Gwiazdy tańczą... w Teatrze Wybrzeże
Jako recenzentce przypadło mi zaszczytne, ale bardzo niewygodne miejsce w pierwszym rzędzie. Jak się jednak później okazało, nie było takie złe. Miałam świetny widok na scenę i z bardzo bliska mogłam wszystko dokładnie obserwować. A było na co popatrzeć.
Od pierwszych chwil uwagę przyciągały ustawione na scenie żółte kalosze, worek na śmieci i pogięta wykładzina. Nie czekały jednak do ostatniego aktu, żeby wystrzelić, jak ma to w zwyczaju strzelba, lecz zostały wykorzystane od razu.
W tańcu straszne a zarazem piękne jest to, że ruch trudno zinterpretować. Pozwala to jednak na pewną dowolność, swobodę rozumienia i odczuwania tego, co widzimy. Problemem jest jednak opisanie takiego przedstawienia. Ponoć jednak film, który da się opowiedzieć, jest zły. Myślę, że w przypadku spektaklu jest podobnie.
Rozumieć to przedstawienie można bardzo różnie. Jednak znalazł się czynnik, który można interpretować tylko w jeden sposób. To energia bijąca od tancerzy, wyrażająca tytułowe "carpe diem" ("chwytaj dzień"), dzięki czemu widowisko świetnie wpisuje się w hasło festiwalu Wybrzeże Sztuki: "Forever Young". Młodzi (w większości), piękni (kwestia gustu) aktorzy przenieśli widzów w inny wymiar, gdzie bez słów, więc dogłębniej, można wyrazić swoje myśli.
W żółtych kaloszach na nogach i z czarnym workiem, w pierwszej scenie, przechadza się kobieta, którą można uznać za główną bohaterkę. Wypowiada przy tym pojedyncze słowa niewiążące się w zdanie, ale tworzące jedną grupę ze względu na to, że są nazwami zdobyczy techniki XXI wieku. Dowiadujemy się tego pod koniec tego krótkiego monologu. Te wyrazy: komory, karaoke, zasilacze, odtwarzacze, konsole, druty, roboty, modemy, telefony, depilatory, wibratory, masturbatory, ejakulatory, dojarki, miniaturowe systemy ziemia-niebo-ziemia, wypowiadane w sposób jakby ktoś dyktował listę zakupów, na początku wprawiają w osłupienie i intrygują zestawieniem w jednym ciągu. Aktorka ani intonacją, ani mimiką nie przejawia żadnych emocji. Dopiero później, gdy z worka wysypuje ziemię i usypuje kopczyk, woła Pawła (swojego partnera) z przerażeniem w głosie. Zaczyna się swego rodzaju seans, pewne odzwierciedlenie jej uczuć, a także jakiś schemat życia. Najpierw dwie tancerki rozwijają się z wykładziny i zaczynają tańczyć, początkowo do siebie, potem zaczepiają bohatera, jakby próbowały go omotać. Po chwili walą w ścianę - żelazną kurtynę, czemu z niepokojem przygląda się siedzącą nad kopczykiem, z boku sceny, główna bohaterka. Kurtyna unosi się i naszym oczom ukazują się kolejne osoby zawinięte w wykładziny. A z tyłu po obu bokach dwaj mężczyźni siedzący za perkusjami, otoczeni również innymi instrumentami muzycznymi, przede wszystkim drewnianymi.
Tancerze uwalniają się z kokonów. Co chwilę pojawiają się nowi. Podnoszą się z podłogi, wychodzą zza kulis. Ich ruch w każdy momencie jest bardzo intensywny, zróżnicowany ze względu na muzykę i aktora. Z materiałów na temat przedstawienia można dowiedzieć się, że powstał on "z inspiracji wszystkich jego twórców i wykonawców. O jego ostatecznym kształcie decydował proces, który jest syntezą poszukiwań, a nie modelem realizacji odrębnych zadań". Widać to w trakcie spektaklu. Tancerze nie są podporządkowani sztywnemu schematowi, swobodnie bawią się formą, w wolny sposób wyrażają emocje. Czerpiąc z przeszłości, tworzą również przyszłość, ale najbardziej skupiają się na danym momencie. Ich ruch nie jest niczym ograniczony. Nie wstydzą się swoich ciał. Wykonują rozmaite akrobacje. Czasem akcja rozgrywa się na kilku planach jednocześnie, tak, że nie wiadomo, na którym skupić uwagę. Przenikają się one, ale tworzą też osobne układy. Solówki zachwycają różnorodnością i zupełnie odmiennym przekazem, dbałością o szczegóły. Tańce grupowe, zazwyczaj nacechowane szybkością przemieszczania się tancerzy, zadziwiają precyzją i brakiem kolizji, co przy takim tempie nie byłoby czymś niezrozumiałym. Czasem ruch wzbogacony został o okrzyki aktorów, przede wszystkim monosylaby albo nieodgadnione wyrazy. Jedyne dające się zrozumieć komunikaty wypowiadała główna bohaterka, choć czasem muzyka zagłuszała jej słowa.
Ciekawym sposobem na zwrócenie uwagi widza na najważniejszy element, spośród przedstawionych, okazały się małe latareczki przyczepione do palca, na wewnętrznej stronie dłoni. Przy przygaszonym świetle można było dzięki nim zaobserwować taniec rąk. Czasem nakierowywały na najważniejszą postać albo konkretne fragmenty jej ciała. Pomocne było światło i muzyka, które tworzyły tylko tło, ale harmonijnie łączyły całość.
Największym atutem i wartością widowiska była grupa aktorów. Zespół, który stworzył ujmującą emocjonalnie historię ludzi, którzy podążają za rzeczami materialnymi, zapominając o tym, co ważne. Chociaż to tylko jedna z interpretacji...
Gdy minęła burza oklasków, zrozumiałam, co miała na myśli starsza pani, która w kolejce do kasy mówiła do koleżanki: "Jak nie będzie biletów to trudno. Na Wycichowskiej to ja mogę na podłodze siedzieć."
Dominika Skwiercz
Teatralia Trójmiasto
20 lipca 2009
Polski Teatr Tańca w Poznaniu
"Carpe diem"
choreografia i idea: Ewa Wycichowska
scenografia: Bohdan Cieślak
kostiumy: Ewa Łowżył
muzyka: Zbigniew Górny, Marcin Górny
asystenci choreografa: Anna Gruszka, Andrzej Adamczak
obsada: Andrzej Adamczak, Katarzyna Kowalska, Karolina Kraczkowska, Kacper Lipiński, Anna Marek, Paweł Malicki, Paweł Matyasik, Iwona Pasińska, Bartłomiej Raźnikiewicz, Adrian Rzetelski, Ewa Sobiak, Karina Adamczak-Kasprzak, Daniel Stryjecki, Paulina Wycichowska, Agata Ambrozińska-Rachuta, Agnieszka Błacha, Piotr Chudzicki, Adriana Cygankiewicz, Monika Gałęska, Anna Gruszka, Yuta Hamaguchi
II Festiwal Wybrzeże Sztuki "Forever Young".