Ars bibendi
Osiemnastowieczna Polska obfitowała w rozrywki kulturalne. Działalność dramatyczna, zwłaszcza jezuity Franciszka Bohomolca, w dużej mierze cechowała się dydaktyzmem. Była to jedna z przyjemniejszych form nauczania ludzi obyczajów, zachowań, norm moralnych. Tym razem moralizatorstwo Bohomolcowe dotyczy pijaństwa - głównej przywary polskiej szlachty. Barbara Wysocka rezygnuje jednak z dydaktycznego aspektu, a rozszerza pole wizualne spektaklu. Jest on bardzo sceniczny, bogaty w rozwiązania teatralne.
Na scenie został wykreowany krajobraz polskiego blokowiska. Scenografia oddawała, niekoniecznie wiernie, ale wystarczająco dobitnie charakter wielkomiejskiej szarości. Szare, nagie ściany, odrapane z tynku, ukazujące surowość budynku. Na scenie panuje szara zima, smutek. To efekt braku przywiązywania wagi do formy estetycznych doznań. To zaniedbanie albo celowe porzucenie porządku na rzecz nieładu i prowizorki wydaje się nawiązywać do stanu świadomości bohaterów. Treścią ich życia jest alkohol. Skoro więc cały czas kręci im się w głowie, skoro poprzestawiały im się pryncypia, to przestrzeń wokół nich wyrażać będzie w pełni ich wnętrze. W tej dziwnej przestrzeni alkohol początkowo wcale nie rzuca się w oczy. Jest dobrze poukrywany. Za fotelem, telewizorem, w spodniach, a w rurze trzepaka osiedlowego tkwi kieliszek. Panuje pełna gotowość na nowe alkoholowe melanże.
Relacje między bohaterami w dużej mierze wyrażają podobieństwo między nimi. Do czasu, kiedy są trzeźwi, mogą pojawiać się między nimi pewne zwady i sprzeczki, ale swoistego "pogodzenia" dokonuje idea wzmocnienia więzi alkoholem. Przyjaźnie zakrapiane spirytusem mają jednak bardzo chwiejne podstawy. Mogą także doprowadzać do niechcianych przedsięwzięć, a należeć do nich będą: oddanie narzeczonej innemu w dniu ślubu, oddanie całego majątku przyszłemu, niechcianemu zięciowi. Brak kontroli nad sobą, nad nałogiem jest zgubny w skutkach dla bohaterów. To będzie jedyny przejaw dydaktyczności tego przedstawienia.
Zachwycającym momentem spektaklu jest fragment z obrotową sceną. Akcja dzieje się tuż po ślubie, na weselu, bez wątpienia - zakrapianym. Każdy w tym okręgu ma swoje określone miejsce w czasie i przestrzeni, zdefiniowaną funkcję i czynność. Nie wyklucza to interakcji między postaciami. Wręcz przeciwnie, odbijają się od siebie, poruszając nieustannie.
Aby dolać oliwy do ognia, to znaczy podeprzeć jeszcze wizerunek wielkomiejskiego blokowiska w spektaklu, spojrzeć należy na dwie postacie w prologu. Są to służący. Widać, że udziela im się nuda suchego, bezdusznego miasta bez żadnych uroków. Siedzą pod kontenerem na śmieci albo kreują różne figury z własnych ciał na trzepaku. Kontakt między nimi jest wymuszony. Odnoszą się do siebie od niechcenia, z nudą, z brakiem entuzjazmu. Zamknięci są w niedostępnych dla innych światach, na co wskazuje swobodne poruszanie się po scenie, wychodzenie, jakby to ich własna natura wzywała do robienia tego. Mogą robić, co chcą, przy jednoczesnym wzięciu pod uwagę swojej służebnej funkcji wobec dworzan. Tezę odrębnego świata potwierdza także brak poddania się nałogowi. Chociaż... w finale jedno z nich okaże się nie lepszym od swoich panów. Tylko służąca Magda nigdy nie tknie kieliszka. Podobnie jak pan Roztropski - szlachcic.
Roztropski - postać, której charakterystyka wyraża się już w samym imieniu. Skory jest z drugiej strony do gniewnych uniesień, co wizerunek jego sprowadzi do groteski. Jest "Ojcem Chrzestnym". Mówi mrukliwym basem, z lekką nonszalancją, wtrącając makaronizmy, tonem wszechwiedzącym. Góruje nad innymi swoim dystansem, pomysłowością, wyrachowaniem. Jednak jego postać nakreślona jest nie grubą linią, a składa się z kilku cząstkowych, kolorowych kresek. Jego strój na pierwszy rzut oka wydaje się być poważny - czarny kapelusz, czarna kamizelka - jednak przebłyskuje ze spodu biały podkoszulek z wizerunkiem kociaka, którego podobizna leży nieustannie na nogach bohatera. Jednym słowem - ma słabość do kociaków. Czyż nie jest to raczej żeńska domena? Jest przytwierdzony do wózka inwalidzkiego, co już nasuwa na myśl pewną niemożność, nieumiejętność, ułomność względem innych, swobodnie poruszających się postaci. Z drugiej jednak strony są chwile, kiedy pan Roztropski, unosi się gniewem, wstaje z wózka i chodząc po widowni oraz scenie, jak przysłowiowy kot z pęcherzem, przeklina i ciska pioruny na zakałę pijaństwa bohaterów. Jego inwalidztwo jest więc udawane. Skrywa i fałszuje swoje prawdziwe oblicze, podobnie jak żony, zdeklarowane pogromczynie pijaków, sączące pod nieuwagę mężów wódkę z gwinta, oraz jak służący, który sięga po wódkę, gdy wszyscy pójdą już spać po libacji. Wszędzie zakłamanie. O dziwo w tym wszystkim twarz zachowują główni bohaterowie, mężowie zakamuflowanych alkoholiczek. Oni przynajmniej niczego nie udają.
Ten dynamiczny spektakl młodej reżyserki jest godny polecenia. To sztuka bardzo energetyczna, barwna i zabawna. Nie jest wiernym odzwierciedleniem idei Bohomolca, ale też nie jest kompletną groteską. Całość uwieńczona została piosenką Zbigniewa Wodeckiego "Teatr uczy nas żyć", co można uznać za oddanie idei dydaktycznej funkcji oświeceniowego teatru. Piosenka ta zawiera jeszcze jedno przesłanie:
Teatr
Uczy nas żyć,
Życie nas uczy udawać.
Teatr
Wielka to sprawa -
Patrz, słuchaj,
Najlepiej - graj!
Aleksandra Pyrkosz
Teatralia Kraków
23 maja 2009
Stary Teatr w Krakowie
Franciszek Bohomolec
"Pijacy"
reżyseria: Barbara Wysocka
adaptacja: Barbara Wysocka
scenografia: Magdalena Musiał
opracowanie muzyczne: Barbara Wysocka
obsada:
Aldona Grochal, Lidia Duda, Ewa Kaim, Katarzyna Krzanowska, Małgorzata Zawadzka, Arkadiusz Brykalski, Bolesław Brzozowski, Juliusz Chrząstowski, Roman Gancarczyk, Marcin Kalisz, Błażej Peszek, Jerzy Święch, Krzysztof Zawadzki
premiera: 26 kwietnia 2009 r.