Cudowne światy Mikołaja Maleszy

Ludzie długo wspominali Mikołaja Cudotwórcę. Najpierw niezwykłe dobre uczynki, które czynił w ciągu swego długiego życia, odbiły się echem w tureckim mieście Mira; dotarły także do pełnej zacnych biskupów Nicei, gdzie doszło do rękoczynów strasznych a sprawiedliwych. Sława Mikołaja Cudotwórcy jaśniała w splendorze katedr, kunszcie klasztornych iluminacji oraz w zdolnych dłoniach ikonopisców, by w końcu trafić pod dachy zgrzebnych chat słowiańskich. W ciągu tej niezwykłej podróży szczodry duch Mikołaja patronował wielu chłopcom, których czyny bywały bardziej lub mniej cudowne. Pomiędzy nimi, w Krynkach - maleńkim miasteczku na Białostocczyźnie - urodził się jeden, któremu udało się zmalować co nieco...

Mikołaj Malesza, bo o nim tu mowa, ma dwie pasje: malarstwo i teatr. Trudno przyznać prowadzenie jednej ze sztuk, ale - biorąc pod uwagę kilka podstawowych faktów - ta druga wydaje się pierwszą. Nie jest to zresztą zbyt istotne, ponieważ obie spotykają się w połowie drogi, pod szyldem z wdzięcznym napisem "scenografia". W końcu, jak mógłby objaśnić to w mig ktoś biegły w grece, pod tym wciąż tajemniczym (dla niektórych) terminem ukrywa się po prostu malarstwo sceniczne.

Edukacja Mikołaja z Krynek wiodła przez Wydział Architektury Wnętrz warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Po tej krótkiej acz zajmującej przygodzie, w połowie lat 80. XX wieku (robiąc siedmiomilowe kroki w czasie trzeba precyzować takie rzeczy), nasz bohater trafił do teatru... lalek. Białostockiego. W tym też momencie na horyzoncie pojawił się intrygujący pan, któremu patronował zgoła inny święty - Piotr Tomaszuk. Po jakimś czasie, nie bez pomocy Tadeusza Słobodzianka, wykiełkowało Towarzystwo Wierszalin. Tak się składa, że wyrosło na całkiem duże i zajmujące, a scenografia stała się jego znakiem rozpoznawczym. Teatralna działalność Maleszy nie ograniczyła się jednak wyłącznie do stałej współpracy z Wierszalinem. Nasz bohater stworzył oprawę plastyczną do wielu spektakli wystawianych w teatrach lalkowych oraz dramatycznych. Nie byłabym sobą, gdybym nie posłużyła się przykładem z własnego podwórka - w 2004 roku Malesza zaprojektował scenografię do "Okularów pana Andersena" dla Teatru im. H. Ch. Andersena w Lublinie.

Lis Przechera

"Lis Przechera"
scen. Mikołaj Malesza

Daty i instytucje zostawmy jednak gdzieś z boku. Kiedy odgarniemy nieco nieprzyjazną mgłę faktografii, naszym oczom ukaże się niezwykły świat artystycznej wyobraźni. Najważniejszą postacią jest w nim lalka. Jej forma przypomina ludową, pośpiesznie ociosaną rzeźbę, z pozoru niewyszukaną i surową, bez - tak miłych dla oka - oznak poloru i subtelności. Z każdym kolejnym spojrzeniem dostrzeżemy jednak więcej. Pod prymitywnymi kształtami pulsuje mistyczna prostota ludowych baśni, groteskowych i rubasznych, ale przesyconych głęboką mądrością.

Nietrudno zauważyć, że oszczędna scenografia Maleszy dąży do lapidarności plastycznego znaku oraz magicznej niejednoznaczności poetyckiej metafory. Proste w formie lalki, budzące skojarzenia z ludową rzeźbą, świetnie odnajdują się w spektaklach pozostających na pograniczu teatru lalkowego i dramatycznego. Status lalek Maleszy jest bowiem "niepewny", niejednoznaczny - bywają aktorami, innym razem - rekwizytami. Narracja zostaje wbogacona, możliwe staje się unaocznienie świata fantazji i snu, lęków i wspomnień, gwałtowne przełamanie nastroju. Czy nie w taki sposób wypowiada się Wierszalin?

Malarstwo Maleszy jest z ducha chagallowskie. Na jego płótnach polska prowincja nabiera wartości uniwersalnych, niemal mitycznych. Rzeczywiste zdarzenia przeplatają się z sennymi majakami, zapamiętanymi opowieściami, subtelna intymność z dosadnym opisem. Artystyczna wyobraźnia twórcy wydaje się być spokrewniona z melancholijną dziecięcością obrazów Tadeusza Makowskiego, barwną mistyką dzieł Jerzego Nowosielskiego i imaginacyjną makabreską prac Jana Lebensteina. Formy kanciaste, nieporadne, niby dziecięce wydzieranki z kolorwych bibułek. Perspektywa jest zbędna, przestrzeń rządzi się tutaj własnymi prawami - porządek rzeczywistości ulega zaburzeniu. Pomieszanie skal stwarza wrażenie oniryczności, nierealności czasu i miejsca.

Malesza kreuje wizję zrodzoną na granicy jawy i snu - poetykę kołysanki łączy z surowością ludowej przypowieści. Jego obrazy są jak ilustracje z książek dla dzieci, w których obok pięknej królewny oraz dzielnego rycerza czają się wręcz grimmowskie maszkary, lęki i obsesje. Wywodzą się one z podlaskich podań, mają oblicza rodzimych diabłów, widm, wiejskich grajków i pasterzy. Monochromatyczną kolorystykę płócien przełamują dysonansowe, ostre czerwienie i nasycone zielenie, zabarwiające obrazy nieokreślonym niepokojem. Dużo cześciej z prac Maleszy wyziera nostalgia, szczególnie wyraźna w przypadku pejzażu - chłodne, pastelowe barwy potęgują wrażenie pustki, prowokują do kontemplacji bliskiej sposobowi patrzenia na prawosławną ikonę. Artysta, przy okazji jednej ze swoich wystaw, przyznał: "Malowanie jest rozmową ze sobą, poznawaniem tego, co we mnie i tego, co wokół mnie. Malarstwo daje możliwość intymnej wypowiedzi czy może spowiedzi". W tę osobliwą modlitwę wpisany jest powrót do lat dzieciństwa i młodości. Co więcej, mistyczna podróż w czasie i przestrzeni staje się udziałem nie tylko twórcy, ale także odbiorców. Mikołaj Cudotwórca jest chyba całkiem zadowolony...

Kamila Dworniczak
Teatralia Lublin
7 grudnia 2009

Bibliografia:
1. Hanna Baltyn, Mikołaj Malesza, czyli pamięć źródeł, "Teatr Lalek" 1995, nr 1-2, s. 36-41.
2. Monika Mokrzycka-Pokora, Mikołaj Malesza, www.culture.pl.

Mikołaj w teatrze - Mikołaj Malesza - portret.

© "teatralia" internetowy magazyn teatralny 2008 | kontakt: redakcja@teatralia.com.pl | projekt i administracja strony: admin@teatralia.com.pl | projekt logo: jepe oyen