu na to, czy teatr jest alternatywny czy nie.

Lena Berny
Teatralia Warszawa
19 stycznia 2009

Teatr Wytwórnia w Warszawie
Paweł Demirski
"1 2 3 4 Baba Jaga Patrzy"
reżyseria: Bruno
adaptacja / scenografia: Thomas Harzem
kostiumy: Anna Maria Karczmarska
obsada: Martyna Peszko, Agata Życzkowska, Sebastian Stankiewicz, Krzysztof Szekalski
premiera: 13 grudnia 2008 r.

© "teatralia" internetowy magazyn teatralny 2008 | kontakt: redakcja@teatralia.com.pl | projekt i administracja strony: admin@teatralia.com.pl | projekt logo: jepe oyen