Kto pod kim dołki kopie, ten...
"Moralność Pani Dulskiej" w wersji Łaźni Nowej to niemalże historia zwaśnionych kochanków. Nie Zbyszka i Hanki - oni są tylko pretekstem, tłem. Prawdziwa historia kryje się gdzieś za słowami: Kraków i Huta na jednej ziemi stały, Kraków centralnie, a gdzieś z boku - Ona. Kraków z duszą artysty, wszyscy go kochali, Huta odrzucana, dzika, nieposkromiona.
Tego, co ich połączyło, nie nazwałabym miłością. Scenografia Małgorzaty Szydłowskiej nie wprowadza do mieszczańskiego saloniku, daleko jej też do miłosnego gniazdka. Nie będzie miło ani przyjemnie i nikt nikomu nie zaproponuje kurtuazyjnej herbatki. Bartosz Szydłowski wypowiada wojnę kołtunowi, a Dulska wchodzi na scenę w bojowym nastroju, wystylizowana na Rzymiankę, z ozdobnym, metalicznym kołnierzem ortopedycznym włożonym na szyję w celu podtrzymywania głowy na nieustannie wysokim poziomie. Przez większość spektaklu przeleży na fortepianie, zapewne z zamiłowania do muzyki poważnej, uprzyjemniając sobie czas odgłosem przesypywanych z ręki do ręki monet. I chociaż nikt nie będzie krzyczał od niej głośniej, to nie Dulska będzie pełniła tu główną rolę.
Łaźniowa "Moralność" kręci się wokół Zbyszka. Wiruje pod bacznym okiem kamer, przy pomocy których artystycznie rejestruje on kołtuństwo, także w samym sobie. Dzięki nim wszystko, co ma miejsce na scenie, zostaje zwielokrotnione, wyolbrzymione, nałożone na siebie i przez to zobiektywizowane, a przy tym paradoksalnie dodatkowo naładowane emocjonalnie. Obrazy zyskują inny wymiar. Żeby nie było wątpliwości, kto jest kim i skąd się wywodzi, Zbyszko nakłada czapkę Krakowiaka. Hanka zostaje natomiast obuta w kalosze i próbuje w nich nieśmiało, niezgrabnie zatańczyć kilka baletowych figur. Cała reszta korowodu postaci także tańczy (dosłownie) dookoła Zbyszka, nie wykluczając pojawiającego się od czasu do czasu chóru tanecznego o białych, baranich maskach zamiast twarzy.
Ciekawe, choć dość chaotycznie zagospodarowana została przestrzeń. Nie ma tu jednego konkretnego miejsca, raczej półświaty, półprzestrzenie, małe, i tak niedające poczucia bezpieczeństwa enklawy samotności, wyodrębnione, i od siebie oddzielone. Hesia i Mela wyskakują z szaf, jak nakręcane lalki wyuczone schematycznych ruchów. Dulska schroniła się w świecie muzyki - leży uparcie na fortepianie. Dulski ukrył się na widowni - koniec końców jego domeną jest obserwacja, nie działanie. Hanka schodzi w sferę gry prosto z narysowanej na ścianie szubienicy. Jest uśmiercana przez Dulskich. Nie do przeoczenia jest scena "miłosna", kiedy obsypana nie uczuciem, lecz ziemią, a dokładnie trocinami, którymi usłana jest scena, zostaje w pewien sposób pogrzebana za życia. Jej sytuacja zostaje odwrócona. Zacznie żyć na nowo, gdy bez pieniędzy wróci do swojego świata, czyli - jak dosadnie nie sugeruje, ale wręcz krzyczy swoim spektaklem reżyser - na Nową Hutę.
Wojna została przez Szydłowskiego wypowiedziana nie tyle kołtunerii jako takiej, co samemu Krakowowi. Chcąc osadzić spektakl w realiach, urzeczywistnić, zaszczepić w otaczającym nas środowisku, reżyser wpadł jednak w pułapkę podziału na czarne i białe. Kopiąc dołek pod Krakowem, sam niepostrzeżenie w niego wpadł. Mamy więc: zły, zdeprawowany żądzą pieniądza i kołtunem spętany Kraków oraz biedną, pokrzywdzoną przez los, ale poczciwą Nową Hutę. Pomiędzy nimi pałęta się Zbyszko, pomiędzy nimi rozpięta została jego moralność.
Odnoszę wrażenie, jakby na scenie Łaźni Nowej zrodziła się świetna idea, ale zabrakło troskliwego ogrodnika, który przycinałby ją odrobinę dla zdrowia, aby sama siebie nie przerosła i nie zdusiła. Trochę tak, jakby reżyser mówiąc "a", miał odwagę dodać "b", ale z niewiadomych powodów dorzucał jeszcze nerwowe "c". Właśnie tego "c" jest w "Moralności Pani Dulskiej" odrobinę za wiele. Nie chodzi nawet o to, że spektakl jest za bardzo dopowiedziany czy zbyt głęboko osadzony w realiach, wręcz przeciwnie - zdziwiła mnie i pozytywnie zaskoczyła jego liryczność, próba balansowania na granicy tego, co realne i tego, co tylko wyimaginowane. Mam na myśli raczej sztuczność samego podziału na Kraków - siedlisko kołtuństwa i Nową Hutę - miejsca ludzi, którzy kierują się właściwymi wartościami. Nie mam bynajmniej ambicji stawania w obronie kołtuna, ale czy można mówić, że jedne wartości są właściwe, a inne nie?
Bartosz Szydłowski chciał pokazać kołtuństwo, obnażyć fakt, że Krakowowi wadzi Huta. Tymczasem, spektaklem "Moralność Pani Dulskiej" wymsknęło mu się przy okazji, że to Kraków wadzi Hucie. Tylko, jak zwalczyć kołtuństwo, podkreślając, a nie niwelując podziały? Wszak niszczenie podziałów bynajmniej nie oznacza zacierania różnic.
Kamila Bubrowiecka
Teatralia Kraków
23 kwietnia 2009
Teatr Łaźnia Nowa w Krakowie
"Moralność Pani Dulskiej, czyli w poszukiwaniu zagubionego czakramu"
wg Gabrieli Zapolskiej
adaptacja i reżyseria: Bartosz Szydłowski
scenografia: Małgorzata Szydłowska
ballady dydaktyczne: Pan Maleńczuk
skrecze krakowskie i dźwięki nowohuckie: Andrzej Bonarek
wizualizacje: Dawid Kozłowski
obsada:
artystowski bachor: Janusz Chabior
opętana Dezyderatą Dulska: Edyta Torhan
teatrologiczna Mela: Olga Szostak
niedoszła adeptka sztuki aktorskiej Hesia: Kalina Hlimi-Pawlukiewicz
nieoceniony, ale i niedoceniony krakowski kanapowiec Juliasiewiczowa: Rafał Kosecki
tajemniczy Felicjan Dulski: Bartosz Szydłowski
zdziwiona i wkręcona Hanka: Anna Wielgucka
nowohucki ojciec chrzestny Hanki: Ryszard Słabczyński
premiera: 18 kwietnia 2009 r.