Nie tędy droga, Przyjacielu
Choć w czasie wrześniowego finału konkursu "Metafory rzeczywistości" największą przychylność publiczności i dziennikarzy zyskała "Nieskończona historia" Artura Pałygi, to jednak głosami jurorów dramat Radosława Paczochy zdobył główną nagrodę. Paradoks? Być może. Dodajmy, że nagrodą tą była realizacja sceniczna dramatu, dzięki czemu powstał spektakl obfitujący w kolejne sprzeczności.
Werdykt jury miło zaskoczył - "Przyjaciel" w czasie finałowych czytań zrobił naprawdę duże wrażenie, cieszyło więc, że został doceniony. Dopracowany był zarówno w warstwie dramatycznej, jak i w pierwszych próbach scenicznych, które pod okiem Krzysztofa Rekowskiego nabrały dojrzałego charakteru. Uderzała odważna tematyka (bazująca na głośnej aferze uprowadzenia i zabójstwa Krzysztofa Olewnika), przemyślana kompozycja i oszczędność formy. Rodzący się wtedy dramat nie był idealny, ale obiecujący. Dlaczego wracam do tamtych wydarzeń? Otóż, okazuje się, że to, co sprawdziło się podczas czytań, niekoniecznie musi zostać dobrze wykorzystane w finalnym dziele scenicznym. Trudno jest mówić o "Przyjacielu" - spektaklu w oderwaniu od "Przyjaciela" - czytania, jedno jest bowiem konsekwencją drugiego. I, jak twierdzą twórcy, rozwinięciem. Według mnie - szansą nie do końca wykorzystaną, by nie powiedzieć - zmarnowaną.
Po premierze na deskach Teatru Polskiego można odnieść wrażenie, że spektakl osiadł na laurach, zamiast rozwinąć się i twórczo wykorzystać te trzy miesiące. Oczywiście, zmienił się nieco. Dokonano minimalnych, ledwie zauważalnych zmian w tekście dramatu - choćby to, że pojawiło się mniej mantrycznych formuł, którymi Jaco chciał zaklinać rzeczywistość. Paradoksalnie, mimo braku tej nieznośnej powtarzalności słów, tekst zdawał się być bardziej nużący. Może to efekt braku świeżości, nowości tekstu - pierwsze wrażenie zarezerwowane było dla czytań. Ta delikatna modyfikacja wpłynęła jednak pozytywnie na inny aspekt - uniwersalizację tekstu. Mimo że nadal osadzony był mocno w realiach afery Olewnika, to rzeczywiście, zgodnie z zapowiedzią, dokonano redukcji faktów i nieco reportażowego tonu na rzecz zastanowienia się nad kwestią prawdy, wgłębienia się w psychikę bohatera. I w jego sumienie, bo to ono było lustrem, przez które patrzeliśmy na Jaco. A było to spojrzenie bardziej na człowieka zagubionego, doświadczonego ekstremalną sytuacją niż wyłącznie na podejrzanego, prawdopodobnie winnego zarzucanego mu czynu (co z kolei przeważało na czytaniu).
Zmieniła się więc i gra na jeszcze lepszą (jeśli to możliwe) u Łukasza Chrzuszcza, odtwórcy głównej roli. Podczas gdy w pierwotnej wersji jego zeznania brzmiały jak wyuczone, opanowane niemal do perfekcji krętactwa, teraz jego bohater mniej "cwaniakował", a bardziej błądził, ukazując przy tym tragizm sytuacji. Choć z czasem i ta postawa zaczęła prowadzić do wyznań sugerujących, że dotychczasowa linia obrony była tylko mistrzowską grą. Jaco szczelnie zamyka się w murach własnej świadomości, tłumacząc, że "każdemu może się to zdarzyć, ale nie jemu", że przecież "ma prawo nie pamiętać".
Następuje jednak znaczący zwrot akcji - scena pod tytułem "tej rozmowy między nami nie było". Wcześniej wydawała się dość naiwna, teraz została bardzo ciekawie zrealizowana. Mężczyźni schodzą ze sceny z banalnego powodu - poniosły nerwy, trzeba zrobić kawę. Wszystko, co dzieje się w innym pomieszczeniu, oglądamy na wielkim ekranie. Słychać tylko głosy, bo kamera ukazuje ich jakby z ukrycia, jedynie na wysokości pasa, a główną rolę gra kubek z kawą i cukierniczka. Jest to faktyczne rozgraniczenie na to, co było na pewno i na to, czego "umówmy się, że nie było". Od tego momentu nie wiadomo już zupełnie, czy broni się jako ofiara, czy jako przestępca.
Chrzuszcz wypadł w tej szalenie trudnej roli naprawdę dobrze. Z pewnością pomógł mu w tym Piotr Kaźmierczak jako Śledczy. Był tylko katalizatorem przeżyć i refleksji Jaco, jedynie dodatkiem, ale jakże miłym i potrzebnym. Jego postać dyskretnie popychała do przodu akcję (albo raczej rozważania), będąc jednak cały czas na uboczu, by dać się popisać głównemu bohaterowi. Kaźmierczak wykazał się nie lada wyczuciem i odpowiednim wyważeniem obecności w spektaklu. Fatalnym pomysłem było natomiast zwrócenie się Śledczego w stronę publiczności, zamiast bezpośrednio do przesłuchiwanego. Uczynił to tylko raz czy dwa, ale właśnie o ten raz czy dwa za dużo. Ludzkie sumienie jest czymś niesamowicie intymnym i takim powinno pozostać.
Całą intymność burzy natomiast scenografia. Dyskretnie spuszczone z sufitu żarówki zastąpiono ostrym światłem reflektorów, obok telebimu scena obwieszona była lustrami weneckimi i ogromnymi magnetofonami szpulowymi. Na uboczu siedzieli aktorzy grający rodzinę zamordowanego, w spektakl włączając się tylko przy okazji zeznań przed kamerą. O ile dla nich użycie kamery było uzasadnione, tak do reszty popsuła ona wszelkie pozostałości kameralnego nastroju w końcowej scenie monologu Jaco.
Dramat Paczochy okazał się chyba zbyt trudnym materiałem do przedstawienia w teatrze. I znów paradoks - dobry tekst i świetne aktorstwo nie pozwoliły widzom wciągnąć się w sztukę. Niestety, okazała się być momentami nużąca. Znając możliwości twórców, spodziewałam się zobaczyć wiele. Jestem trochę rozczarowana, bo "Przyjaciel" nie sprostał moim oczekiwaniom, które po niezłych czytaniach były skądinąd bardzo wygórowane.
Agnieszka Misiewicz
Teatralia Poznań
21 grudnia 2009
Teatr Polski w Poznaniu
Radosław Paczocha
"Przyjaciel"
reżyseria: Krzysztof Rekowski
scenografia: Maciej Chojnacki
muzyka: Marcin Mirowski
projekcje: Emilia Sadowska
obsada: Teresa Kwiatkowska, Ewa Szumska, Łukasz Chrzuszcz, Piotr Kaźmierczak, Wojciech Kalwat
premiera: 12 grudnia 2009 r.