W co się bawić...
...w co się bawić? W teatr. Tak zapewne pomyślała sobie Maja Kleczewska przed przystąpieniem do prób "Makbeta" w Teatrze im. Jana Kochanowskiego w Opolu. Może nie brzmi to zbyt poważnie, ale obejrzany spektakl nie daje powodów do jakichkolwiek innych stwierdzeń. A i to broni się tylko wówczas, kiedy dodamy, że była to dość nieporadna zabawa "w chowanego", pomieszana z berkiem i programem "Jaka to melodia".
Nie ma co ukrywać - miłośnika teatru (przynajmniej tego nie bywającego na co dzień w Opolu) przyciąga na "Makbeta" przede wszystkim nazwisko reżyserki, ogłoszonej już jakiś czasu temu jedną z najciekawszych, najodważniejszych i zasadniczo "naj" reżyserek młodego pokolenia. Trudno jednakże pogodzić się z faktem, że karierę i uznanie zdobyła osoba tak niedojrzała, szafująca tandetą i używająca, mówiąc brutalnie, prostackich środków scenicznych.
Rzadko bowiem zdarza się oglądać spektakl, na którym zęby wprost zgrzytają z zażenowania. Pierwsze, co rzuca się w oczy, to zagubienie aktorów na ogromnej scenie opolskiego teatru. I nie jest to bynajmniej ich winą. Dlaczego w kraju obfitującym w uzdolnionych choreografów tak często zapomina się o ich roli w teatrze, pozostaje dla mnie zagadką. Tak więc aktorzy miotają się po scenie na wszystkie strony, a że sztuka wieloobsadowa i obfitująca w dodatku w liczne sceny zbiorowe - poczucie chaosu uderza dość często.
Drugim defektem spektaklu, równie mocno kaleczącym oko, są kostiumy i, w mniejszym stopniu, scenografia. Dlaczego w mniejszym stopniu? Dlatego, że z powodu jej braku wyrazu, czy nawet "niewidzialności", nie psuje wrażenia tak mocno jak kostiumy, którym już nie sposób wybaczyć bezbarwności. I nie chodzi tu nawet o to, że coś, co w zamyśle (bo o takie minimum profesjonalizmu można chyba scenografkę spektaklu posądzić) miało udawać tandetny ubiór gangsterów, w ostatecznym efekcie samo staje sie stuprocentową tandetą właśnie. Bardziej razi kompletny brak koncepcji, zarówno w kwestii dekoracji, jak i kostiumów - na jakąkolwiek symbolikę, grę kolorami, czy, choćby i najbardziej toporne, aluzje, sygnały wyrażane kodem ubioru, nie ma co liczyć.
Wrażenie realizatorskiej porażki dopełnia tzw. opracowanie muzyczne, polegające najprawdopodobniej na przegraniu na płytę paru ulubionych piosenek z odtwarzacza mp3 i zaprezentowania ich publiczności jako "fajnych" kawałków, których lista pokrywała się pewnie w 2002 roku z czołówką playlisty RMF FM lub innego Radia Zet. Podobnie jak w przypadku plastycznych elementów spektaklu - wybór utworów, momenty ich użycia, kontekst sceniczny wydają się kompletnie nieprzemyślane. Co innego muzyka skomponowana specjalnie na użytek opolskiego "Makbeta", jeden z niewielu plusów spektaklu - dopasowana do danych scen, ilustracyjna, trochę filmowa...
Jak wiadomo, przy realizowaniu tekstów klasycznych pójść można zasadniczo dwiema drogami - uniwersalnej inscenizacji w oparciu o słowo i ponadczasowość problemów i postaw, lub odnajdując w tekście tematy brzmiące aktualnie również dziś i adaptując go do otaczającej nas rzeczywistości i jej języka. Droga inscenizacyjna Mai Kleczewskiej pozostaje dla mnie nieodgadniona - powstrzymała się ona od ingerencji w tekst (choć kilka sekwencji zostało postaciom dopisanych, siląc się na nutę współczesną), za to przeniosła całość... no właśnie gdzie? Jedyna odpowiedź nie obrażająca inteligencji widza, choć dająca chyba za dużo kredytu zaufania reżyserce (smutny to kompromis...) brzmi: w świat nieistniejący fizycznie, ale znany nam z szeregu filmów Martina Scorsese, braci Coen, czy Władysława Pasikowskiego... W gangsterską Nibylandię. Czy to pomysł ciekawy, czy nie, oceniać nie ma dziś sensu - nawet najoryginalniejszy pomysł może polec (lub wygrać) w twardej, scenicznej praktyce. W tym przypadku Szekspirowskie wątki, motywacje, charaktery i wszystko to, czego poszukujący sensu widz mógłby się zaczepić, zostały dosłownie zmasakrowane. Bezpowrotnie.
Jakim cudem udaje się więc wysiedzieć na widowni pełne dwie godziny? Dzięki aktorom. Zespół Teatru im. J. Kochanowskiego dał się już wielokrotnie (m.in. w spektaklach Marka Fiedora) poznać jako ciekawa, zgrana grupa profesjonalistów. Także tym razem widać drzemiący w nich potencjał, szkoda, że ograniczony przez nieudolną inscenizację. Opolscy aktorzy robią, co mogą, żeby wykrzesać ze swoich postaci coś więcej, niż tylko narzucony im przez reżyserkę knajacki sznyt.
Nie żal mi tych widzów, od minimalnie "wyrobionych" w górę, aż do profesjonalnych krytyków, którzy po wyjściu ze spektaklu podenerwują się chwilę, ewentualnie rozładują irytację dyskusją w wąskim gronie znajomych, po czym machną ręką i zapomną o sprawie. Żal mi młodych ludzi, zapewne szkolnych wycieczek, które tłumnie wypełniły widownię. Oni wyczują każdy fałsz, każdą tandetę i silenie się realizatorów na szeroko pojętą "fajność" i pseudo-nowatorstwo. Obawiam się, że wychodzili co najmniej zniesmaczeni, jeżeli nie po prostu znudzeni. Większej krzywdy chyba Szekspirowi zrobić nie można.
Paweł Łapiński
Teatralia
12 stycznia 2009
Teatr im. J. Kochanowskiego w Opolu
William Szekspir
"Makbet"
tłumaczenie: Antoni Libera
reżyseria: Maja Kleczewska
scenografia: Katarzyna Borkowska
muzyka: Waldemar Wróblewski
reżyseria światła: Piotr Pawlik
obsada:
Duncan - Grzegorz Minkiewicz
Malcolm - Adam Ciołek
Makbet - Michał Majnicz
Banquo - Przemysław Kozłowski
Macduff - Mirosław Bednarek
Lenox - Michał Świtała
Rosse - Leszek Malec
Seyton - Grzegorz Minkiewicz
Lady Makbet - Judyta Paradzińska
Lady Macduff - Aleksandra Cwen
Medyk szkocki - Przemysław Kozłowski
Wiedźmy - Ewa Wyszomirska, Andrzej Jakubczyk, Maciej Namysło
Dzieci Macduffa - Agnieszka Rybij, Szczepan Watras
premiera: 4 grudnia 2004 r.