Krzyki i szepty
Zero Budget Festival to dobra okazja dla skąpców, żeby zaprzyjaźnić się ze sztuką teatru. Spektakle wystawiane w ramach przeglądu były nie tylko tematycznie interesujące, ale też bardzo zróżnicowane, więc nawet najbardziej wymagający widz mógł znaleźć coś dla siebie. 12 listopada w Instytucie Grotowskiego grupa młodych ludzi, pod postacią Teatru Krzyk, przedstawiła "Głosy" - teatralny manifest wobec obecnego kryzysu światopoglądowego, politycznego i społecznego w naszej pięknej ojczyźnie.
Ano właśnie - nie taka ona piękna. Piątka młodych ludzi na scenie z mistrzowską ironią wychwala pod niebiosa polskich polityków, polski ustrój, polską społeczność - i zapowiada odśpiewanie hymnu ku czci wspomnianej ojczyzny. Widzowie czekają z niecierpliwością na hymn, zachęceni przez aktorów do wspólnego śpiewania ("włączajcie się, na pewno znacie słowa!"), po czym słyszą z ich ust nie lada wiązankę. Przekleństw, rzecz jasna, bukietu róż w podzięce dla kraju - nie było.
Hałas, agresja, gniew i niesmak spowodowane otaczającym światem, wypływają z ust aktorów bez najmniejszego skrępowania. Uwalniają swoją frustrację, a ja mam w tym momencie nieodparte wrażenie, że nie można było lepiej tego ująć.
Społeczeństwo zostaje wyśmiane, demokracja też, politycy posłani do diabła, młodzi ludzie na scenie pozostają rozgoryczeni, źli, zniesmaczeni. Czują się przegrani już na starcie, świat nie przyjął ich z otwartymi ramionami, nikt nie pokierował ich ku dobrej drodze. Pytają "skąd miałem wziąć ten system wartości?".
Odpowiedzi nie ma. Aktorzy wychodzą kolejno przed szereg i ze środka sceny posyłają do publiczności komunikat o swoim wielkim, niezawinionym cierpieniu. Pozostali, siedzący z tyłu na krzesłach, głośno skandują, krzyczą i tupią nogami. Zachowują się jak widzowie przed telewizorami czekający na filmy - są niezaspokojoną, głodną przemocy hołotą, "lubią patrzeć, jak ktoś zwija się z bólu".
Rówieśnicy są zepsuci do szpiku kości, politycy zakłamani i interesowni, rodzice zapomnieli o obowiązku odpowiedzialności. Do domu młodego chłopaka każdej nocy wraca jego pijany ojciec, by zgwałcić swoją żonę. Dziewczyna opowiada o nieodwzajemnionej miłości, przytula się do szmacianej lalki i rozpaczliwie zakrywa uszy, gdy głosy zza jej pleców zbliżają się do niej, szepcąc: "jesteś sama". Zbolała, zmęczona płaczem, porusza się przestraszona w kierunku widzów. Wyciąga rękę w stronę publiczności, z nadzieją, że tym razem będzie mogła liczyć na pomoc. I oto potwierdza się smutna teza postawiona na szali całego spektaklu - świat jest zepsuty i nie można liczyć na nikogo. Dziewczyna stoi bardzo długo wpatrzona w widzów, ale nikt nie sięga po jej dłoń.
Kolejna historia zaczyna się od wesołej zabawy w berka pary dwojga zakochanych. Gra nagle przeradza się w stosunek seksualny, potem w radosny taniec i obietnice wiecznej miłości, by wreszcie stać się dramatyczną sceną przemocy. Chłopak uderza swoją dziewczyną o podłogę, policzkuje ją i sponiewiera, z tyłu sceny rozlegają się głosy aprobujące każde jego kolejne uderzenie.
Na scenie zapada ciemność, twarze aktorów oświetlają delikatne płomienie świec. Kolejna spowiedź. "Nie umiem żyć", "nie wiem, co to miłość", "nie wiem, kim jestem". No dobrze. To naprawdę przykre, tyle że nie do zniesienia, bo przewidywalne i melodramatyczne.
Nie ma sposobu, by się przedrzeć przez zbudowany przez ludzi twardy mur. Wszystkie apele odbijają się od społeczeństwa jak od dźwiękoszczelnej szyby. Co bardziej wrażliwi pozostają przegrani i muszą się usunąć z pola działania zepsutych jednostek. Nie ma współczucia, nie ma miłości, nie ma nadziei. Nastoletni nie mają szans, by obronić się przed agresją, bo świat nią zaatakował - spotykają się z nią w domu, na ulicy, w szkole. A przemoc rodzi przemoc, więc trudno będzie im odkleić się od toku rozumowania, który im serwowano od urodzenia. Końcowa scena to parafraza niedawnych wydarzeń w toruńskim liceum, gdzie uczniowie dopuścili się przemocy na nauczycielu. Tutaj - na krześle. I tyle, nic więcej, scena znów przewidywalna i nasuwająca te same wnioski.
Ten spektakl miał być narzędziem walki, manifestacją i sposobnością do wykrzyczenia światu prosto w twarz, jak bardzo jest ułomny. Brzmi wielce górnolotnie, a przez co chyba trochę nazbyt patetycznie. I tak było w istocie. Plus za podjęcie ważnego tematu, ale minus za pretensjonalne i emfatyczne monologi. Komunikat był zbyt wyraźny, przekaz, który miał wynikać z przedstawienia, został podany na tacy i nie zostawiono widzom żadnego miejsca na domysły, rozwiązanie zagadki, własną interpretację. Pierwsze dwadzieścia minut mogło zaskoczyć, tyle że później aktorzy grali już według zaprezentowanego na początku scenariusza.
Nie dyskredytuję "Krzyku" za to przedstawienie. Jako młody teatr poszukujący poradzili sobie dość dobrze, było w tym nieco oryginalności i świeżych pomysłów. Tyle że ich wizja zepsutego świata pojawiała się już tysiące razy, zarówno na deskach teatrów, jak i w pamiętnikach biednych i nieszczęśliwych gimnazjalistek, których nikt nie kocha i świat nie rozumie.
Karolina Obszyńska
Teatralia Wrocław
19 listopada 2009
Teatr Krzyk
"Głosy"
reżyseria, scenariusz: Marek Kościółek
obsada: Anna Giniewska, Małgorzata Dorenda, Marcin Pławski, Hubert Biczkowski, Bartłomiej Ciosek
światło: Andrzej Szwaczyk
premiera: 18 marca 2004 r.
Zero Budget Festiwal, Wrocław 29 października - 12 listopada 2009 r.