"Nie (zawsze) trzeba za wszelką cenę rozumieć..."
Krystian Lupa. Wznawiany tytuł sprzed dobrych kilku lat. Odważna wizja. Tylko czego? Czy to sen był? Nocny majak? W spektaklu zdecydowanie dominowała wielość scen skąpanych w ciszy, nad którymi tylko unosiły się słowa, słowa, słowa... Pytanie tylko: gdzie miejsce na emocje? Na ile można pozwolić sobie w obecności kogoś? - podobne zapytanie pada ze sceny. "W ciemności dusza jest jak w próżni" - szepnie cicho Weronika, rodząc tym samym wątpliwość: co nazywa ciemnością - życie?
Przed spektaklem nie czytałam żadnych materiałów na jego temat. Uznałam, że uzyskam wówczas czysty i niczym niesugerujący się ogląd. Otwarta, skupiona i głodna wrażeń - spodziewałam się niemałych artystycznych przeżyć, czekając na estetyczne doznania (wszakże spektakl reżyserował wirtuoz sceny - Krystian Lupa). Przyznam, że sztuka ta do najłatwiejszych nie należy - nie jest lekka i przejrzysta - potrzeba niemałego skupienia ze strony widza, by udało się w umyśle rozszyfrować to, co widzą oczy. Był w tym spektaklu nastrój niezwykłości, a przynajmniej próba zbudowania go. Składały się na niego dźwięki z off'u i scenografia. Momentami pozytywnie zaskakiwała gra Ewy Skibińskiej (tytułowa Weronika) - parę scen na granicy obłąkania; szacunek należy się również za tę sceniczną nagość. Przekonała mnie także charakterystyczna rola Krzesisławy Dubielówny (w roli ciotki) - dynamiczna, staroświecka i nieprzerysowana, o co tak łatwo dzisiaj w teatrze. Sam plakat jest erotyczny - zdecydowanie dominuje na nim ognista czerwień. Przedstawia popiersie Weroniki - być może w euforii, czy zamyśloną - wsłuchaną w siebie lub też w stanie otumanienia rozkoszą.
"Nie da się opowiedzieć zapachu"
Pierwsza scena, kiedy po chwili ciemności oczom ukazuje się nagi bohater (Johannes), mówiący do i o Bogu, jest poniekąd elementem zaskoczenia. Udanym. Mężczyzna, jak go Pan Bóg stworzył, wydaje się jedynie fizycznie obecny na scenie. Jego myśli unoszą się dużo wyżej, szybując pod kopułą umysłu. Zupełnie jakby pokonywał barierę metafizyki. Próbując ponazywać myśli i emocje, kierunek bez kierunku, gest bez gestu, usilnie stara się zamknąć je w słowa. A przecież nie jest istotą czegoś - nazwanie tego. Szeroko rozpostarte ramiona mężczyzny wyrażają szczerość i oddanie, wiarę w wypowiadane słowa. Obligują do uważnego słuchania - półszeptem wypowiedziane kwestie zdają się być niemal jak spowiedź. Sztuka skąpana w łagodnej nagości Weroniki nie razi, nie szokuje, nie przeszkadza. Wydaje się tak bardzo naturalna - to ubrania zdają się czymś nieprzystającym, czy wręcz nieprzyzwoitym. Dodatkowo wizualny kontrast budzi sama postać kobiety i jej najbliższe otoczenie. Wnętrze rodzinnego domu sprawia wrażenie bezpiecznej przystani, choć niekoniecznie oazy spokoju - choćby przez wzgląd na wścibską i znerwicowaną ciotkę. Choć nie ma wyraźnie ustalonych granic domu, Weronika jest w nim czysta, niemal niewinna - mimo że naga. Zupełnie inne odczucia budzi teren, jakby się zdawało wokół domu - jest dziwnie niepokojący i brudny - niczym grzechy, na jakie w swym życiu "pozwala sobie" człowiek. Środowisko to może stanowić metaforę ludzkiego życia - tu Weroniki, której dusza obrośnięta zielenią, pokryta miękką trawą i skąpana w słońcu, jednocześnie skrywa mroczne sekrety, grzechy. Wymowna staje się w tym kontekście góra przed domem - pełna nieczystości i nikomu niepotrzebnych odpadów. Dziwna to opowieść... Choć po wyjściu z Wytwórni Filmów Fabularnych (gdzie grany jest spektakl) na pytanie: o czym była sztuka? pewnie nie złożyłabym dwóch zdań, w chwilę później składa się to we w miarę spójną całość. Zarówno muzyka, jak i dźwięki z off'u nastrajały. Wszystko uzupełniał obraz z telebimu, aczkolwiek jednocześnie nijak nie pasował do fabuły - jeśliby zakładać ów "ascetyzm środków i formy". Spektakl nazwałabym onirycznym - dziejący się ani nie do końca na jawie, ani niebędący całkowicie senną jawą, czy wyobrażeniem. Gra aktorska była momentami nierówna. Nijaka postać, wykreowana przez Mariusza Kiljana (Demeter), dawała możliwości. Bowiem sam bohater zdawał się ni to przywidzeniem, ni nocnym omamem - niczym zjawa albo fantazja chimerycznej Weroniki. Sprawiająca wrażenie obłąkanej, tytułowa bohaterka w kolejnej chwili wydaje się być eteryczną mgiełką. "Umarli i dzieci nie mają dusz" powie Weronika balansująca gdzieś dokładnie pomiędzy nimi.
"Kuszenie zbyt ciche, by usłyszeć"
Próbując odpowiedzieć na pytanie: czym było tytułowe kuszenie, do tej pory odpowiedzi nie znalazłam, ale podobno, kto szuka... Pierwszym skojarzeniem było kuszenie Chrystusa, lecz - jak się okazało - nietrafionym. Brnęłam więc dalej: Weronika kuszona życiem? łagodnym odejściem w śmierć? ucieczką z ukochanym od stetryczałej ciotki - dewotki? a może kuszona przez zło tkwiące w każdym? Jak się okazało, owo tytułowe kuszenie miało się przełożyć na niezwykły fizyczny pociąg Weroniki do zamieszkującego z nią Demetra - mężczyzny-chama. Ponadto była kuszona przez platonicznie bliskiego jej Johannesa do ucieczki z domu, w którym nawet przy stole zasiadali na wpół martwi ludzie, od lat opowiadający te same historie, dzieląc z sobą te same zdania, spojrzenia i ciszę. Dla bohaterki ten przytłaczający swym ogromem dom jest jednocześnie oazą bezpieczeństwa. Wielka jadalnia, a w niej stół - niczym ołtarz, pamiętający tych, którzy przy nim siadali i już odeszli. Modlitwy codziennego obiadu... Tuż obok stołu rozsypana sterta ziarna, w którą notorycznie ktoś wdeptuje - jak pamięcią w niechciane wspomnienie. Weronika często przypomina sobie, co wypominała jej ciotka na każdym niemal kroku: "Nigdy nie kochałaś, zawsze tylko czekałaś." "(...) Gęste od znaczeń, nasycone erotyzmem, niemal oniryczne przedstawienie" - można przeczytać o spektaklu na stronie Teatru Polskiego. Ja jednak nie wyczułam żadnego - tym bardziej wyrafinowanego i ociekającego fizycznym pożądaniem - napięcia między Weroniką a Demetrem. Johannes z zachowania przypominał bardziej kastrata niż zakochanego. Sam reżyser nazywa ten spektakl "niespokojną i bezczelną próbą nieliterackiego potraktowania literatury klasycznej". Przedstawienie to wyreżyserował 12 lat temu, zostało wznowione ze względu na przyznanie reżyserowi Europejskiej Nagrody Teatralnej.
"Kuszenie..." to historia opowiadająca między innymi o głęboko tłumionych pragnieniach, jak i o fantazjach wypowiadanych na głos, acz szeptem. Dotyka również tematu doskwierającej samotności. Nie sposób z nią walczyć, da się ją jedynie "oswoić". "Dwie osoby przeciwnej płci w pustej przestrzeni - nawet jeśli nie robią nic szczególnego - odgrywają scenę miłosną. Mężczyzna i kobieta pasują do siebie jak w matematycznej układance, choć ten sam powód, który wywołuje miłość, może doprowadzić do nienawiści. Choć Weronika i Johannes wciąż się ze sobą rozmijają - paradoksalnie w tej niemożliwości spotkania jest jakieś spełnienie." - tak reklamowana jest sztuka. Szkoda tylko, że o tym wszystkim można jedynie poczytać.
Katarzyna Czechowska
Teatralia Wrocław
3 listopada 2009
Teatr Polski we Wrocławiu
"Kuszenie cichej Weroniki"
według opowiadania Roberta Musila "Die Versuchung der stillen Veronika"
przekład: Zofia Rybicka
scenariusz i reżyseria: Krystian Lupa
scenografia: Krystian Lupa
muzyka: Jacek Ostaszewski
obsada: Krzesisława Dubielówna (Ciotka), Mariusz Kiljan (Demeter), Adam Szczyszczaj (Johannes), Ewa Skibińska (Weronika)
premiera: 17 maja 1997, wznowienie: 29 czerwca 2009 r.