"Highway to Hell"
Gdy myśli się o utworach scenicznych, literackich czy filmowych, traktujących o religii, życiu w zakonie, za murami klasztorów, o życiu w celibacie, narażonym na kuszenie Szatana, to przede wszystkim przychodzi na myśl klasyczny utwór Jarosława Iwaszkiewicza tj. "Matka Joanna od Aniołów" z równie klasyczną, mroczną adaptacją filmową Jerzego Kawalerowicza. Zagubienie, rozdarcie wewnętrzne, nasilający się niepokój - prowadzą w końcu do słabości i wątpienia, a one stanowią idealne warunki do opętania. Opętanie to motyw cieszący się dużym zainteresowaniem u twórców wszelkiej maści, szczególnie filmowych (niezapomniane "Opętanie" w reżyserii Andrzeja Żuławskiego), a teatralnych nie pominąwszy.
Gdzieś w okolicach tej tematyki dryfują "Siostry przytulanki" - sztuka napisana przez Marka Modzelewskiego specjalnie dla Teatru na Woli, a wyreżyserowana najpierw w formie czytania, a następnie jako pełnowymiarowy spektakl przez Giovanny'ego Castellanosa.
Autor utrzymuje, że inspiracją do napisania sztuki była książka Mario Vargasa Llosy pt. "Pantaleon i wizytantki", której prapremierową adaptację przygotował notabene inny stołeczny teatr - Teatr Studio. Znając jednakże zarówno powieść jak i spektakl, wyreżyserowany przez Pawła Aignera, łatwo zauważyć, że owa inspiracja była dość nieznaczna, a właściwie ograniczyła się jedynie do oparcia konstrukcji sztuki na podobnym motywie. U Llosy tytułowe "wizytantki" świadczą swe usługi - wojsku, u Modzelewskiego - zakonnikom. Na tym paralele się kończą.
Cieszy fakt, że Teatr na Woli tak aktywnie wspiera młodą, polską dramaturgię (organizując raz w miesiącu czytania dramatów, czy wystawiając je na scenie). Taki profil teatru nie dziwi, zważywszy na to, że sam obecny jego dyrektor - Maciej Kowalewski para się dramatopisarstwem. To bardzo ważne, by świeże teksty miały gdzie ujrzeć światło dzienne i mogły być skonfrontowane z rzeczywistością sceniczną. Inna kwestia, jak w tej konfrontacji wypadają. Nie można oprzeć się bowiem wrażeniu, że wciąż wypadają blado. Mimo swoistej "mody", jaka panuje na młody dramat (każdy szanujący się teatr ma w swoim repertuarze coś z tej "półki"), nadal są one przeciętne, doraźne i nijakie, brakuje im dystansu, oryginalnego stylu, zajmującego spojrzenia na podejmowaną problematykę. Właściwie poza interesującą tematyką, często dotykają naszego "tu i teraz". Rzadko trafić można na tekst, który siliłby się na uniwersalizm, na podniesienie opisywanych zdarzeń do poziomu jakichś ogólnych prawd. Dlatego często dramaty te kończą swój żywot szybko, niekiedy na jednej realizacji teatralnej, czasem nawet jej nie doczekawszy. Dlaczego tak się dzieje? Wiele już odbyło się na ten temat debat, mnóstwo zapadło wyroków, ale nie wpłynęło to zasadniczo na jakość dramatów. Może problemem głównym jest to, że ich autorzy piszą zazwyczaj utwory literackie, a nie utwory sceniczne? Nie mają kontaktu z żywym teatrem, nie znają jego praw, nie uczestniczą w próbach ani powstawaniu spektaklu, jak ma to miejsce np. w Anglii, gdzie dramatopisarz jest jednocześnie dramaturgiem i nie kończy swojej pracy nad tekstem w momencie postawienia ostatniej kropki - przeciwnie - bierze udział w realizacji od pierwszej próby po premierę spektaklu. Frapująco opowiadał o tym niedawno gość Laboratorium Dramatu - Mark Ravenhill. O takiej metodologii nie mamy co marzyć, ale warto zachęcić piszących do poznawania mechanizmów, za pomocą których teatr działa, bo tylko dzięki temu realnym będzie, by pisane dramaty nie były jedynie li tylko literaturą, dobrą do czytania, która w konfrontacji z deskami sceny rozpada się na nic nie znaczące kawałki.
Marek Modzelewski potwierdził już, że potrafi spowodować, by dramat na scenie żył pełną piersią - tak stało się np. w dobrze napisanej "Koronacji", która poza doraźnymi problemami, podejmuje również tematy uniwersalne (np. pytanie o tożsamość ubrane w Różewiczowską formę), czy udane nawiązania do Szekspirowskich wątków, co daje poczucie, że autor nie jest ignorantem (jak wielu jego rówieśników) i ma pojęcie o konwencji w teatrze czy tradycji, do której można sięgać przez kontynuację lub zaprzeczenie.
Tak stało się i tym razem. Tematyka "Sióstr przytulanek" realizuje się bowiem przede wszystkim przez pomysłową formę, ale nie jest bynajmniej kolorową wydmuszką pustą w środku. Realizatorzy dołożyli starań, by widowisko było ciekawe wizualnie i interesujące dla każdego widza, zarówno tego wprawionego w teatralnych bojach, jak tego, zaglądającego do teatru rzadko (a na pewno po tym spektaklu nie zaniecha on tej czynności, chyba że jest fanem księdza Rydzyka).
Autor na cel obiera sobie szeroko pojęty Kościół, religię i życie klasztorne. Specjalnie użyłam określenia "cel", ponieważ oglądając spektakl, odnieść można wrażenie, że świat pokazany w dramacie jest permanentnie atakowany i ostro krytykowany przez autora. Nie jest to jednakowoż taka sobie po prostu krytyka. Modzelewski użył grubej kreski do rysowania postaci, wrzeszczących barw do malowania sytuacji, a wszystko to na pokiereszowanym papierze. Dlatego właśnie na scenie widzimy nie bohaterów z krwi i kości, lecz ich karykatury. Nie są one jednak przerysowane, lecz idealnie wycyzelowane między skrajnym szyderstwem a dosłownym realizmem, co od razu ustawia odpowiednią perspektywę oglądu widza. Początkowo wszystko wygląda niepozornie i wcale nie zanosi się na udział groteski - odwrotnie - pierwsze sceny zapowiadają raczej realistyczny obrazek z życia klasztoru. Szybko jednak się to zmienia. Gdy tylko dochodzi do głosowania między braćmi nad pomysłem, żeby klasztor odwiedzały "istoty zwane w "Biblii" niewiastami". Dlaczego w ogóle dochodzi do takiego głosowania, nie wiadomo. Padają, co prawda, argumenty, że trzeba rozładować nerwową atmosferę (czy raczej homoseksualne zapędy niektórych z braciszków), ale dokładna przyczyna nie jest nazwana. Jak zresztą w wielu innych okolicznościach - autor szybko odcina się od drążenia wątków, sugerując tylko i szkicując sytuacje. Byłby to zapewne zarzut, gdyby forma spektaklu plasowała się nieopodal wspomnianej "Matki Joanny...", tymczasem prowadzenie postaci i motywacje bliższe są francuskiemu czarnemu humorowi rodem z "Delicatessen".
Do klasztoru przychodzą więc prostytutki, wywołując w życiu zakonników coś, co "Biblia" nazwałaby pewnie Sodomą i Gomorą...
Mimo tego, że ewentualność opanowania klasztoru przez "diabły wcielone" w postaci kobiet jest mało prawdopodobna (choć kto wie, co na to powiedzieliby egzorcyści), nie to jest najistotniejsze. Widz, jak wyżej było mówione, obiera odpowiednią perspektywę oglądu i chętnie daje się uwieść takiej szyderczej wizji. Nie to jest bowiem ważne, czy NAPRAWDĘ zakonnicy/księża sypiają z kobietami, korzystają z usług burdeli, piją alkohol, palą papierosy, zażywają narkotyki, uprawiają stosunki homoseksualne, itd., itp., łamiąc tym samym zasady celibatu i grzesząc przeciwko odpowiednim przykazaniom, lecz sam mechanizm tego działania. Dlatego spektakl prowokuje - ale nie podjętym tematem, lecz do pytań: "Do czego powadzi celibat?" (na ile psychicznie jest on wykonalny), "Jacy ludzie (i z jaką przeszłością) idą do zakonu?", "Jaka jest ich motywacja?" (czy zawsze jest nią miłość do Boga), "Ile trzeba mieć w sobie siły, by nie dać uwieść się pokusom?" (i czy w ogóle jest to realne), "Czy ludzie, żyjący w zakłamaniu, mogą być autorytetem w dziedzinie etyki?", "Czy autorytet Kościoła jeszcze coś znaczy w dzisiejszym świecie?" (w epoce mediów, które co rusz obnażają jego słabości, ciemne strony, porażki)?
Na te pytania każdy widz musi odpowiedzieć sobie sam. Spektakl ich bowiem nie udziela. I dobrze.
Warto zwrócić uwagę na elementy, z których zbudowane jest przedstawienie. Aktorstwo jest równe, żaden z aktorów nie stara się szarżować, wyjść przed przysłowiowy szereg. Dzięki temu ogląda się pewną całość, a nie gwiazdorskie popisy. Wyjątkiem potwierdzającym regułę jest scena striptizu w wykonaniu Rafała Rutkowskiego do znanej piosenki AC/DC "Highway to Hell" (zapewne duża w tym zasługa choreografa - Filipa Szatarskiego).
Bardzo dobrze sprawdza się strona wizualna spektaklu: scenografia autorstwa Anety Suskiewicz, światła Ewy Garniec i projekcje Olgi Chajdas. Ta pierwsza zdecydowała się przenieść nas do miejsca wieloznacznego semiotycznie. Mury klasztorne są tylko zasugerowane przez witraże, przypominające te Wyspiańskiego (a jakże!) oraz toporny, drewniany stół, przy którym zasiadają bohaterowie. Cała reszta, na którą składają się przesuwane ścianki w odcieniu fioletu, przechodzące w barwę fuksji przy mocniejszym świetle, suponują już zupełnie inne miejsce. Całość w przemyślanej oprawie świetlnej tworzy kompozycję przyjemną dla oka. Zarówno sceny "zimne" (np. scena widzenia), których jest zdecydowanie mniej, są dopracowane dzięki użyciu jasnego, bladoniebieskiego i zielonkawożółtego światła, jak i te "ciepłe" (by nie powiedzieć gorące) dookreślone czerwieniami, pomarańczami i ciepło-żółtymi tonami. Z kolei pomysł na użycie ekranu w momentach śpiewu z wyświetlanym tekstem jak w kościele (co stało się nieco oklepane, podobnie zresztą jak ksiądz z gitarą, kojarzący się z oazą) i w scenach snu zakonników, urozmaicił widowisko i potwierdził tezę, że realizatorzy świadomie korzystają z dóbr szeroko pojętej teatralności. Niezasadnym wydaje się jedynie zagospodarowanie podłogi tj. użycie miękkiej wykładziny, a na proscenium pomostu z desek i kamyczków. Dlaczego scenografka nie wybrała w tej mierze takiej samej drogi, czyli zaprojektowania czegoś, co byłoby sugestywne tak samo dla klasztoru jak i domu schadzek, w który się on przekształca? Trudno powiedzieć.
I jeszcze słowo o finale. Ostatnia scena potwierdza konwencję czarnego humoru, jaką upatrzył sobie reżyser. Do zakonu przyjeżdża na wizytację Do zakonu przyjeżdża na wizytację przeor - ojciec Navarr. Wygłasza kazanie (egzorcyzm?), które jest zlepkiem wszelkich znanych, stereotypowych haseł, przysłów i cytatów z "Biblii", w stylu: "memento mori", "apage Satanas!", "Człowiek strzela, Pan Bóg kule nosi", "Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie" etc., po czym odsłania twarz, która okazuje się być twarzą potwora. Właściwie trudno powiedzieć, czy jest to maska, czy "prawdziwa" twarz diabła. Postać ta, jakby żywcem wyjęta z Lynchowego świata dziwadeł, jest wieloznaczna - wcześniej pojawiała się jako sługa Szatana. Może nim jest po prostu (?).
"Siostry przytulanki" przypominają bardziej książki Dona Browna, niż poważne dzieła rozpatrujące kwestie wiary. Ale nawet jeśli tak jest w istocie i jest to hucpa, kpina, żart, to całkiem dobry żart.
Lena Berny
Teatralia Warszawa
13 stycznia 2009
Teatr na Woli im. T. Łomnickiego w Warszawie
Marek Modzelewski
"Siostry przytulanki"
reżyseria: Giovanny Castellanos Cabarique
scenografia: Aneta Suskiewicz
opracowanie muzyczne: Giovanny Castellanos Cabarique
asystent reżysera: Paulina Krajnik
ruch sceniczny: Filip Szatarski
reżyseria świateł: Ewa Garniec
realizacje wideo: Olga Chajdas
obsada:
- Marian Kociniak
- Szymon Kuśmider
- Przemysław Bluszcz
- Rafał Rutkowski
- Maciej Wierzbicki
- Borys Jaźnicki
- Agnieszka Michalska
- Ewelina Starejki
prapremiera: 10 stycznia 2009 r.