Atak lalek - ANIMO po raz piąty
Ostatni dzień festiwalu zaczął się pokazem spektaklu "Magiczne drzewo" w wykonaniu Cengiza Özeka z Turcji. Unia Teatr Niemożliwy w połączeniu ze Sceną Lalkową z Kwidzyna przedstawiła "Drugi pokój" wg Zbigniewa Herberta, a Elżbieta Jeznach & Compagne Miettes de Spectacles zaprezentowała "Świnty Proutto" wg Topora. Festiwal zakończyła formacja Małe Instrumenty i "Elektrownia dźwięku" - połączenie teatru, muzyki i ... mechaniki.
"Magiczne drzewo", czyli egzotyczna pocztówka z Turcji
Turecka legenda głosi, że przy budowie meczetu w Bursie, za czasów sułtana Orhana, pracowało dwóch rzemieślników, Hacivat i Karagöz, którzy swoimi rozmowami rozbawiali i odciągali od pracy pozostałych robotników. Sułtan długo tego nie zniósł i obu rozgadanych panów kazał powiesić. Wkrótce jednak pożałował swego czynu, było jednak oczywiście za późno. Żal swojego pana pomógł jednak uleczyć derwisz Şeyh Küşteri, który stworzył to, co dziś zwiemy teatrem cieni, gdzie za białym ekranem Hacivat i Karagöz ożyli na nowo.
Tak właśnie legenda wyjaśnia powstanie tureckiego teatru cieni, zwanego od nazwy głównego bohatera Karagöz. Historia zaś mówi, że po raz pierwszy pojawił się na dworze sułtana Selima I w XVI wieku. Schemat sztuk w tym teatrze jest podobny, a całość akcji opiera się na rozmowie spokojnego, opanowanego Hacivata z bezczelnym i sprośnym Karagözem, gdzie zawsze tryumfuje mądrość i moralność Hacivata, nie obywa się jednak bez bezczelnych żarcików i aluzji Karagöza.
Turecki teatr cieni na ANIMO zaprezentował Cengiz Özek. Tym razem przed domem Karagöza wyrasta magiczne drzewo, efekt użycia przekleństwa stryjecznego pradziadka. Tutaj jednak magia się nie kończy - magia drzewo powoduje, że dwaj bohaterowie zamieniają się w zwierzęta. Całość jednak kończy się dobrze; wracają im ludzkie postaci, a drzewo zostaje zniszczone.
Cengizowi Özekowi udała się nie lada sztuka - mimo tego, że na scenie nie było prawdopodobnie ani jednej osoby rozumiejącej dialogi, widzowie pojęli akcję spektaklu i odebrali go bardzo pozytywnie. Zasługa leżała na pewno w wyjątkowo żywiołowym stylu gry Özeka, który sprawiał, że akcja wydawała się po prostu płynąć. Rozmowy niepostrzeżenie przechodziły w pieśni, którym akompaniował tamburyn, a małe, kolorowe laleczki dodawały całości uroku i posmaku Orientu.
"Pokoik", czyli minimum formy
Choć na angielski tytuł tłumaczony jest jako "The room", a zatem pokój, to jednak zdrobnienie pasuje idealnie. "Pokoik" jest spektaklem kameralnym i dyskretnym, nie potrzebuje wiele miejsca ani przestrzeni. Nie razi, nie prowokuje, ale też daleki jest od jarmarcznej rozrywki. Prostym językiem mówi o ważnych rzeczach; nie odkrywa niczego nowego, przedstawia jednak to, co już wiemy w poetycki sposób, pełen surowego piękna.
Przez pół godziny obserwujemy życie młodej kobiety: jej marzenia, jej relacje między ludźmi, jej przyjaźnie, miłości, wspomnienia. Wiele nie trzeba do wykreowania rzeczywistości jej świata. Na scenie stoi czarny parawan z prostokątną, drewnianą ramą. To ona jest oknem do życia bohaterki, w niej poruszają się lalki. Nie są one zbyt skomplikowane: małe, gliniane główki do założenia na palec, z wyrzeźbionymi twarzami. Strumienie światła padają na ich kształty, podkreślają kontury i nierówności dłoni, umieszczając kolejne obrazy w szarawej, ciepłej tonacji.
Czasem jednak spektakl pada ofiarą tego urokliwego minimalizmu - niektóre gesty i ruchy lalek trudno zinterpretować, odczytać ich sens i znaleźć odniesienie w rzeczywistości. Niekiedy zamiast postaci na scenie widać po prostu dłoń i głowę lalki, zupełnie jakby nić animacji łącząca różne skrawki spektaklu w całość momentami była nadwerężona.
"Świnty Proutto", czyli jak stworzyć boga
Elżbieta Jeznach bierze na warsztat historię opartą na "Świętej księdze cholernego Proutto" Rolanda Topora. Gisou jest uznawany przez plemię Zoasów za boga. Wszyscy we wsi słuchają Gisou, wykonując jego polecenia nader sumiennie i gorliwie; wreszcie po nieopatrznych słowach przywódcy rzuconych w gniewie cała wieś umiera. Zostaje się sam Gisou i Proutto, dyżurny sceptyk Zoasów, który na każdym kroku podważał autorytet Gisou. Sceptyk jednak wreszcie z pozycji naczelnego wątpiącego przechodzi do pozycji najgorliwszego (i jedynego) wyznawcy. A kiedy do tego duetu dołącza kobieta, Aba, zaczyna się wielki kołowrót manipulacji, do których wystarczą tylko trzy osoby.
Również i ten spektakl nie grzeszy teatralnym rozmachem, będąc prostym i oszczędnym. Na scenie stoi stół, na którym rozgrywa się akcja. Elżbieta Jeznach operuje dwiema pacynkami na dwóch rękach. Potem pojawia się trzecia pacynka, którą animuje noga aktorki. Koniec zaś przynosi pewne zaskoczenie; okazuje się wreszcie, po co aktorowi - animatorowi kapelusz na głowie. Mała, prosta pacynka okazuje się mieć różne zastosowania, występując nie tylko w wersji animowanej ręką.
Równie ciekawy jest problem, jaki porusza Topor, a za nim Elżbieta Jeznach. Na scenie bowiem obserwujemy narodziny społeczeństwa od nowa, z całym wachlarzem jego dobrych i złych cech, z przewagą oczywiście tych złych. Widzimy religię, która mniej wspólnego ma z mistyką i nadprzyrodzonością, a więcej z manipulacją i wzajemną walką. Stosunki społeczne dalekie są tutaj od egalitarności, idąc w stronę konkurencji, kto kogo lepiej i szybciej okpi. Spektakl przedstawia to wszystko dość groteskowo, kiedy się jednak sięgnie w głąb historii, nie sposób przyznać mu w pewnych kwestiach racji.
"Elektrownia dźwięku"...
... ma to do siebie, że trudno przypisać ją do określonego gatunku. Niby to koncert, ale prezentuje określoną fabularnie historię. Na miano spektaklu z kolei wydaje się zbyt muzyczna. A kiedy się popatrzy na instrumentarium, jakie stoi na scenie, skojarzenia przenoszą widzów do warsztatu, laboratorium tudzież maszynowni. Dlatego najłatwiej opisać wszystko po kolei.
Na scenie obserwujemy ostatnie chwile ostatniej elektrowni dźwięku przetwarzającej dźwięki na światło. Nie pomaga apelowanie do głównego dyrektora, elektrownia musi zostać zamknięta z prozaicznego powodu braku nowych części na miejsce starych i, oczywiście, pieniędzy. Załoga się nie poddaje i pracuje ciągle - woli, żeby maszyny zostały zupełnie wyeksploatowane, niż żeby miały rdzewieć i niszczeć w zapomnieniu.
Dźwięki, jakie elektrownia produkuje, są równie niezwykłe, jak instrumenty, z których są wydobywane. Muzyka stanowi główną treść widowiska - niekiedy schodzi do trudnych, arytmicznych, szorstkich i eksperymentalnych brzmień, niekiedy podrzuca widzom krótkie, urocze etiudy muzyczne. Instrumentów z kolei "Elektrownia..." używa najróżniejszych. Pojawiają się dziecięce zabawki, które wcale nie brzmią jak zabawki. Pojawiają się klasyczne instrumenty, dobrze znane widzom. Największy jednak szok wywołują instrumenty pokroju organów wodnych - niemalże maszyny zbudowane z elementów, jakie każdy z nas ma dookoła, wytwarzające dźwięk jako rezultat swojej pracy. Cała scena jest nimi zastawiona, zasypana kolorowymi drobiazgami, majestatycznymi mechanizmami, pomiędzy którymi stoją stoliki pracowników.
"Elektrownią..." nie sposób się znudzić. Nawet, kiedy zdaje się, że to już koniec możliwości, że już nic nowego z ostępu sceny nie będzie wydobyte, pojawia się nowy instrument, nowy dźwięk. Wypadałoby pogratulować twórcom pomysłowości i czekać niecierpliwie na kolejne, zaskakujące projekty.
Sylwia Grygorowicz
Teatralia Białystok
24 października 2009
Cengiz Özek
"Magiczne drzewo"
scenariusz, reżyseria i wykonanie: Cengiz Özek
asystent: Stefan Carelius
The Puppet Theatre Nebo
"Pokoik"
lalki, animacja i reżyseria: Petra Stare
muzyka: Mare Završnik
oświetlenie i technika: Andrej Štular
Elżbieta Jeznach & Compagnie Miettes de Spectacles
"Świnty Proutto"
wg Topora
Elektrownia dźwięku
"Małe instrumenty"
reżyseria i muzyka: Małe instrumenty
obsada: Maciej Bączyk, Jędrzej Kuziela, Maciek Markowski, Tomasz Orszulak, Marcin Ożóg, Paweł Romańczuk
4. Międzynarodowy 8. Festiwal ANIMO, 13.10-18.10.2009 r. Kwidzyn.