Katusznik na wdechu
"Ty chcesz oryginalnie nad sobą nie panować, ale ci się nie udaje" - takie słowa wstrzykuje wzdychającemu Werterowi Albert. W hektycznym amoku są jak ukłucie komara. Na okruch sekundy przywracają uwadze atak intruza, by sczeznąć w ogniu puchnącego ja. Ja, które choruje na to, że jest. Ja, które wdzięczy się do nie-bycia. Ja z dożywotnim wyrokiem od matki, po rozprawie samowolnej, po rozprawie okrutnej.
Jestem Werter. Na szyi mam obrożę pierwszego krzyku. Na czole krater po pierwszym pocałunku. Palce kaleczę pazurami drzewa. Wtedy mi lepiej. "Mówi, że wtedy mu lepiej" - to Wilhelm.
Śliska maź ludzkich spraw. Swędzi oddech. Myśl rozkłada myśl. Każde narodziny przydają światu rozterki. Za wszelkie okrucieństwo odpowiada miłość. Trująca gorączka, życia nadzienie jadowite. Mówicie o bólu? Jeszcze nic nie mówicie.
*
Scena niemal dotyka stóp widzów z pierwszego rzędu. Gruby trawiasty dywan, kilka foteli, toporna kanapa, fortepian. Perspektywę ciasno ścina cieniutka biel planszy, która nie dotrzyma finału opowieści.
Wilhelm milczy nad szachownicą klawiszy. Werter w startych galowych spodniach i wysłużonej kremowej koszuli jednym słowem przyzywa ciszę. Wychodzi. Powraca z zatrutą miną marudnego skazańca. Zaczyna się: nabiera powietrza i natychmiast je wypluwa. Żale przeciskają się z trudem, dręczy każda głoska. Już to samo, że ONI są. Nie rozumiecie. Niczego nie rozumiecie. Owszem, tłum. Każdy dostawia drabinę, macie to swoje sztuczne niebo. Praca, praca. Parada w klatce miejskiego zoo. A mi jest niedobrze. Bolą mnie oczy. Co tam wiecie. Ja wiem co myślicie: żem zdolny jąkała. To wszystko.
Wilhelm przygrywa z pobłażliwą ironią. Właściwie chodzi o kontredans. Lotta, którą wziąć nietrudno za Agatkę szkolnych elementarzy, pląsa po dywanie z tą sztubacką beztroską, która rozbraja wszystko. Strzela słówkami "dom", "rodzina", "ciepło", lepiąc z nich tasiemcowe tautologie, skrzydlate mądrości kuchennych piśmideł. Albert w popielatym, ciepłym jak papiloty sweterku obchodzi scenę ze swym jednoosobowym cyrkiem chwackiego innowatora o uśmiechu snoba. Mieszkańcy Walheim obsiadają fotele z cepeliową gracją, muśnięci ledwie nonszalancką kreską grają rolę groteskowej dekoracji w zapasach młodych.
Są to zapasy w znużeniu. Najpełniej wymawia to kadr z Albertem, Lottą i Werterem skulonymi na kanapie, ze wzrokiem potrójnie nieobecnym, przybitym gdzieś do nieobecnej plamy horyzontu. Partyjka o kobietę? Wszystko już było. Ale można, powiedzmy, kieszonkowy teatrzyk. Rozpakować pudełko warcabów, gablotkę z pistoletami. Wszak gdzieś napisali, że strzelam.
Wspomnieli też co o naturze matce? Przygotowałem się niezgorzej. Jestem po kursie ckliwego frazesu. W dłoniach mam główkę kapusty. W ustach pełno wody.
Reżyser ma planszę. Słońce, polana, na polanie dzieci brykające, w dali dwie wieże kominów.
Tak, Werter gra siebie bez przekonania. Przystawia lufę do własnej głowy, nerwowo huśta ślepym cynglem. Zabawa? Na nią za późno. Trochę zmęczenia. Huk. Plansza opada.
*
Odpływają dywan, fotele, kanapa. Odpływa fortepian, ale jako jedyny zaczepi nogą o muł sceny. Fabryczna wilgoć. Chłodna pustka. Gdzieś w kącie wysoki kompost kwiatów. W górze tłusty obłok jak z cukrowej waty.
Albert, Henryk, fabryka azbestu, skażone Walheim, plajta. Werter opakowany w kruczy garnitur. Wije się, stęka, opuszcza powieki pod maseczkę z gliny - niemą ironię Henryka. Mnożą się Lotty. Krzątanina bez celów i pytań. Chaos, który chce być nie do wytrzymania - i swego dopina.
Werter schyla się po broń. Huk: kula w fortepian.
*
Na koniec, bo to przecież powieść w listach: grządka kopert niewysłanych. Trzy Lotty w skąpej czerni łamią pieczęcie nie bez smutku i chichotu. Werter wypuszcza z ust "Wronę" Schuberta. W finale skrzydła rozdzierają gardło.
*
Zgadza się młodość, zgadza się imię. Cierpienie? Tytuł nie przypadkiem je przemilcza. "Historia Wertera zaczyna się wtedy, kiedy zmęczenie znowu każe odwrócić wzrok od świata. Kiedy wszystko wokół jest jedynie okrutne." 1 To okrucieństwo stępione, z przetrąconym karkiem. Powiedzieć dziś: Werter cierpi, to posiać litościwy chichot. Nie sposób już krzyczeć. Kilka pretensji mielonych w ustach, trochę szamotań w pogorzelisku spróchniałych znaczeń - to wszystko. Wszystkie naboje wzniosłego narcyzmu dawno wystrzelone. Werter wie o tym; bez pudła żongluje minami. Wadzi się z tanim sentymentem, by zaraz kornie oddać mu głos. To znowu piecze, więc trzeba się drapać: nerwowym kaszlem śmiechu, żołądkowym wrzaskiem, czkawką jęków i stękań. Kiedy robi się duszno, wciąga powietrze jak trutkę do żył.
*
A ty, Albercie, czy ty nad sobą panujesz? Przekonałeś nas, Werterze. Nie panujemy nad poczciwym uśmiechem. Żebyś nas choćby zalotnie ponudził. Nie umiałeś. Oddychać też nie umiałeś.
Zostaje postrzelać do fortepianu.
Adam Buszek
Teatralia Kraków
30 listopada 2009
1 http://www.stary-teatr.krakow.pl/spektakle.php5?co=sztuka&sztuka=132
Teatr Stary w Krakowie
"Werter"
według powieści Johana Wolfganga Goethego
"Cierpienia młodego Wertera"
adaptacja: Michał Borczuch i Łukasz Wojtysko
reżyseria: Michał Borczuch
dramaturgia: Łukasz Wojtysko
scenografia: Katarzyna Borkowska
muzyka: Daniel Pigoński
przygotowanie muzyczne: Olga Mysłowska
asystenci reżysera: Joanna Grochulska (wrd pwst),Tomasz Węgorzewski (wrd pwst)
obsada:
Werter: Krzysztof Zarzecki
Wilhelm: Roman Garncarczyk
Lota I: Marta Ojrzyńska
Lota II: Iwona Budner
Lota III: Małgorzata Zawadzka
Albert: Krzysztof Zawadzki
Pani M.: Ewa Kolasińska
Pan M.: Zygmunt Józefczak
Henryk: Bogdan Brzyski
Johan W.: Grzegorz Grabowski
premiera: 30 października 2009 r.