Miłość z odzysku
To poruszająca sztuka o życiu kobiety, znajdującej się na skraju rozpadu małżeństwa. Angela jest inteligentna, zabawna i nietuzinkowa. Pewnego dnia zostaje postawiona przed faktem, że jest niewystarczająco pociągająca dla swojego męża i niedostatecznie kreatywna dla utrzymania związku. Tak zaczynają się jej życiowe rozterki, ciągnące się przez kolejne trzy lata...
Sztuka rozpoczyna się niewesołą dla bohaterki wiadomością, że mąż odchodzi do młodszej - Meksykanki. Angela próbuje pogodzić się ze stratą, ale tak drastyczna wiadomość od osoby którą kocha, nie pozwala jej na to. Jej życie zostaje zdeterminowane przez łaskę (i niełaskę) niewdzięcznego męża, od którego jest uzależniona finansowo. Z racji tego, że ciągle go kocha, codziennie czeka, aż nieznośną ciszę przerwie szczęk kluczy męża w drzwiach. Takowy ratunek nie nadchodzi, zostaje natomiast zasypana kolejnymi zmartwieniami. W końcu zostaje sama jak palec (jeśliby nie liczyć psa córki, Axera). Opuszcza ją córka, jej matka nie kwapi się nawet, żeby wysłuchać jej rozterek, a przyjaciele nie rozumieją jej. Jedynym ratunkiem są telefony zaufania, które zresztą rzadko wnoszą coś pozytywnego do jej życia. Bohaterka, pozostawiona samej sobie, boryka się ze swoimi problemami. Jednak, czy tego rodzaju sztuka musi być nudna i smutna? Bynajmniej, sztuka Geraldine Aron w reżyserii Grzegorza Mrówczyńskiego, to zabawny i pełen nieoczekiwanych sytuacji, a przez to błyskotliwy monodram Anny Demczuk.
Autorka w jednym z wywiadów mówi, że chce dać bohaterce jeszcze jedną szansę na zakochanie się, dlatego jej opowieść ma pozytywne przesłanie. Ciągnąca się sprawa rozwodowa, która przysparza bohaterce cierpienia i żalu, jest tylko fazą przejściową. Jednak na ten właśnie okres położony jest akcent. Być może spektakl jest receptą na życie dla opuszczonych małżonek? Myślę, że to coś więcej. W sztuce Aron należy upatrywać pewnych nieprzemijalnych wartości. Jest to przede wszystkim nadzieja na drugą szansę od życia. Bohaterka dostaje takową od losu, mimo że wiele razy poddawała się przeciwnościom, targając się na swoje życie.
Aktorka Anna Demczuk ukazała bohaterkę jako spontaniczną, a czasem nawet roztrzepaną osobę. To roztrzepanie zakrawało niekiedy na lekkie rozszczepienie osobowości, które na scenie raczej źle się prezentowało. Brak mi było jednolitości w postaci. Abstrahuję oczywiście od dialogów, które wykonywała sama aktorka. Jej niejednolitość polegała na nieskonkretyzowaniu typu stałego zachowania, którym odznacza się każdy człowiek. Można było się zastanawiać, czy bohaterka jest w końcu "wrzeszczącym babskiem", jakiego widział Max, jej były mąż, czy "zrozpaczoną małą dziewczynką", jaką była poza zasięgiem męża. Miało się wrażenie, że niekiedy odtwórczyni gubi meritum osobowości swojej postaci. Poza tym szkopułem, Annie Demczuk nalezą się brawa na stojąco. Okazała się być bardzo elastyczną (głównie w odtwarzaniu dialogów) aktorką. Jej mimika twarzy była niebywała, a energia, jaką epatowała potrafiła zahipnotyzować.
Aleksandra Pyrkosz
Teatralia Kraków
17 października 2008
Teatr im. W. Siemaszkowej w Rzeszowie
Geraldine Aron
"Mój boski rozwód"
przekład: Anna Wołek i Krystyna Podleska
reżyseria: Grzegorz Mrówczyński
obsada: Anna Demczuk