Zbombardowani przeszłością
Teatr Konsekwentny nie od dziś zachwyca ujmującymi spektaklami i profesjonalnym zespołem aktorów. Na deskach sceny Starej Prochoffni wystawił "Zbombardowanych", oznajmiając widzom inną prawdę o II wojnie światowej. Sztuka autorstwa angielskiej dramatopisarki, Sary Kane, została doprawiona fenomenalnym wykonaniem aktorów: Aleksandry Popławskiej, Krzysztofa Franiczka, Adama Sajnuka i WvarwzekyWez Kombo-Bouetoumoussa, oraz świetną interpretacją reżysera Marka Kality.
Temat drugiej wojny światowej jest bez wątpienia chwytliwy i popularny, nigdy się nie przedawni i wciąż można realizować go w nowych odsłonach. Wśród dziesiątek filmów, setek opowiadań, tysięcy wierszy i milionów wspomnień, znajduje się dzieło angielskiej dramatopisarki Sary Kane - "Zbombardowani". Kolejna traumatyczna historia, jeszcze jeden ślad gehenny, następna pisarka, która próbowała stworzyć obraz czegoś, z czym nigdy sama się nie zetknęła, po czym rzucić go w ręce publiczności.
Czytając zapowiedzi spektaklu, pomyślałam: będzie tak, jak zwykle. Pokażą mi poruszające sceny, będę patrzyła na płaczące kobiety, żołnierzy, wykrwawiających się za ojczyznę i niesprawiedliwie umierające dzieci. Wszystko to widziałam już pod różnymi postaciami, czytałam, słuchałam, oglądałam, oddałam należny historii hołd, a na spektakl wybrałam się, by potwierdzić swoje przekonanie, że o wojnie niczego więcej już się nie dowiem.
Historia rozgrywa się w pokoju hotelowym, w Anglii, tuż po zakończeniu drugiej wojny światowej. Bohaterami są młoda kobieta - Cate, i nieco starszy od niej, rozwiedziony dziennikarz - Ian.
Początkowe minuty nie zapowiadają niczego obiecującego - ot, zwyczajna, nikogo już dziś nieszokująca scena domowej, ordynarnej scysji pary kochanków. Ona - zdenerwowana i przytłumiona, jąka się i drży, próbuje oponować, gdy jej mężczyzna nazywa ją głupią. On - chodzi po mieszkaniu, popalając papierosa i popijając gin. Kaszle. Sprzecza się z kobietą, wymawiając jej przeszłość i gorzko wspominając swoją byłą żonę, a od chwili, gdy bez skrępowania zdejmuje z siebie bieliznę, rusza lawina seksualności. Para rozmawia o seksie, Ian onanizuje się i próbuje wymóc na Cate obietnicę wspólnej nocy. Między brutalnością, obelgami i groźbami pobrzmiewają echa pięknej miłości, która kiedyś łączyła oboje bohaterów. Co się z nią stało? Wydaje się, że mężczyzna próbuje zaspokoić swoje wyłącznie podstawowe potrzeby - uspokoić instynkt, zabić głód; mówi o miłości do kobiety tylko wtedy, gdy chce, by mu się oddała. Nie ma w tym uczuciu niczego prawdziwie głębokiego; w ludzkiej psychice umarły szlachetność i nadzieja.
Widz zostaje zasypany posępnymi wizjami współczesnego świata; wszystko, co dzieje się na scenie wydaje się być apatyczne, destrukcyjne i pesymistyczne, a apogeum jest najbardziej przerażająca scena spektaklu. W ciemnościach pojawia się nagle łuna ciepłego światła, skierowana wprost na radosną twarz czarnoskórego mężczyzny, który obiecuje: "Świat nie jest taki, jak ten". Uśmiecham się. Widzowie obok mnie reagują podobnie. Wydaje się, że oto teraz zostanie nam przedstawiona prawda, na którą czekaliśmy. Może będzie to opowieść o idei dobra, piękna; może wreszcie ktoś wyprze z naszych świadomości, pokazywane dotąd okrutne obrazy degradacji człowieka. Liczymy na zmianę biegu losu, gdy nasz konferansjer śpiewa cudowną balladę Roda Stewarta - "Wonderful world". Zapominam o tym, co mi pokazano przed chwilą. Mężczyzna wydaje się być przekonany o pięknie ziemi, drzew, kwiatów; o dobrych, pogodzonych ze sobą ludziach, rozdających pozdrowienia - i naprawdę trudno mu nie uwierzyć.
Między zapewnieniami o doskonałości świata i śnieżnobiałym uśmiechem mężczyzny - dociera do naszych uszu nieznośny krzyk Cate. Nagle, dokładnie na wprost mnie zapala się światło - na wielkim, małżeńskim łożu Ian gwałci swoją kobietę. Rytmiczna, sentymentalna ballada i obiecujące słowa piosenki przeplatają się z wrzaskiem bezbronnej ofiary, brutalnym aktem przemocy, nienawiścią i wypaczeniem. Wesoły Afrykańczyk zaprasza gestem otwartych ramion do podziwiania świata, podczas gdy Ian ściska dłonie dziewczyny i odpiera jej kopnięcia.
Wiara w nadejście lepszej epoki zostaje wyśmiana. Piętno wojny nie pozwoli ludziom na powrót do piękna i czystej duchowości, mężczyzna i kobieta zatracili swoje człowieczeństwo. On zaspokaja żądze seksualne, kipi z wściekłości, poniża dziewczynę. Ona oddaje ciało w zamian za jedzenie, nie potrafi skutecznie się obronić, zatraciła gdzieś szacunek dla siebie samej. Oboje zostali poddani trudnej próbie przetrwania i choć udało im się przeżyć, coś ułamało się w ich psychice. Jednakże Cate, choć wydaje się dużo słabsza i bardziej krucha, próbuje walczyć z piętnem wojny, dba o zdrowie Iana, chce ułożyć życie w zgrabny schemat, wciąż wierzy w istnienie Boga.
Młody Żołnierz, który wkracza do hotelowego pokoju, opowiada o traumie, której doznał od momentu wybuchu wojny. Jest to relacja inna, niż te, które słyszałam dotychczas - mechaniczna, dosadna, sugestywna. Każde słowo brzmi jak kolejny okrutny obraz. Chłopak, podobnie jak Ian, płonie z nienawiści do ludzi, jest agresywnie nastawiony do świata, pała żądzą zemsty. Zemsta może być jakakolwiek i na kimkolwiek, chodzi o sam akt, o chwilę posiadania prawa we własnych rękach, o poczucie sprawiedliwości, które Żołnierz próbuje uzyskać, gwałcąc Iana.
Ten z kolei chciałby, aby otaczający go ludzi cierpieli - "ale oni tylko umierają". Mężczyzna świadomie dąży do śmierci, twierdzi, że boi się umierania, ale nigdy nie mówi, że chciałby żyć. Spektakl odwraca dotychczasowe myślenie o strachu przed śmiercią - w "Zbombardowanych" chodzi raczej o wizję nieuchronnego cierpienia, o życie, które jest męczarnią, o ciągły lęk, który nie minął wraz z zakończeniem wojny, ale dopiero wtedy zaczął kiełkować w umysłach ludzi. I nie chodzi tu wyłącznie o tematykę, ale o sposób, w jaki reżyserowi udało się stworzyć absolutne dzieło sztuki, poruszające znacznie bardziej niż brutalne fotografie z obozów koncentracyjnych i relacje z wojennych frontów. Dlaczego? Bo o wojskowych realiach i dokumentalnych faktach dowiedzieliśmy się już dawno na lekcjach historii. I dziś - choć wszystko to jest dla nas wciąż okrutne, nieludzkie i bezlitosne - pozostawiamy to w kręgu masowych wydarzeń, historii ludzkości, opowieści, które dotknęły społeczeństwo i są świadectwem cierpienia ogólnego, generalnego. "Zbombardowani" są natomiast echem najboleśniejszych sytuacji, to dramaty jednostek, odrębne historie i różne sposoby patrzenia na wydarzenia wojenne, które ostatecznie spotykają się w jednym punkcie - całkowitym wypłowieniu uczuciowości, upadku moralności, zagubieniu elementarnych wartości. Spektakl obraca się wokół tragedii indywidualnych, "małego zła" które rośnie za drzwiami rodzinnych domów, stając się najgorszym z możliwych koszmarów.
To, jak bardzo się pomyliłam, sądząc, że obejrzę kolejne dramatyczne, ale suche i przekalkowane przedstawienie o relacji z wojny, docierało do mnie powoli przy pomocy drastycznych scen z życia codziennego. Sara Kane nie była kronikarzem ani historiografem, nie tworzyła reportaży w stylu Hanny Krall. Zaglądała w najgłębiej ukrywane ludzkie lęki, pokazując wagę psychicznej autodestrukcji. Warto było zobaczyć obraz wojny - jak zwykle okrutny i bolesny, ale tym razem bardzo konkretny, osobisty, uderzający w koszmar codzienności i zwyczajności, okraszony dodatkowo idealnie dobraną muzyką i rozsądnymi kostiumami.
Mogę więc stwierdzić - nie miałam racji. Istnieją jeszcze artyści, którzy zdają sobie sprawę z tego, że wojna odbija się na psychice każdego z osobna i w różny sposób, nie ograniczając się tylko do więźniów obozów koncentracyjnych i uczestników walk.
Karolina Obszyńska
Teatralia Warszawa
17 czerwca 2009
Teatr Konsekwentny, Stara Prochoffnia w Warszawie
Sarah Kane
"Zbombardowani" ("Blasted")
tłumaczenie: Paweł Łysak, Paweł Wodziński
reżyseria: Marek Kalita
opracowanie muzyczne: Aleksandra Popławska, Bartek Lewczuk, Dominik Kowalczyk
oświetlenie: Paweł Wilewski
kostiumy: Agnieszka Tomaszewska
obsada: Aleksandra Popławska, Krzysztof Franiczek, Adam Sajnuk i Wvarwzeky-Wez Kombo-Bouetoumoussa
premiera: 13 czerwca 2009 r.