Mieć czy być?
Na przeciwległych końcach sceny stoją dwie osoby. Ona i On. Zwyczajni, tak zwani dojrzali, trzydziestoletni, ale jeszcze z całym pejzażem perspektyw przed sobą, z marzeniami w zasięgu wzroku, celami, które sobie postawili, wciąż w granicach ich możliwości. Kilka sekund, a może nawet kilka minut trwa cisza, zanim oboje skierują wzrok w stronę widza. Na siebie nie spojrzą ani razu. Nie zwodzą jednak dwie pary oczu utkwione w widownię, nie ma wątpliwości, iż kobieta i mężczyzna patrzą tylko i wyłącznie w siebie. Mimo to, toczą pomiędzy sobą bój na autonomiczne, choć przenikające się i zazębiające problemowo, tematycznie i uczuciowo monologi.
Jesteśmy bowiem świadkami dwóch współczesnych na wskroś, ale wywiedzionych z tego najsłynniejszego hamletowskiego, monologów. Pytanie "być, albo nie być", zostało tylko zastąpione przez bardziej odpowiadające naszej rzeczywistości, powołane do istnienia przez Ericha Fromma - "mieć czy być?". Pozostaje jeszcze rozstrzygnąć kwestię, czy "mieć" jest równoznaczne z "nie być", czy wręcz przeciwnie - odpowiadając na drugie pytanie "być", skazujemy się tym samym na "niebycie" w społeczeństwie zdeterminowanym przez pragnienie posiadania.
Przed tak zawikłanym problemem stają bohaterowie "Wyrzeczenia", wyreżyserowanego przez Jarosława Tochowicza. Ich dwugodzinne zwierzenia uwidaczniają, iż dokonanie wyboru "mieć czy być?" to dopiero pierwszy krok. Trudność polega na tym, że ideały prędzej czy później trzeba, najczęściej brutalnie, zderzyć z rzeczywistością. Niestety ani Jej ani Jemu nie udaje się dokonać tego bezkrwawo. Konieczne okaże się wyrzeczenie naznaczone gorzkim rozczarowaniem.
Akcja? To zdecydowanie zbyt dużo powiedziane. Spektakl jest bardziej kompilacją dwóch recytowanych rozmów (nie mylić z deklamacją!), prowadzonych w obu przypadkach przede wszystkim z własnym "ja". Cały sens zawiera się w lawinie wypowiadanych słów. Znaczenia nawarstwiają się tam, gdzie słowa nie mają już pokrycia. Problemy kiełkują w momencie, gdy to, co zostało wypowiedziane, należałoby poprzeć czynem. Bohaterowie chociaż mają do zagospodarowania dużą przestrzeń sceny, niemal się nie poruszają, ich działanie sceniczne ograniczone jest do ukrycia głowy pod krzesłem, układania wokół siebie kręgu ze zgniecionych kartek niedokończonej pracy doktorskiej, które zdają się zamykać Mężczyznę w tarczy zegara z rozpędzonymi do granic możliwości wskazówkami. Nie postawiono przed nimi "przeszkód" w postaci elementów scenografii. To konieczność wyboru zdaje się ograniczać i krępować im ruchy. Każdy z osobna stanowi klatkę dla samego siebie. Zamknięci są w niedostrzegalnych gołym okiem okowach, starannie budowanych z jednej strony z zobowiązań, nakazów, wyrzeczeń, a z drugiej tworzonych także przez marzenia, cele, pragnienia.
Ona? Dziewczynka z tak zwanej trudnej rodziny. Uciekająca w ramiona chłopaka przed alkoholizmem ojca. Studentka z dzieckiem. Żona i matka. Kochanka. Dojrzała kobieta wracająca na porzuconą w młodości japonistykę. On? Ukochany jedynak. Bystry i przenikliwy student filozofii. Chłopak, do którego ktoś już mówi "tato". Mąż i ojciec. Radiowiec, biznesmen, człowiek w garniturze na kolejnym etacie. Taki mniej więcej jest szkielet ich splatających się historii. Choć w gruncie rzeczy jest to dobrze znany schemat, stanowi on na szczęście jedynie podstawę spektaklu. Między kolejnymi etapami oraz zmieniającymi się relacjami, poprowadzone zostało studium załamania. Chociaż brakuje tutaj odrobiny subtelności, cytowani filozofowie szybko zostają zastąpieni przez filozofów spod budki z piwem, a ich koncepcje wyparte zostają przez wiązanki coraz to bardziej soczystych przekleństw, momentami ocierające się nawet o śmieszność, to na uwagę zasługuje niejednoznaczność postępowania dwójki protagonistów. Z różnych perspektyw mierzą się z tym samym problemem. Nie tylko nie potrafią sobie pomóc, nie chcą nawet dostrzec, iż to co ich de facto łączy, staje się przyczyną rozpadu ich małżeństwa.
Zwłaszcza On dostrzega ironię swojej sytuacji. Ma świadomość pułapki, w którą wpędza go konsumpcjonizm, ale nie jest w stanie się z niej wydostać. W efekcie końcowym oboje wyrzekają się samych siebie, a równocześnie siebie nawzajem. Z jednej strony gdzieś tam jeszcze tli się w nich bunt, lecz z drugiej zdają się powtarzać jak słowa przysięgi: Wyrzekacie się swoich ideałów? - Wyrzekamy się! Wyrzekacie się radości? - Wyrzekamy się! Wyrzekacie się marzeń? - Wyrzekamy się! Jednocześnie błądzą między ustawionymi w tyle sceny, wyciętymi z papieru, namalowanymi przedmiotami. Nie mogą znaleźć ukojenia w nieprawdziwym fotelu, nie są w stanie porozmawiać z telewizorem, ani zaspokoić głodu życia zawartością lodówki. Pozostają samotni i nienasyceni.
To co najsmutniejsze, a co jednocześnie budzi we mnie niezgodę, to zawarta w przedstawieniu próba udowodnienia, iż nie ma możliwości, aby zachować siebie i godziwie funkcjonować. Koniec końców wszyscy wyrzekają się. Druzgocząca jest ta diagnoza rzeczywistości, nurtuje mnie tylko, czy cokolwiek z niej wynika.
Kamila Bubrowiecka
Teatralia Kraków
17 lutego 2009
Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie
Jarosław Kamiński
"Wyrzeczenie"
reżyseria: Jarosław Tochowicz
scenografia: Magdalena Kazimierska
obsada: Edyta Torhan, Maciej Adamczyk / Teatr Porywacze Ciał
premiera: 8 stycznia 2009 r.