zwykła czcionka większa czcionka drukuj

Zawiślak morduje Balladynę

4 września na ekranach warszawskich kin po raz pierwszy wyświetlono "Balladynę" - film produkcji polsko-amerykańskiej, który powstał z okazji 200. rocznicy śmierci Juliusza Słowackiego. Widziałam wiele ekranizacji utworów najsłynniejszych polskich dramaturgów - z ciężkim sercem, ale czystym sumieniem stwierdzam, że "Balladyna" Dariusza Zawiślaka, jest nie tylko amatorskim, rozczarowującym filmem, ale przede wszystkim gwałtem na największej polskiej literaturze dramatycznej.

Kino Luna sprzedało w poprzednią niedzielę dokładnie sześć biletów na Balladynę. Fakt faktem, o filmie słychać niewiele, nie zrobiono wokół niego tradycyjnego medialnego szumu, związanego z ekranizacją kolejnej szkolnej lektury. Żeby więc już od samego początku nie ostrzyć sobie zębów na produkcji - małe zainteresowanie zrzućmy na brak odpowiedniej reklamy. Ale choćby bardzo chciało się podejść do tego filmu przyjaźnie, to nie można zareagować inaczej, jak tylko kręcąc głową z niedowierzaniem - żeby nie powiedzieć: z politowaniem.

A właściwie, to czemu nie - "Balladyna" politowania jest godna, prawie jak Zawiślak chłosty. Polscy producenci, sięgając po wsparcie kolegów z Ameryki, liczyli najpewniej na gigantyczny sukces. Dostaliśmy więc od nich Faye Dunaway, zdobywczynię Oscara rodem ze Stanów Zjednoczonych, jakieś amerykańskie miasteczko, w którym rzecz się dzieje i tradycyjne amerykańskie sceny akcji, w których detektywi stają na głowie w trosce o dobro obywateli. Nie zabrakło też językowych kwiatków, jak: "teraz odliczę do jeden", czy też: "tu gabinet doktora Asz" (bo jeśli już chcemy mówić z amerykańskim akcentem, to nie "Asz", tylko "Esz"; co więcej - ów doktor jest kobietą, więc odmiana rzeczowników też kuleje). Teksty okraszone amerykańskimi wtrąceniami i żenująco hollywoodzkie odzywki, a to wszystko - o zgrozo! - w język polskim. I tu kolejny stał się cud - w Ameryce, gdzie nie tylko Alina i Balladyna, ale także kurier, klienci galerii, lekarze, policjanci, dziennikarze, dziewczynka w parku i kloszard - mówią po polsku. Tak więc, w całej tej beznadziejności i komercji produkcji, co bystrzejszy widz będzie mógł doszukać się manifestacji poruszającej problem emigracji Polaków! Dziękujemy!

Balladyna

"Balladyna"

Co więc w tym wszystkim robi Faye Dunaway, która, jak wiadomo, kwiecistą polszczyzną nie włada? Pomysł na zaangażowanie gwiazdy światowego formatu spalił na panewce. Nic z tego, że zdobywczyni Oscara ładnie wygląda na ekranie, ważniejsze było to, że ruszała ustami, gdy jej zmanierowana i pretensjonalna lektorka milczała. Lub też odwrotnie. Śmiechu więc było co nie miara, gdy doktor Ash nieruchomo wpatrywała się w swego rozmówcę, nie zdając sobie sprawy, że właśnie wypowiada słynne kwestie romantycznego poety. Ale może to wszystko magia - bo Dunaway jest nie tylko doktorem, lecz także wróżką i byłym politykiem. Rozkłada karty i przepowiada przyszłość, zwierzając się z bólu po utraceniu silnej posady w Białym Domu. Groteska, aż kipi.

A propos maniery i pretensjonalności - warsztat obsadzonych w filmie aktorów to kolejna pomyłka. Jeśli Zawiślak próbował zbadać cierpliwość widzów - to pół biedy. Wydaje mi się jednak, że zakpił z odbiorców kina, jak z zupełnie nieoczytanych, intelektualnych troglodytów. Co myśleć o filmie, w którym aktorzy grają do tego stopnia fatalnie, że zaczyna się ich podejrzewać o koligacje rodzinne z reżyserem? Wszyscy, obsadzeni w mniej ważnych, ale wciąż powracających w filmie rolach - taki na przykład dziennikarz "George Skierka", czy jego koleżanka po fachu "Ann Chochlik" - to kpina. Mówią sztucznie, mechanicznie, beznamiętnie. To nie są nawet aktorzy, których miałoby się ochotę oglądać w tandetnych telenowelach. I w to wszystko jeszcze wpleciono nieumiejętnie teksty Słowackiego. Oto jak można poderżnąć gardło nieżyjącemu.

Z kolei Sonia Bohosiewicz, która zagrała jednocześni Balladynę i jej siostrę bliźniaczkę, czy Stefan Friedmann - tutaj jako bezdomny biedak - świetnie wcielili się w swoje role, co w normalnych okolicznościach podniosłoby jakość filmu - niestety, w tym przypadku nie pomagają ani doskonali artyści, ani równie dobrze prezentująca swoje atuty biała limuzyna (w roli białego rumaka, rzecz jasna).

Oczywiście, i na szczęście, główne przesłanie Balladyny zostaje zachowane. Co prawda, wszystkie morderstwa i intrygi są spłycone, tandetnie ujęte i inteligentnego widza już nawet nie bawią, tylko irytują. Ale w porządku - jest konflikt dwóch sióstr, jest zawiść i sumienie wiercące dziurę w brzuchu Balladyny. Rzeczywiście, film udowodnił, że dramat Słowackiego może stać się uniwersalną historią. Możliwe są przecież - walka o władzę, nienawiść do siostry, tragiczne wypadki. Owszem, Bally (tak, tak - Bally i Ally) to kobieta modliszka, zdeterminowana, dumna i zawistna, silna psychicznie, o mrocznej duszy, idąca po trupach do celu - i takie też spotykamy dzisiaj. Tylko dlaczego wszystko to zostało tak zniszczone i strywializowane? Reżyser próbował obalić ideę człowieka-humanisty dążącego do piękna i dobra, o szlachetnej duszy, tworząc postać bezwzględną i zimną, którą jednak porusza sumienie - a więc jest też problem winy i kary. Taki materiał aż parzy w rękach, żeby zrobić z niego dobry film. Dobry. A wyszło co najmniej żenująco. Żal do reżysera można mieć także o to, że najważniejsza - wydawałoby się - scena w filmie, została potraktowana po macoszemu. Zabójstwo Aliny trwa kilka sekund, reakcja Balladyny jest nijaka i w zasadzie nie wiadomo, co i kiedy się wydarzyło. Ale reżyser usprawiedliwiał to tak, że: "Najbardziej skomplikowane były ujęcia, kiedy obie musiały być w tym samym czasie w kadrze. A w szczególności, gdy jedna drugą zabijała".

Nawet jeśli odsuniemy się na chwilę od Słowackiego - film jako film i tak jest słaby. I nie chodzi tu już o adaptację, o dramat, o poezję. Chodzi o technikę, kiepskie zdjęcia, o patos, warsztat aktorów czy muzykę. Mogłabym nie czepiać się amerykanizmów, dać spokój landrynkowej muzyce pop, przymknąć oczy na próby wtoczenia do filmu mrocznych, dramatycznych scen, stylizowanych na amerykańskie filmy akcji - mogłabym, gdyby jasno określono, że film powstał dla gimnazjalistów - niech sobie dzieciaki zobaczą, jaki Słowacki jest ponadczasowy. Tyle, że rozlewająca się krew i sceny erotyczne nie mogły być stworzone z myślą o czternastolatkach.

To wszystko, jeśli chodzi o rocznicę śmierci naszego wielkiego poety. Zgarnęliśmy od Ameryki jedynie niedźwiedzią przysługę - nie będzie więc ani tarczy antyrakietowej, ani wspólnego sukcesu medialnego. Jedyne, co pozostało, to niesmak. I tylko tyle - jak na razie - możemy mieć wspólnego.

Karolina Obszyńska
Teatralia Wrocław
9 października 2009

"Balladyna"
("The Bait")
reżyseria, scenariusz, produkcja: Dariusz Zawiślak
muzyka: Chris Rafael
zdjęcia: Konrad Spyra
scenografia: Sylwia Kochaniec, Marta Ewa Dąbrowska, Dariusz Zawiślak
kostiumy: Małgorzata Bursztynowicz
montaż: Karol Iwan, Jacek Mularski
w rolach głównych: Sonia Bohosiewicz, Faye Dunaway, Mirosław Baka, Rafał Cieszyński, Stefan Friedmann
premiera: 4 września 2009 r.

© "teatralia" internetowy magazyn teatralny 2008 | kontakt: redakcja@teatralia.com.pl | projekt i administracja strony: admin@teatralia.com.pl | projekt logo: jepe oyen