Pani z postmodernizmem w autobusie, czyli noworoczne rozważania parateatralne
Miałam raz przyjemność jechać autobusem linii 4. Przyjemność taka spotyka mnie średnio dwa razy na dzień i nie uważam jej za nic szczególnego - ten raz jednak był wyjątkowy.
W pewnym momencie bowiem, zaraz po przystanku leżącym nieopodal Białostockiego Teatru Lalek, dosiadła się do mnie Babcia z Wnuczką. Wnuczka wyglądała jak radosne, otwarte na świat dziecię, jakim też się okazała, konferując z Babcią i ze mną, Babcia zaś sprawiała wrażenie rezolutnej kobiety podlaskiej, która na każdy temat ma swoje zdanie, choćby dowiedziała się o tym parę minut temu.
Popatrzyłam na tę parkę bacznym okiem socjologa, po czym powróciłam do rozmowy z koleżanką. Nadstawiłyśmy jednak ucha obie, gdy usłyszałyśmy, o czym Babcia z Wnuczką rozmawiają - rozmawiały bowiem o spektaklu "Choroba jasna św. Mikołaja", co zaintrygowało nas obie jako studentki specjalności kulturoznawczych i wielbicielki teatru.
Niestety, ton pani był daleki od uwielbienia, a wnuczka jej dzielnie sekundowała. Oberwało się twórcom za pokazywanie golizny na scenie, za robienie z Mikołaja chorej łazęgi. "No, i po co, pani, po co dzieciom takie rzeczy pokazywać?" pytała pani, na poły mnie, na poły retorycznie, ja zaś kiwałam głową, czując, że próba odpowiedzi na to pytanie, choćby najbardziej rzetelnej, byłaby zupełnie nie na miejscu.
Dopiero później, w chwili refleksji, doszło do mnie, że sympatyczna babina poruszyła w gruncie rzeczy dość ważki temat. Coraz rzadziej bowiem możemy się spodziewać, widząc na przykład afisz "Czerwony Kapturek', opowieści o sympatycznej dziewuszce i jej perypetiach z wilkiem. Bardziej prawdopodobne jest, że w teatrze dla dzieci pojawi się oprócz Kapturka cała masa innych baśniowych postaci, Wilk nawróci się sam, a oberwie leśniczy, jako siewca przemocy i złego modelu rozwiązywania konfliktów. Zaś o modyfikacjach motywu Kapturka w teatrze dla dorosłych lepiej nie wspominać. Zjawisko to zatacza coraz szersze kręgi w teatrze - w efekcie, spektakl zaczyna być uznawany za nieudany, jeśli odtwarza wiernie tekst sztuki, nie dodając żadnych uwspółcześnień czy ciekawych modyfikacji. Motywy zaś znane w kulturze od wieków, zyskują zupełnie nowy kształt i nową twarz.
Przykłady można by mnożyć. Zaczęło się od Balladyny na motorze, później modyfikacje weszły do kina, zaś Alicja, według studentów białostockiej AT, nie trafiła już do krainy tylko do fabryki czarów. Rzadko kiedy zdarza się, że postacie, które w różnych opowieściach pełniły rolę dobrych, zachowują tę pozytywną twarz. Wręcz przeciwnie - największego zagrożenia możemy się spodziewać od pięknych księżniczek czy wróżek chrzestnych. Trend ten na szerszą skalę zapoczątkował Shrek, za nim zaś ruszyła cała lawina ślicznotek - degeneratek i brzydali o wielkim sercu. Mało jednak - wywracanie kanonów do góry nogami poszło dalej. Obserwujemy w literaturze, gdzie kanonami fantasy dowolnie żongluje Andrzej Sapkowski swoim "Wiedźminem", tworząc świat daleki od baśniowej klasyki Tolkiena, a kanony muzealnictwa zreformowało interaktywne Muzeum Powstania Warszawskiego. Czyli inaczej najwyraźniej równa się - lepiej.
Zjawisko owo możemy analizować na wielu płaszczyznach. Przede wszystkim dotyczy ono kultury, i to rozumianej w tym szerszym zakresie, jako zespół idei, opowieści, wytworów wspólnych szerszej grupie ludzi. Ową grupę stanowiłaby w tym wypadku ludność Europy na przestrzeni wieków - świat bowiem przez kulturę europejską właśnie został zdominowany, a procesu tego dokończyła ekspansja kultury amerykańskiej, jako opartej na europejskiej. Wytwory innych kultur zostają powoli ukazywane szerszemu kręgowi, wchodzą na europocentryczne salony i nikt nawet nie myśli ich zmieniać czy uwspółcześniać - w księgarniach pojawiają się wydania afrykańskich baśni, coraz więcej ludzi zaczyna się fascynować egzotycznymi kulturami, zaś kino made in Bollywood zyskuje na całym świecie rzesze fanów. To wszystko jest dla nas jeszcze nieznane, dlatego też przyjmujemy kulturę innych, skreślaną przez wieki jako zwyczaje, bo przecież nie kultura dzikich, bez zmian. Mity zaś i opowieści, które płyną w naszej krwi, domagają się według nas ewidentnej zmiany.
Takie uwspółcześnianie możemy uznać za nieodzowny efekt gwałtownego rozwoju, jaki dokonał się w XIX i XX wieku. Niektóre elementy zniknęły bezpowrotnie z kultury, ustępując miejsca efektom skoku rozwojowego. Nie znaczy to, że nagle wszyscy przestaną rozumieć, jak Dawid mógł się zamierzać na Goliata kamieniem, zamiast strzelić mu z bazooki - bardziej zrozumiała, przystępna i atrakcyjna będzie jednak ta druga wersja. Jakoś tak się bowiem dzieje, że owe zmodyfikowane historie cieszą się niebywałym wzięciem, wręcz czekamy na takie smaczki. Fakt ten zwraca uwagę, że może nie tylko rozwój odpowiedzialny jest za ciągoty do przemian kanonów - może po prostu kanony te w takiej formie, w jakiej istniały do tej pory, się znudziły?
Istnieje pewien termin, który może tłumaczyć, skąd takie procesy i co one pokazują, a zwie się on postmodernizm. Postmoderniści zakładają koniec historii, koniec człowieka, dezaktualizację systemów wartości, kanonów. Przez wydarzenia dwudziestego wieku człowiek już stanął na szczycie swoich dziejów, w międzyczasie tracąc wiarę we wszystkie fundamenty świata. Nie ma Boga, nie ma obiektywnych wartości, nie ma tradycji, nie ma mitów, został tylko pluralizm. Każdy może być filozofem, literatem czy malarzem, teatr zaś wychodzi spod władzy tekstu. Powoduje to swoiste przeniesienie ośrodka centralnego - o ile bowiem kiedyś o sztuce decydowali i wypowiadali się ci, którzy znali kanony, o tyle teraz, skoro tworzyć może każdy, każdy też może zabrać głos - głównym odbiorcą, a jednocześnie czynnikiem wpływającym na kształt sztuki, stały się nie elity, a masy. Zauważył to już Jose Ortega y Gasset w swoim "Buncie mas", a wizualizację jego idei obserwujemy dzisiaj, patrząc na powodzenie niektórych "artystów". Postmodernizm cechuje się też, co łatwo odgadnąć, nieskrępowanym łączeniem różnych elementów. Już nikt nie ma prawa podnieść głosu na widok Edypa, dajmy na to, w skórze i z irokezem, nikt mu nie zarzuci, że godzi w świętości - bo świętości już nie ma, a Artysta tak akurat widzi Edypa. I kto mu teraz zabroni?
Ironiczny wydźwięk ostatniego akapitu jest jak najbardziej zamierzony, postmodernizm bowiem to miecz z podwójnym ostrzem. Owszem, daje wielką swobodę, pozwala odświeżyć sztukę, uczynić z niej wyraz przekonań i wizji artysty, stawia jednocześnie jednak problem, do jakiej granicy możemy nazywać coś "sztuką". Kiedyś było to całkiem łatwe pytanie, każdy rodzaj dzieła bowiem miał ustalony kształt i zasady nim rządzące, a Mikołaj, jak już się pokazywał, był dziarskim czerwono odzianym staruszkiem.
Jaki z tych rozważań płynie wniosek? Dla babć i wnuczek płyną ciężkie czasy...
Sylwia Grygorowicz
Teatralia Białystok
2 lutego 2009