Białysztuk, czyli teatralne oblicze Białegostoku
Kolejny, ósmy już Międzynarodowy Przegląd Inicjatyw Teatralnych Białysztuk Diagonal wystartował 24 września. W ciągu sześciu dni w Białymstoku zaprezentowały się teatry z całej Polski i nie tylko, nie zabrakło też dobrej muzyki i możliwości spotkania ze sztuką na ulicy.
Po raz pierwszy też w swojej historii Białysztuk odbył się w ramach większego projektu, o czym opowiada Dagmara Sowa, jedna z organizatorów przeglądu: "Nasze stowarzyszenie, Stowarzyszenie Promocji Artystycznej, które organizuje Białysztuk, dostało dotację z Unii Europejskiej. To jest projekt trzyletni, współdziałamy z teatrem niemieckim w Berlinie, w Lipsku, teatrem austriackim z Wiednia. Dlatego Diagonal - to jest wspólna nazwa jednego projektu, który odbywa się w trzech państwach, a taką główną ideą tej naszej działalności jest otwieranie granic, czyli prezentowanie spektakli, koncertów zza granicy, nie tylko z Zachodu, ale też ze Wschodu, rozszerzamy po prostu drogi. Grupy niemieckie, koproducenci niemieccy idą w tym jeszcze dalej, niż my, bo zapraszają na przykład grupy teatralne z Azji. Mam nadzieję, że również będziemy kiedyś mogli aż tak bardzo otworzyć granice i zaprosić grupy z Chin czy z Japonii."
Pierwszy raz Białysztuk został zorganizowany w 2005 roku, przez Stowarzyszenie Promocji Artystycznej, a konkretnie przez Dagmarę Sowę, Marcina Bartnikowskiego i Roberta Drobniucha. Za cel obrali sobie budzenie fascynacji i promowanie teatru, jak również umożliwienie białostockiej publiczności szerszego zapoznania się ze sztuką; tegoroczna zaś edycja przeglądu wpisuje się w te cele idealnie.
DZIEŃ PIERWSZY, DZIEŃ DRUGI - POLSKIE MIĘSO I NIEMIECKI THRILLER NA ULICACH BIAŁEGOSTOKU
Zaczęło się niewinnie - przez pierwsze dwa dni przeglądu białostoczanie mieli okazję zapoznawać się ze sztuką współczesną na ulicach swojego miasta. Z Niemiec przyjechał Marius Kob z etiudą Little Thrill, reklamowaną przez organizatorów jako najkrótszy thriller na świecie. W czarnym pudełku, przez różne szparki i otworki każdy mógł obejrzeć historię człowieka z walizką, stając się jedynym świadkiem wydarzeń, gdyż Little Thrill grano dla każdego oddzielnie. Po trzech minutach śledzenia człowieczka, animowanego przez Mariusa Koba, jego sekret zostawał odkryty, nikt zaś nie ma gwarancji, że zobaczył to samo, co poprzednia czy następna osoba.
DZIEŃ TRZECI - STUDENCI I POZORY KLASYKI
Trzeci dzień przeglądu pokazał, że określenie "twórczość studencka" nie musi wcale znaczyć gorsza czy mniej interesująca, a nawet wręcz przeciwnie; twórczość studencka może być niekiedy lepsza od działań uznanych mistrzów. A już na pewno - bardziej żywiołowa i zaskakująca, zmieniająca scenę teatralną w szalony tygiel wydarzeń. W ramach pokazów studenckich zaprezentowano Wyspy Ewy Woźniak i Orlando Agnieszki Baranowskiej, potem zaś Kompania Doomsday zagrała swoją najnowszą sztukę - Mewę.
GDYBY IKAR BYŁ KOBIETĄ, CZYLI WYSPY EWY WOŹNIAK
Ciężko jednoznacznie określić o czym są Wyspy, to jednak świadczy tylko na ich korzyść. Z jednej strony można je potraktować jako opowieść o ludzkich marzeniach, o dążeniu do samorealizacji, o zabawie własną tożsamością czy wspomnieniami, można ująć je szerzej, jako historię ludzkiego rodu, skazanego na wieczne poszukiwanie i pogoń za wiatrem, ale też można odczytać żartobliwie, a nawet - dopatrzyć się w niej feministycznych wątków.
Ewa Woźniak ukazuje nam różne obrazy - kobietę próbującą grać, malować, kobietę zamieniającą się w wampa, każde zaś wcielenie okazuje się porażką, w żadnym nie może zatrzymać się na dłużej, żadne jej nie pasuje. Kobieta jednak nie ustaje w poszukiwaniach - ma szafeczkę, z której po każdej nieudanej próbie wyłania się nowa inspiracja, nowe natchnienie. Obrazy się zmieniają, postać odkrywa coraz to nowe swoje oblicza, aż wreszcie natchniona po raz kolejny, po nieudanych próbach z pędzlem czy instrumentem, zabiera się za wielką rzecz - konstrukcję machiny latającej. I choć wygląda na szczęśliwą, kiedy wreszcie zasiada na siodełko swojego wehikułu, oczywistym jest, że kolejne oblicze znudzi się kobiecie szybko, że kołowrót twarzy będzie się kręcił dalej, a dużą fantazją będzie musiał wykazać się ten, kto zechce zgadnąć , gdzie on stanie.
Tym, co zawsze mnie zadziwia w spektaklach, granych przez jednego aktora, są możliwości kreacyjne teatru. Wyspy zaś pod tym względem nie są wyjątkiem. Ewa Woźniak kreuje wprawnie poszczególne obrazy, uciekając się do scenografii, złożonej z zaskakujących szpargałów, przedmiotów codziennego użytku, wykorzystywanych w niecodzienny sposób, czasem zaś wplata pantomimę z nagranym dźwiękiem. Efekt jest świetny - z taśmy dobiegają odgłosy różnych czynności, resztę zaś aktorka dopowiada ruchami swojego ciała, budując w metaforyczny sposób rzeczywistość spektaklu, spajając świat z różnych elementów, odwołując się też do wyobraźni widzów. Zdarzają się co prawda momenty, kiedy brakuje jej pewności siebie, kiedy pojawiają się niebezpieczne dłużyzny, nie są jednak one częste i nie psują ogólnego obrazu spektaklu.
KOBIETA ZMIENNĄ JEST - ORLANDO AGNIESZKI BARANOWSKIEJ
Agnieszka Baranowska przygotowała coś, co bez wahania można by nazwać studium miłości z dużą domieszką humoru. Ukazała różne jej warianty, różne miejsca w życiu ludzi, i jak najbardziej różne podejście do miłości kobiet i mężczyzn oraz wynikające z tego konflikty; czytelnie, przejrzysto, a na dodatek dowcipnie. Galerię postaci powołała do tego rozległą: mniej lub bardziej zblazowane paniusie, mniej lub bardziej zimne dranie, nie zabrakło też pantoflarza sprzed telewizora czy gadających głów, wygłaszających swoje zdanie. Całość generalnie zamknęła się w ciągu scenek, z których każda prezentowała jakiś związek, jakąś relację, a wszystko to zrobiła, mając do dyspozycji jednego aktora: siebie.
Przydatne tutaj okazały się maski, małe, niepozorne maski na twarz - za ich pomocą Agnieszka Baranowska kreowała partnerów dla swoich bohaterek, grając jednocześnie dwie postacie. Zadanie karkołomne, aktorka jednak wyszła z tego brawurowo. Każdej z ukazywanych par nie zbywało na realności, miłość, gniew, czy pożądanie iskrzyło równo, aż się zapominało, że niewierny pan, który dobiera się do służącej, to tylko maska i płaszcz, animowany ręką aktorki.
Animacja bowiem, ożywianie przedmiotu jest czymś, na czym Agnieszka Baranowska bazuje w Orlando najbardziej. Kolejny mocny punkt stanowił tekst, fabuła spektaklu i postacie, ukazane z dość dużym dystansem. Dużą rolę odegrała też sama osoba, czy raczej osobowość aktorki, która dyrygowała żywiołowo ta orkiestrą wcieleń, serwując brawurowo kolejne postacie, obdarzane przez nią pełnią życiowej energii. Ostatecznie obyło się bez słodzenia czy dramatyzowania, bez błądzenia po psychologicznych bezdrożach - w efekcie powstał trzeźwy, realny osąd miłości, zamknięty w formie pełnej ironii, ale też błyskającej niekiedy sentymentem.
TEATR Z DUSZY CZYLI KOMPANIA DOOMSDAY VS CZECHOW
Kompania Doomsday, odpowiedzialna częściowo za Białysztuk to grupa teatralna, która, delikatnie mówiąc, nie stroni od nietypowych rozwiązań w teatrze. Dlatego też nikt się raczej nie łudził, że Mewa Antoniego Czechowa, ich najnowsza premiera, zostanie pokazana w konwencjonalny sposób, z całym dobrodziejstwem peruk, sukni i XIX - wiecznych surdutów.
Zamiast tego otrzymaliśmy grupę ludzi przy stole. Ubrani jak na co dzień, dresy, dżinsy, usiłują zrobić teatr. To już wystarczy jako zarzewie problemu, każdy bowiem ma swoją wizję tego teatru, dochodzi zatem do niemalże krwawych sporów o nowe i stare formy w teatrze. Z tym zaś przeplata się historia Niny i Trigorina, nieszczęśliwa miłość Kostii, efektowne samobójstwo i równie efektowna matka w wykonaniu Pawła Chomczyka. Zamieszanie powstaje niepoślednie - pod koniec sztuki scena wygląda jak pobojowisko, zarzucona najróżniejszym gratami, od gumowych ryb począwszy, przez pedałki od roweru czy zajęcze uszy, na kwiatach i dzbanach skończywszy. Wszystko to służy kreacji świata Mewy - świata stojącego do góry nogami, gdzie aktorka monolog dramatyczny mówi z rogami łosia w dłoni, a łzy płyną nie z oczu, tylko z porcelanowej filiżaneczki.
Spektakl wydaje się powstawać na naszych oczach, złudzenie próby teatralnej jest idealne, a niektóre epizody wręcz mrożą krew w żyłach, sprawiając wrażenie niezaplanowanych wypadków przy pracy. Cała rzeczywistość Mewy budowana jest na symbolach, nikt się nie bawi w kostiumy czy scenografię, zaznaczając charakter postaci za pomocą jednego, dwóch atrybutów, szeroką ścieżkę za pomocą cukru, a krew - za pomocą czerwonej muliny. Trudno mówić o jakiejkolwiek drastyczności, choć krew płynie, nie sposób natomiast powstrzymać się od uśmiechu.
Jakie cele przyświecały przy realizacji? "Znaleźć swój sposób odczuwania i rozumienia Czechowa, to znaczy, jak ludzie młodzi, ludzie współcześni, czują Czechowa dzisiaj", mówi Dagmara Sowa. Przy realizacji Kompania osiągnęła nie 100, a 200% normy - Czechow został odmłodzony, ukazany w zupełnie nowy sposób, w czym też tkwi największy urok Mewy. Utwór jakby nie patrzeć historyczny, pokryty kurzem uznania odświeżono żywiołowością i energią - Czechow dziś staje się zatem punktem wyjścia, inspiracją do stworzenia czegoś zupełnie innego. Nie bez przyczyny rozważania na temat sztuki snuje się na podstawie Mewy, jest ona bowiem opowieścią o artystach, o niespełnionej aktorce Ninie, spełnionym pisarzu Trigorinie i niespełnionym - Kostii. Czechow nie sakralizuje procesu tworzenia, wręcz przeciwnie, zwraca uwagę na to, że o wiele częściej niż geniusz u podłoża sztuki leży stagnacja i znudzenie.
Połączywszy dziedzictwo literatury i potencjał młodych ludzi, otrzymujemy swoisty traktat o teatrze, gdzie tekst dramatu stanowi punkt wyjścia do rozważań na temat istoty teatru, zamknięty w kształcie szalonego kołowrotu wydarzeń, będący poszukiwaniem najsłuszniejszej formy wyrażania siebie na scenie. Kompania Doomsday nie pozostawia jednak tematu otwartym; gdzieś między zabawami symboliką a tradycyjną recytacją tekstu, pada stwierdzenie, że teatr jest z duszy, ja zaś byłabym skłonna uznać to stanowisko za najbliższe twórcom spektaklu. Można zatem mówić o swoistym happy endzie - istota teatru zostaje odkryta, i choć takie jej postrzeganie nie jest szalenie rewolucyjne, to jednak sposób jej odkrycia jest po prostu zachwycający.
Sylwia Grygorowicz
Teatralia Białystok
2 października 2008
Kompania Doomsday
Anton Czechow
"Mewa"
reżyseria: Hendrik Mannes
scenografia: Michael Vogel
muzyka: Charlotte Wilde
asystent reżysera: Heiko Klandt
obsada: Dagmara Sowa, Marcin Bartnikowski, Marcin Bikowski, Paweł Chomczyk
premiera: 06.05.2008 r., Stara Prochoffnia, Warszawa
VIII Międzynarodowy Przegląd Inicjatyw Teatralnych Białysztuk Diagonal