Teatr to nie tylko wiszące, stare ścierki
Czyli słów kilka o tym, co w teatrze, scenografii i "Disneylandzie" - najnowszej premierze Teatru Ludowego w Krakowie jest najważniejsze według scenografa Mirka Kaczmarka.
Teatralia / Kamila Bubrowiecka: W ekranizacji powieści Stanisława Dygata w reżyserii Janusza Morgensterna z 1967 r. tytuł został zmieniony na "Jowitę" - wydaje mi się, że taki zabieg znacząco zmienia perspektywę. Natomiast w spektaklu, tak jak w oryginale, pozostał "Disneyland". Czym on jest dla Pana?
Mirek Kaczmarek: Disneyland, kojarzony z fantastycznymi placami zabaw dla dzieci, w kontekście spektaklu nabiera dwuznacznej wymowy. Przeniesienie dziecięcej radości i zabawy na realia życiowe szóstki bohaterów jest dla mnie co najmniej perwersyjne. Oglądając przedstawienie kilkakrotnie, nie mogłem się pozbyć wrażenia, że relacje między postaciami łapią oddech "Festenu" Vinterberga - świeże, niewinne miłostki, zauroczenia zmieniają się z czasem w intrygi i patologie. Pod takim zresztą kątem montowałem materiał video, który finalizuje spektakl. Disneyland to dla mnie taka stara Minnie Mouse z obwisłym biustem i wyliniałą sierścią, zapita i zarzygana, zrozpaczona po nieudanym związku najpierw z Mickey Mouse, a potem z Donaldem, by ostatecznie obciągać Pluto.
Teatralia: Co było dla Pana najistotniejsze i czym się Pan kierował podczas projektowania scenografii do spektaklu "Disneyland"?
M. K.: Najistotniejsze było zmiksowanie przestrzeni barowej ze sportową. Myślę, że udało się to zrobić bezboleśnie - bieżnia płynnie przechodzi w bar, i na odwrót. Nawiązałem w estetyce do typowych knajp amerykańskich z ogromnymi lustrami na ścianach i okazało się, że przypomina to także estetykę polskich barów z okresu komunizmu. Przeskalowanie wielkości baru daje z kolei wrażenie nieludzkich proporcji i jest przytłaczające. Nie bez znaczenia było malarstwo Hoppera, który nie przestaje mnie intrygować.
Teatralia: Zbliża się premiera. To czas na ostatnie poprawki i ewentualne korekty. Gdyby teraz, na chwilę przed premierą miał Pan możliwość, aby zmienić coś w już istniejącej scenografii, to co by to było?
M. K.: Niczego bym nie zmienił.
Teatralia: Nie po raz pierwszy tworzy Pan spektakl razem z Jarosławem Tumidajskim. Wielokrotnie spotykał się Pan w teatrze także z Janem Klatą. Co sprawia, że współpracuje Pan właśnie z tymi reżyserami?
M. K.: Pracuję też z innymi. We współpracy istotny jest kierunek projektu, wspólne spotkanie się artystyczne gdzieś tam po drodze. Ważne jest, żeby mieć do siebie zaufanie i nie tłumić się wzajemnie, a wręcz przeciwnie - prowokować i nadawać działaniom coraz to nowych wybarwień. A przy okazji nie pozbawiać się zwykłej radości i wrażenia autorozwoju. (śmiech)
Teatralia: Swoją drogę artystyczną zaczynał Pan między innymi od video-artu, przygotowywał Pan indywidualne wystawy. Teraz realizuje się Pan głównie jako scenograf. W jaki sposób teatr zdołał Pana do siebie tak skutecznie przyciągnąć, czym Pana skusił?
M. K.: Pewnie dlatego, że teatr okazał się być na tyle absorbującym i urzekającym medium, że na inne projekty zwyczajnie nie mam już czasu. Zapewne wrócę do video-artu, bo to dla mnie wciąż istotny zwój w mózgu, ale nie mam pojęcia, kiedy to nastąpi. Teatr, jak się okazało, dał mi możliwość realizacji takiego myślenia, którego nauczyłem się bądź które zdefiniowałem, realizując lub uczestnicząc w różnych projektach performatywnych czy video. Stało się tak, ponieważ trafiłem na dobry moment w teatrze - uczestniczyłem w prawdziwej eksplozji teatru w Wałbrzychu - z tej eksplozji mamy dziś poniekąd i Klatę, i Kleczewską. Czasowo zbiegło się to też z popularnością młodych brutalistów, których "popełniałem" jako widz, dzięki czemu zobaczyłem, że teatr to nie tylko wiszące, stare ścierki.
Teatralia: W realizacji spektaklu najważniejszy wydaje się reżyser i aktorzy, a dopiero gdzieś później sytuują się wszyscy pozostali. Scenografia często stanowi tylko tło dla działań, które mają miejsce na scenie. Tymczasem Pańskie scenografie raz po raz wysuwają się na pierwszy plan, wyznaczając pole działań aktorów, a niejednokrotnie te działania wręcz prowokując. Jak to się Panu udaje?
M.K.: Nie wiem, jak mi się to udaje i czy w ogóle się nad tym zastanawiam. Najprawdopodobniej jest to ten typ myślenia, który wykształciłem, działając w sztukach wizualnych - o czym mówiłem wcześniej. Scenografia, będąca tylko tłem do działań, przestaje być przestrzenią, staje się jedynie dekoracją. Dlatego nigdy nie pozwoliłem, aby przed moim nazwiskiem pojawił się termin: dekoracje. To definiuje kompletnie inny rodzaj teatru - takiego, którego nie chcę robić i być może nie potrafię. Przestrzeń jest po to, by zdeklarować obszar poruszania się, nadawać nowe sensy, by operować skrótem. I mam nadzieję, że mi się to udaje.
Teatralia: Mam wrażenie, że nie tyle buduje Pan na scenie scenografię, co projektuje scenografię, w której scena jest jedynie jednym z jej elementów. Nasuwa mi się określenie "architektura teatralna"...
M.K.: Hmm..., to ładny termin, nawet za ładny i kusząco zwodniczy (śmiech)... Lubię myśleć globalnie, niekoniecznie będąc udupionym sztywnym podziałem na scenę i widownię.
Teatralia: Ostatnio jest Pan obsypywany nagrodami. W Zabrzu doceniona została scenografia do "Szajby", w Toruniu na festiwalu Kontakt i w Krakowie podczas Boskiej Komedii wyróżniono scenografię "Sprawy Dantona" - to tylko kilka z ostatnich nagród. Pańska praca spotyka się z dużym uznaniem. A czy zdarzyło się, że któryś z Pana pomysłów został odrzucony przez kogoś z powodów technicznych bądź estetycznych w trakcie lub na samym początku realizacji?
M.K.: Na szczęście nie. Na samym początku mojej drogi teatralnej usłyszałem, że "tego projektu się nie da zrobić", co zresztą wydało mi się dość absurdalne i nieprawdziwe. Okazało się jednak, że było to możliwe i zrealizowaliśmy projekt w stu procentach. Najczęściej problemem są niestety pieniądze, a kretyński sposób finansowania kultury w tej sytuacji nie pomaga. Ale wtedy szuka się innych rozwiązań, które nie zakłócają idei - nie mogę tego nazwać nawet kompromisem, to po prostu działanie wliczone w charakter pracy scenografa. Takie są realia techniczne, te estetyczne są natomiast niepodważalne. Jakoś nie umiem sobie wyobrazić sytuacji, że ktoś, znając mój sposób myślenia oraz moją estetykę, zaprasza mnie do współpracy i oczekuje czerni zamiast bieli. To byłby błąd na poziomie wstępnego myślenia o realizacji.
Teatralia: Mam wrażenie, że Pańskie pomysły, na przykład budowa szklarni w "Szajbie", jeszcze zanim zostaną zrealizowane, muszą wydawać się czasem odrobinę szalone. Pomysłowość w tak intensywnym wydaniu może zarówno przyciągać, jak i odstraszać. W jakich sytuacjach decyduje się Pan na kompromisy? Czy istnieje potencjalny kompromis wymagający takiego ustępstwa, na które by się Pan nie zgodził?
M.K.: Bronię się jak mogę przed terminem: pomysłowość. Jestem wystarczająco pomysłowy, żeby przygotować trzydzieści wersji scenografii do jednego tekstu, ale to kompletnie nie o to chodzi. Generalnie nie lubię, jak ktoś ma pomysł, i dotyczy to zarówno reżyserów, scenografów, aktorów, jak i ludzi z pomysłem na życie. Szklarnia pojawiła się, bo po pierwsze uznałem ją za jeden z ważniejszych elementów kujawskiego i polskiego wiejskiego pejzażu. Po drugie tak mocne ograniczenie przestrzeni w sensie dosłownym, ale też w tym znaczeniowym pozwoliło nam nie kolorować historii, a w końcu obsadzenie szklarni rzepakiem doprowadziło nas do poziomu absurdu, co było zresztą zgodne z literą - skądinąd świetnego - tekstu. Bo kto sadzi rzepak w szklarni? Chyba tylko rolnik-kokainista.
Teatralia: Załóżmy, że podstawą do realizacji spektaklu nie jest ani tekst, ani autorski pomysł reżysera, tylko przestrzeń lub scenografia, której Pan ma być autorem. W jakim miejscu, przestrzeni, scenografii widziałby Pan taki spektakl i czego mógłby on dotyczyć?
M.K.: W darkroomie. Niczego nie widać, nikogo nie widać, tylko czuć i słychać.
Rozmawiała Kamila Bubrowiecka
Teatralia Kraków
28 listopada 2009