Wszystko albo nic
W niedzielę 23 sierpnia w kalendarzu Teatru na Woli zaznaczony został drugi dzień 9. Międzynarodowego Festiwalu Sztuki Mimu. Tym razem na scenie oglądaliśmy grupę z Polski - Teatr Mimo, ze spektaklem zatytułowanym "Lombard".
Pantomima to gra o wszystko albo nic, ostateczne posunięcie, dokładnie jak transakcja w lombardzie. Wydawało mi się, że tak specyficzny rodzaj sztuki nie toleruje półśrodków i z teatru wyjdę zachwycona lub znudzona. Niestety, uczucia mam mieszane, a to najgorsze, co może dotknąć w teatrze.
Nie będzie niczym dziwnym stwierdzenie, że sztuka pantomimy to teatralny sport ekstremalny. Ryzyko, jakie podejmują artyści, może ich samych wiele kosztować - wziąwszy pod uwagę potencjalną wieloaspektowość interpretacji przedstawień tego typu.
Rzeczywiście, aktorzy wychodzili z siebie, dwoili się i troili, by spróbować pokazać coś, co bez większego wysiłku mogliby wyrazić słowami. Angażowali wszystkie części ciała, począwszy od oczu - mrugając, przymykając i trzepocąc rzęsami; poprzez usta: otwarte ze zdziwienia lub skrzywione zniesmaczeniem, aż po obowiązkową w programie mimikę twarzy, nieco krzykliwą i nachalną; gesty i grę ciała. Z tych ostatnich łatwo dało się wyczytać historie, wyłożone wyraźnie jak na dłoni - walkę bokserską, pisanie na maszynie, nieporozumienia kelnera i klientów w restauracji. Ruchy dopracowane co do milimetra, niestety, trochę kanciaste, kwadratowe; do tego stopnia, że wydawały się być nienaturalnie perfekcyjne.
Zwykle w teatrze, gdy na scenie pojawiają się aktorzy, widownia czeka w napięciu na brzmienie pierwszego wypowiedzianego słowa. Tutaj, rzecz jasna, oczekiwania próżne; ale liczyłam na substytut w postaci niesamowitego momentu przełomowego, uderzającego znienacka zwrotu akcji albo czegokolwiek, co zmusiłoby mnie do poruszenia się na fotelu.
Jednak wielkiego wybuchu nie było ani na początku, ani w środku, ani tym bardziej na końcu przedstawienia, kiedy to publiczność opuszczająca salę pytała się nawzajem: "Czy to aby na pewno już koniec, czy może tylko przerwa?"
Oklaski na stojąco, których, notabene, przedstawienie się nie doczekało, należą się Andrzejowi Królowi za oświetlenie. Idealnie dobrane, komponujące się z każdym drgnięciem ciał aktorów i doskonale podkreślające sytuację na scenie.
Nie, spektakl nie okazał się klapą, nie uważam, że w Teatrze na Woli straciłam godzinę i nie żądam od nikogo zwrotu tego czasu. Chwilami było nawet zabawnie i dość pociesznie, co więcej - uważam, że niewielu aktorów słowa, potrafiłoby tak dobitnie opowiadać historie własnym ciałem. Jednak tym, czego rzeczywiście brakowało mi podczas występu grupy Mimo, była cisza. Na co, jak na co, ale na chwilę prawdziwego pantomimicznego, bezszelestnego napięcia mogłam chyba liczyć? Dlatego też zastanawiam się nad rolą muzyki świdrującej w uszach od pierwszej do ostatniej sekundy przedstawienia. Oczywiście, dobiegające zewsząd dźwięki znacznie ułatwiły aktorom grę, wskazały wytyczne ruchów i napędzały dynamikę ciał, ale właśnie dlatego wydaje mi się, że ten spektakl nie istniałby bez wsparcia melodii.
Jak odegrać scenę gorączkowego zamieszania w restauracji, mając za tło jedynie zupełną ciszę? Nie wiem. Ale nie jestem aktorką, ani też reżyserem, dlatego pozostawiam tę kwestię w rękach profesjonalistów, a za takich uważam artystów, których oglądałam.
Karolina Obszyńska
Teatralia Warszawa
26 sierpnia 2009
Teatr Mimo
"Lombard"
scenariusz, reżyseria, choreografia: Bartłomiej Ostapczuk
muzyka: Marcin Maroszek
światła: Andrzej Król
obsada: Agata Brzozowska, Katarzyna Markowska-Byczek, Joanna Płóciennik, Katarzyna Śliwińska, Michał Niewiadomski, Bartłomiej Ostapczuk
premiera: 21 maja 2009 r.
9. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Mimu w Teatrze na Woli im. Tadeusza Łomickiego w Warszawie.