"Igrok" jest ryzykowną grą
Dlaczego chodzenie do teatru przypomina ruletkę? W ciągu kilkudziesięciu minut możemy zyskać niemałą porcję samowiedzy. Albo dobić umykający nam czas.
Złośliwi twierdzą, że Fiodor Dostojewski napisał "Gracza" tylko po to, aby zarobić pieniądze. Niewielka objętość utworu, nieskomplikowana fabuła sprawiają, że wspomniany utwór niewiele łączy z polifonicznymi arcydziełami rosyjskiego pisarza. Nie oznacza to jednak, że "okrutny talent" we wskazanym dziele nie błyszczy, chociaż niejeden miłośnik literatury stwierdzi, że nie jest to jeszcze diament ostatecznie oszlifowany. "Graczowi" zdecydowanie bliżej do "Notatek z podziemia" (na swój sposób genialnych, lecz nieudanych) niż do "Braci Karamazow".
Tematem powieści są dwie namiętności młodego nauczyciela Aleksieja Iwanowicza: nieszczęśliwa miłość do córki generała, Poliny Aleksandrownej, oraz hazard. Innymi słowy nałóg, który dziewiętnastowieczny klasyk przerobił na własnej skórze oraz miłość do kobiety, która także jest ruletką. Sugestywna historia opowiedziana w pierwszej osobie, z perspektywy ubogiego korepetytora, który pod wpływem uczucia wpadł w sidła hazardu, wydaje się wdzięcznym materiałem na monodram. Intensywna, wyczerpująca rola postaci żyjącej z "nerwami na wierzchu" z pewnością stanowi pokusę dla niejednego aktora. Czy sprostał jej na deskach gdyńskiego teatru Filip Frątczak, który nie tylko odegrał solową rolę, lecz również nie ukrywa swojej fascynacji Rosją i jej, bodajże największą, literacką sławą?
Wydaje się, że tak. Nagrody na konkursach krajowych i zagranicznych - również rosyjskich, pochwały recenzentów (niedowiarków odsyłam na stronę internetową teatru), liczna obecność publiczności sprawiają, że należy mówić o sukcesie. Nie byłbym jednak sobą, gdybym do tego ogródka "przeklętej szczęśliwości" (proszę wybaczyć oksymoron) nie wrzucił kilku kamyczków. Odniosłem wrażenie, że przedstawienie rozpoczęło się z kilkuminutowym opóźnieniem, a aktor sprawiał wrażenie spiętego. Potem na szczęście tytułowy gracz się rozkręcił, chociaż jak na moje ucho, parę razy zdarzyło mu się powtórzyć swoją kwestię, jakby na życzenie niedosłyszącej części publiczności. Ktoś skwituje, że czepiam się szczegółów, co nie zmienia mojego przekonania, iż należy obejrzaną kreację podzielić jak przysłowiowego włosa na czworo: uległy kochanek, śmiałek stawiający wszystko na jedną kartę, furiat oraz bezstronny narrator. Z wymienionej czwórki najsłabiej przemówił do mnie furiat. Moje wrażliwe uszy z trudnością znoszą krzyk. Oczy natomiast nie przepadają za widokiem spoconego mężczyzny, ochlapującego się wodą z miski, prawdopodobnie po to, aby wyglądać na jeszcze bardziej mokrego. Nie podobały mi się również epileptyczne drgawki wykonane na łopatkach (nieobecne w literackim pierwowzorze, aczkolwiek niechybnie kojarzone z biografią autora "Zbrodni i kary"). W podsumowaniu zaryzykowałbym psychiatryczną diagnozę: zaburzenia maniakalno-depresyjne z epizodami psychotycznymi. Czy zatem mamy tu do czynienia z wglądem w naturę szaleństwa? No i pytanie: kto tu tak naprawdę zwariował?
Z jednej strony mamy bowiem biednego, wykształconego człowieka wobec nierozgarniętych bubków czyhających na wielki jak jezioro Bajkał spadek. W dodatku poczciwiec ten jest nieszczęśliwie zakochany w córce swego pracodawcy, która większymi względami darzy lepiej sytuowanego Francuza. Nie dość, że ów jegomość jest bogatszy materialnie, (co w świece fetyszyzmu towarowego znaczy niemalże wszystko), to jest on przedstawicielem narodu, który stworzył niemal wzór formy dla całej kultury europejskiej. Trochę w tym wszystkim nasz ubogi Rosjanin przypomina dumnego bohatera piosenki Kultu "Bal kreślarzy", co sprawia, że czujemy sympatię do jego słowiańskiej duszy. Paradoksalnie dzieje się to w utworze, w którym Dostojewski skumulował swoje niepochlebne sądy o Polakach, które twórcy przedstawienia zupełnie pominęli. Może i dobrze, bo niektóre poboczne wątki narracji, występujące w spektaklu, sprawiają wrażenie wręcz niepotrzebnych. Za to otrzymaliśmy obraz sąsiada zza Buga z tajemniczym obrazem (czyżby ikona?), samowarem oraz słoikiem z ogórkami. Ów emocjonalny osobnik dekonstruuje niemiecką uczciwość oraz francuskie wyczucie smaku. Ostatni z wymienionych epizodów to jeden z najmocniejszych, a jednocześnie najzabawniejszych punktów przedstawienia, którego integralnym składnikiem jest kontakt z publicznością. Poszczególni przedstawiciele audytorium zostali uraczeni szklanką herbaty bądź kiszonym warzywem.
Podsumowując, chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedną rzecz, a mówiąc konkretnie, na łóżko, którego zmyślna konstrukcja imitowała również stół do gry. Nie dość, że wspomniany element scenografii pozwolił odtwórcy głównej roli rozładować nadmiar energii, to jeszcze unaoczniło ono pewne, symboliczne znaczenie. Łóżko jest przedmiotem silnie naznaczonym tajemnicą życia (to na nim przeważnie przychodzimy na świat oraz umieramy). W powieści Dostojewskiego takim metafizycznym meblem okazuje się stół do gry, którego powinowactwo z kołem fortuny wydaje się czymś oczywistym. Trochę też tak jest z tym przedstawieniem, które ucieszy przede wszystkim tych, którym nieobce są "przeklęte problemy", egzystencjalne skoki i inne zakłady Pascala. Natomiast tym, którzy z różnych względów uważają, że skakanie nie jest tańcem, pozostanie do wykonania ledwie zauważalny gest znużenia.
Michał Wróblewski
Teatralia Trójmiasto
30 kwietnia 2009
Teatr Miejski im. Witolda Gombrowicza w Gdyni
Fiodor Dostojewski
"Gracz"
("Igrok")
adaptacja i reżyseria: Andrzej Bubień
scenografia: Witold Chmielewski
muzyka: Bogdan Hołownia
ruch sceniczny: Olga Wąchała
obsada: Filip Frątczak
premiera: 13 grudnia 2007 r.