Dwaj kowboje i wielu mechaników
Szóstego, ostatniego dnia przeglądu zaprezentował się Teatr Krypta ze spektaklem "Mojo Mickybo", będącym historią dorastania i przyjaźni dwóch chłopców na tle zamieszek w Belfaście oraz formacja Małe instrumenty. O ile dzieło Teatru Krypta łatwo zakwalifikować do kategorii spektakle, o tyle przy Małych instrumentach pojawia się problem z takim określeniem, "Elektrownia dźwięku" stoi bowiem na pograniczu teatru, koncertu, zahaczając nawet o muzyczne show. Generalizując zatem: było ciekawie.
Wszystko, począwszy od scenografii, poprzez postaci, fabułę, wreszcie język spektaklu, uwikłane jest w poetykę zupełnego odrealnienia, dziwnej bezczasowości, baśniowości, ludowości i współczesności zarazem. Klamrowa budowa spektaklu (początkowa i końcowa scena, w której Książę leży na sali operacyjnej) przywodzi na myśl przypuszczenie, że mamy do czynienia ze snem agonalnym, narkotycznym, wizyjnym i wiwisekcyjnym zarazem. Jednak ta wiwisekcja niczego nowego, nam, Polakom, o polskości nie mówi. Po raz kolejny, niczym w ropiejącej ranie, nurzamy się w narodowej ciemnocie i pieniactwie, przyglądamy gnuśnej ksenofobii, analizujemy klerykalizm, potępiamy sprzedajność, wyśmiewamy chciwość. Wywleczone zabobony, uwypuklone prostactwo oceniamy z wygodnych siedzeń teatralnych foteli, ale nas to nie dotyczy, ani nie dotyka. To jest tam, na scenie, nie tu, między nami.
"MOJO MICKYBO", CZYLI BUTCH CASSIDY I SUNDANCE KID NA ULICACH BELFASTU
Lata 70. nie były łatwym okresem dla Irlandii, rozgorzał wtedy bowiem spór między katolikami a protestantami, dzielący ludzi na dwie połowy. Istniały jednak rzeczy, które opierały się takim podziałom - nie zawsze jednak udawało im się wytrwać do końca...
O tym właśnie pisze Owen McCafferty, zaś opowieść jego na scenę przenosi Teatr Krypta. Obserwujemy zatem przyjaźń dwóch chłopców - słabszego Mojo i silniejszego Mickybo, ich codzienne radości i smutki, równe radościom i smutkom dorosłych. Najchętniej bawią się w amerykańskich kowbojów - i choć mistrzom rewolweru zdarza się czasem otrzymać tęgie lanie, to jednak i tak są największymi rewolwerowcami na Dzikim Zachodzie, nawet, jeśli ten znajduje się w Irlandii. Budują razem szałas, przemykają się cichaczem do kina na film o ulubionych superbohaterach, urządzają sobie wycieczkę do Boliwii, która ostatecznie znajduje się w Newcastle. Od świata dorosłych stronią - patrząc na swoje rodziny, nie zawsze rozumieją, co się w nich dzieje, ignorują zasady nim rządzące, aż wreszcie świat dorosłych sam się o nich upomina, niszcząc ich przyjaźń i stawiając po przeciwnych stronach barykady. Widzimy więc typową opowieść o dorastaniu, wpisującą się w nurt takich dzieł, jak chociażby "Stowarzyszenie Umarłych Poetów" - opowiadających o wcielaniu młodości w dorosłość, ukazujących to bolesne przejście z perspektywy młodego człowieka . Tym jednak, co wyróżnia "Mojo Mickybo" i czyni z niego ciekawe zjawisko teatralne, jest sposób wykonania.
W spektaklu pojawia się wiele postaci i miejsc: kino, wujek Sidney i Latarnica, chłopaki z osiedla, rodzice chłopców, kierowca, nie brakuje też wokalistów czy prostytutek, wszyscy zaś są grani przez dwójkę aktorów bez ani jednego rekwizytu, na idealnie pustej scenie. Historia wyłania się z niczego, mimo to jednak jest pełna życia. Rozterki i uczucia bohaterów ukazane są bezbłędnie, rola matki czy prostytutki nie sprawia aktorom problemu, bez oporów też wcielają się w Presleya czy Sinatrę. Kolejne obrazy, kolejne sceny przeplatają się ze sobą, nie pojawia się jednak kłopot z odróżnieniem, kiedy aktor gra chłopca, a kiedy jego matkę - Grzegorz Falkowski i Paweł Niczewski stwarzają swoich bohaterów na bazie głosu, mowy i gestu, budując kompletną rzeczywistość i sugerując publiczności nader czytelnie, co teraz się dzieje. Taką technikę tworzenia teatru doceniano wielokrotnie na różnych festiwalach, taka też forma, mi osobiście, jest o wiele bliższa, niż zabawa w wierne odtwarzanie rzeczywistości w ramach sceny pudełkowej. Śmiejąc się z perypetii bohaterów (bo jakby nie patrzeć, mężczyzna w roli prostytutki czy zblazowanej matki jest śmieszny) zapominamy o ich tragedii, umyka nam, że sztuka dzieje się w rzeczywistości przedzielonej na pół. Rozejście się Mojo i Mickybo zatem przychodzi jakoś tak ukradkiem i bez związku z ich wesołymi przygodami - tekst ujęto z energią tak wielką, jest tak żywotny, że publiczność daje się porwać, nie zwracając uwagi na małe drobiazgi, które w finale przyczyniają się do tragedii. Odniosłam jednak wrażenie, że to zabieg celowy, próba spojrzenia na świat z perspektywy dziecka, rozdzierany znienacka przez ważne sprawy dorosłych. Koniec dzieciństwa rzadko przychodzi oczekiwany - czasami zwala się ni stąd, ni zowąd na głowę, odwracając wszystko do góry nogami. Tak też stało się w przypadku Mojo i Mickybo, których przyjaźń nie wytrzymała przejścia w dorosłość. Widzowie zaś, dopiero gdy już gasną światła, czują, jak bardzo gorzki był ich śmiech.
MAŁE INSTRUMENTY CZYLI TAKIEJ FABRYKI JESZCZE NIE ZNALIŚCIE
Nie od dziś wiadomym jest, że majsterkowanie sprawia mężczyznom niezmierną radość, zaś instrumentarium formacji Małe Instrumenty stanowi tego najlepszy dowód. Instrumentarium owo zwraca uwagę już przy wejściu na spektakl Małych Instrumentów - bowiem cała scena zastawiona jest zupełnie różnymi szpargałami, dzwoneczkami, dziwnymi konstrukcjami, zagraconymi biurkami, ginącymi gdzieś w półmroku. Niektóre z nich wyglądają jak klasyczne instrumenty, niektóre są ich pomniejszeniem, inne zaś sprzęty sprawiają wrażenie, jakby zostały przed chwilą wyciągnięte z jakiegoś warsztatu szalonego mechanika, nad złożeniem których pracował zapewne przez długie miesiące.
A potem pośród tego chaosu pojawia się siedmiu mężczyzn, a muzyczne Nic staje się Czymś. I bez znaczenia, czy ktoś gra na tradycyjnych cymbałkach, rurach, czy dzwonkach od roweru - ekipa Małych Instrumentów nie dość, że potrafi wydobyć dźwięk ze wszystkiego, to jeszcze ułożyć to w harmonijną melodię. W "Elektrowni dźwięku" formacja łączy ze sobą elementy koncertu i spektaklu, tworząc coś, co najprościej można by określić mianem widowiska, pokazującego magiczny proces rodzenia się muzyki.
Widzimy zatem na scenie ostatnie momenty "Elektrowni dźwięku", która swoimi dźwiękami próbuje wyprodukować promienie świetlne. Melodie pojawiają się różne, artyści, czy też, mechanicy dźwięku wydobywają nuty ze skomplikowanych konstrukcji, wprawiają w ruch coraz to nowe twory, coraz to nowe trybiki scenicznej machinerii. Światło jednak słabnie i słabnie, dyrektor, pojawiający się czasem za zasłoną, jest niezadowolony, aż wreszcie światło gaśnie, a dźwiękowa machina milknie.
Historia ta została opowiedziana bardzo prostymi środkami - czasem pojawia się głos narratora z taśmy, czasem ukazuje się figura szefa za białą przesłoną, czasem siedmiu mechaników dźwięku zaczyna coś majstrować przy dźwiękofabryce, a opowieść układa się sama. Nie trzeba było nawet wielkiego aktorstwa, zresztą, główną rolę gra tutaj maszyneria, zaś ekipa Małych Instrumentów krząta się koło niej, wykorzystuje ją z wyrazem autentycznej troski o ginącą Elektrownię. Kreacja takiej rzeczywistości, zamiana sceny teatralnej w fabrykę nie była zadaniem łatwym, co nie ulega raczej wątpliwości. "Elektrowni dźwięku" postawiła bowiem przed jej twórcami wysokie wymagania - nie dość, że musieli stać się muzykami i aktorami, to jeszcze mechanikami, aby skonstruować swoje instrumentarium. W każdej jednak z tych ról poradzili sobie świetnie, wykazując się wielką wyobraźnią i zdolnością kreowania świata na scenie za pomocą tak różnorodnych bodźców. "Elektrowni dźwięku" staje się zatem baśniowym mikroświatem, ten zaś, kto do niej zajrzy, może przez chwilę poczuć się jak małe dziecko - zadziwione i zauroczone magią, która odsłania swoje kolejne tajemnice.
Sylwia Grygorowicz
Teatralia Częstochowa
8 października 2008
Teatr Krypta, Zamek Książąt Pomorskich w Szczecinie
Owen McCafferty
"Mojo Mickybo"
przekład: Małgorzata Semil
adaptacja: Wiktor Rubin, Grzegorz Falkowski, Paweł Niczewski
reżyseria: Wiktor Rubin
scenografia i kostiumy: Wanda Kowalska
obsada: Grzegorz Falkowski, Paweł Niczewski
premiera: 20.01.2006 r.
Małe Instrumenty
"Elektrownia dźwięku"
reżyseria: Małe Instrumenty
muzyka: Małe Instrumenty
obsada: Małe Instrumenty (Maciej Bączyk, Jędrzej Kuziela, Maciej Markowski, Tomasz Orszulak, Marcin Ożóg, Paweł Romańczuk)
VIII Międzynarodowy Przegląd Inicjatyw Teatralnych Białysztuk Diagonal w Białymstoku