zwykła czcionka większa czcionka drukuj

"Gilgamesz", czyli american hero i meandry eschatologii

Tym razem Teatr Wierszalin wychodzi poza podlaskie, polskie, słowiańskie piekiełko i na warsztat bierze mezopotamski epos "Gilgamesz" - opowieść o herosie, który nieopatrznie swój los związał z człowiekiem śmiertelnym. Na scenie przemierzamy ziemie Mezopotamii, przeżywamy potop, sięgamy do krainy bogów, a to wszystko w towarzystwie Gilgamesza, który czasem bardziej niż antycznego herosa przypomina amerykańskiego superbohatera.

Największy problem na widowni mieli zapewne ci, którzy z mitem o Gilgameszu spotkali się po raz pierwszy. Reżyser bowiem próbuje skompilować starożytny epos w półtoragodzinny spektakl, co powoduje dość szybkie tempo akcji, pomijające jakiekolwiek wyjaśnienia. Ci natomiast, którzy epos znają, otrzymali traktat o przyjaźni, o śmiertelności, okraszony dobrą muzyką oraz dobrym, niestroniącym od eksploatowania elementów erotyzmu, aktorstwem. Mimo tego, że reżyserią zajął się Marek Ciunel, klimat wierszalinowych spektakli dał się zauważyć i w "Gilgameszu".

Tytułowy Gilgamesz to władca miasta Uruk, sprawujący tam władzę sposobami niekoniecznie demokratycznymi. Jest silny, jest mężny, nie ma sobie równych wśród mężów. A kiedy w końcu spotyka Enkidu, młodzieńca wychowanego na stepie, okazuje się, że jednak jest ktoś mu równy - po walce, w której jeden nie może pokonać drugiego, między dwoma bohaterami zawiązuje się męska przyjaźń. Od tej pory trzymają się razem, razem biorą udział w ryzykownych przygodach, a ich sława roznosi się daleko po świecie. I wszystko gra do momentu, kiedy ginie Enkidu - Gilgamesz, oszołomiony sytuacją, jakiej nawet nie brał pod uwagę, zaczyna szukać kogoś, kto wyjawi mu tajemnicę nieśmiertelności. Po raz kolejny wyrusza w podróż - tym razem sam.

Gilgamesz TEATR WIERSZALIN Supraśl

"Gilgamesz"

Ciekawie prezentuje się sam profil psychologiczny Gilgamesza. Na początku widzimy człowieka pewnego siebie, przekonanego o swojej niezwyciężoności. Widok dumnego uśmiechu, widok steranego odzienia okrywającego całe ciało bohatera, przywodzą na myśl amerykańskiego żołnierza z mainstreamowych filmów - może i strudzonego, może i zmęczonego, ale dumnego z siebie i gotowego do kolejnych wyzwań mających potwierdzić jego siłę, jego męskość. Przyjaźń z Enkidu pomaga mu umocnić ten status - we dwóch są w stanie zrobić o wiele więcej, nawet olbrzym Humbaba nie jest im straszny. Po śmierci Enkidu Gilgamesz przechodzi swoistą metamorfozę, w jego głowie pojawia się podstawowe pytanie o śmierć człowieka. Sprawia ono, że Gilgamesz zaczyna zastanawiać się, szukać głębiej odpowiedzi, zatapiać się w rozważaniach na temat losu ludzkiego - przekonany o swojej sile zostaje nagle postawiony w sytuacji, gdzie nie jest na nic przydatna, i bohater musi sobie zorganizować świat na nowo, poradzić sobie z samotnością, z bólem po śmierci przyjaciela i ze śmiercią własną. Dobrze tę rolę zagrał Dariusz Matys, przechodząc od dumnego uśmiechu do pełnego bólu i pokory spojrzenia. Enkidu wypada tak jak powinien - młody, prosty chłopak ze stepu, daleki od wielkiego świata. W pamięć zapadają również inne kreacje: luzakowaty bóg Szamasz z dredami na głowie, człowiek, który przeżył potop w wykonaniu Katarzyny Siergiej, czy niepokojąca Ishtar.

Ważną rolę w kreacji mezopotamskiego świata spełnia muzyka i scenografia. Muzyka orientalna, przywodząca na myśl Wschód, scenografia niby minimalistyczna, oparta na prostych bryłach, a jednak otwierająca z każdą sceną nowy świat, gdzie prostopadłościan staje się punktem wyjścia nowej rzeczywistości. Aktorom "Gilgamesza" nie trzeba wielkich dekoracji, bardziej opierają się na słowie, geście i symbolu. Tożsamość myśliwego Enkidu potwierdza hełm z jelenimi rogami na głowie, człowiek natomiast, który przeżył potop, na scenie dryfuje za pomocą wielkiej misy. Aktorzy w niektórych scenach pojawiają się w białych, przeraźliwych maskach. Wszystkie jednak rekwizyty i gesty pełnią tutaj rolę stymulatora wyobraźni, kreśląc jedynie ślady, jakie widz ma wypełnić sobie sam.

Pomijając problemy z czytelnością akcji, które złośliwie można by określić problemem widza (bo w końcu to on nie zna eposu), napotyka się przy "Gilgameszu" na coś, co dla niektórych może być wadą, dla innych zaś zaletą. Kiedy już widz nasyci się aktorstwem, muzyką, zadaje sobie nieuchronne pytanie, co poeta, tudzież reżyser miał na myśli. Wnioski są zaskakująco znane: spod widowiska bowiem wygląda znana już w Mezopotamii prawda o śmiertelności człowieka. Stan rzeczy w tym zakresie z jednej strony się nie zmienił, bowiem człowiek współczesny w kwestii śmierci i tego, co dalej, wie niewiele więcej niż ten z epoki Gilgamesza, z drugiej strony zaś można było pokusić się o małe uwspółcześnienie. Marek Ciunel w kwestii przekazu postawił na tradycję i uniwersalizm, na tekst klasyczny, mnie zaś ciekawi, jaki byłby ten współczesny Gilgamesz, ten po obozach koncentracyjnych, eutanazji i milionach śmierci na ekranach gier komputerowych.

Sylwia Grygorowicz
Teatralia Białystok
19 grudnia 2009

Teatr Wierszalin w Supraślu
"Gilgamesz"
reżyseria: Marek Ciunel
scenografia: Agnieszka Jałowiec
muzyka: Piotr Nazaruk
obsada: Ewa Gajewska-Jasińska, Katarzyna Siergiej, Paulina Skłodowska, Dariusz Matys, Miłosz Pietruski, Karol Smaczny, Dariusz Zakrzewski
premiera: 11 grudnia 2009 r.

© "teatralia" internetowy magazyn teatralny 2008 | kontakt: redakcja@teatralia.com.pl | projekt i administracja strony: admin@teatralia.com.pl | projekt logo: jepe oyen