Polski katastrofizm kulturowy i nieśmiertelny katastrofizm rodzinny
Stanisław Ignacy Witkiewicz napisał "Matkę" w roku 1924. Natomiast premiera przedstawienia odbyła się dokładnie 45 lat temu (16 maja 1964 roku). Później okazji do zobaczenia "niesmacznej sztuki w dwóch aktach z epilogiem" nie brakowało.
Dlaczego czterdzieści lat minęło?
Kiedy słyszę, że sztuka na swoją premierę musiała czekać aż czterdzieści lat, to do głowy przychodzi mi jedno pytanie: dlaczego tak długo? Podobno realizacja "Tumora Mózgowicza" opóźniła się o rok z powodu zdezorientowanej cenzury. Dlaczego miałoby być inaczej w przypadku dramatu podnoszącego rękę na jedną z największych świętości? Zresztą sam autor określił swoją sztukę mianem "niesmacznej". Pytanie: dla kogo? Czy tylko dla publiczności? Czy również dla samego twórcy? Tytułowa bohaterka nie tylko pije wódkę szklankami, regularnie zażywa morfinę, aby paść trupem w drugim akcie po przedawkowaniu kokainy, lecz łączą ją skomplikowane relacje z synem. Relacje tak pogmatwane, że pod koniec pierwszego aktu zaciągają one wymienioną dwójkę niemalże do łóżka. Syn o imieniu Leon stanowi portret Witkacego z jego problemami, poglądami i kompleksami. Nie sposób tu pomylić syna Stanisława Witkiewicza z Wincentym Witosem, z którym utożsamiono tytułowego bohatera dramatu "Jana Macieja Karola Wścieklicy" - sztuki, która zdobyła względną popularność w dwudziestoleciu międzywojennym. "Matka" wreszcie zawiera jeden ze zgrabniejszych wykładów Witkiewiczowej wersji katastrofizmu kulturowego. Dlatego za omawianie sztuki chętnie biorą się eseiści, co nie zawsze najlepiej wróży teatralnemu widowisku. W ten sposób dotarliśmy do trudności formalnych - kto wie, czy nie najistotniejszych. Sztuka w dwóch pierwszych aktach stanowi parodię naturalizmu sygnowanego takimi nazwiskami, jak Ibsen czy Strindberg. Zdaniem Daniela C. Gereulda: "Witkacy wysysa życie z umierającego ciała XIX-wiecznego dramatu rodzinnego i w szeregu niesłychanie drastycznych i sugestywnych obrazów teatralnych pustoszy swoją własną przeszłość". Natomiast epilog, czyli trzeci akt sztuki stanowi przykład Teorii Czystej Formy, teatru otwierającego się na "Tajemnicę Istnienia" poprzez zerwanie z naśladownictwem rzeczywistości, prawdopodobieństwem oraz prawem przyczynowo-skutkowym.
Stanisław Ignacy Witkiewicz znalazł godnych siebie teatralnych realizatorów dopiero w latach sześćdziesiątych: Tadeusza Kantora, Józefa Szajnę, Krzysztofa Pankiewicza, czy wreszcie Jerzego Jarockiego. Wcześniejsze wystawienia sztuk "wariata z Krupówek" przedstawiały go co najwyżej jako parodystę zmurszałych form i prześmiewcę przeróżnych postaw życiowych.
Przede wszystkim Jarocki
W roku 1964 w Teatrze Starym w Krakowie swoją przygodę z "Matką" rozpoczął Jerzy Jarocki. Niezadowolony z rezultatu swojej pracy zmierzył się ponownie z dramatem Witkacego osiem lat później, a w roku 1976 uwiecznił swoje zmagania z "niesmaczną sztuką" przedstawieniem dla Teatru Telewizji. Wspomniana druga inscenizacja z roku 1972 uważana jest za dzieło kanoniczne. Dlaczego? Najbardziej konkretną odpowiedź na powyższe pytanie znalazłem u Marty Fik, która w książce "Trzydzieści pięć sezonów. Teatry dramatyczne w Polsce w latach 1944-1979" napisała: "Wszystkie zabiegi reżyserskie, a także aktorstwo Lassek i Walczewskiego sprawiło, że "Matka" ukazała się po raz pierwszy w swych teatralnych dziejach jako utwór spójny". Nie jak dotychczas na teoretyczny utwór rozbity na wyszydzony naturalizm i propagowaną Czystą Formę, ale jako jeden dramat. Niemała w tym zasługa scenografii. Scena nie tyle imitowała staroświeckie mieszkanie, lecz stała się przestrzenią katastrofizmu rodzinnego i kulturowego poprzez genialny w swej prostocie pomysł zasłania jej, wypadającymi z sufitu, masami białej włóczki. Chwalono przede wszystkim aktorów. Elżbieta Morawiec ("Teatr" 1972, nr 21), doceniła u Ewy Lassek "(...) niezwykłe wyczucie słowa Witkacego, czułość na fizyczny, biologiczny niemal ładunek tego słowa sprawia, że wszystkie kwestie w ustach aktorki stają się budulcem realności, materialności postaci". Wybitna rola nie przyćmiła jej głównego scenicznego partnera. W rolę Leona wcielił się Marek Walczewski, który rok wcześniej z powodzeniem odegrał w "Szewcach" prokuratora Scurvy'ego. Walczewski, między innymi, wykazał się "cyrkową zręcznością", wskakując na kolana swojej teatralnej partnerki, po to, aby ułożyć się na nich w kształcie embrionu. (Czyżby nawiązanie do słynnej diagnozy doktora Karola de Beaurain, który u autora "Pożegnania jesieni" dopatrzył się "kompleksu embriona"?) Również szczęśliwie udało się pokazać monologi Leona, który rozprawiając o "bydlęcym szczęściu ludzkości", musiał dosłownie zmagać się z upadającą na niego szafą. Innymi słowy, Jarockiemu udało się nie tylko uporać z dwoistością stylistyczną oryginalnego tekstu, lecz przede wszystkim oddać jego tragikomiczny wymiar, traktując z należytą powagą historiozoficzne rozważania Witkacego, który pod koniec życia uważał siebie przede wszystkim za filozofa.
Od rock'n'rolla do breakdance'u
Później Jarocki wystawił "Matkę" w Monachium, przyczyniając się do popularyzacji sztuki za granicą. Wystawiano ją w Paryżu, Rzymie i Sztokholmie. "Niesmaczna sztuka" znalazła również swoich licznych adaptatorów w kraju. Gdańsk, Katowice, Kraków, Opole, Poznań oraz Warszawa, to miasta, w których publiczność mogła zobaczyć sceniczne wykonanie dramatu napisanego w latach dwudziestych.
Najbardziej zainteresowały mnie dwie adaptacje. Grzegorz Wiśniewski w Teatrze Wybrzeże do sztuki Witkacego dodał rockowy pazur. "Gadacie o niczym, milczycie o niczym/Myślicie o niczym i śnicie o niczym/Przez wasze głupie wieczne ględzenie/Mam zatwardzenie i rozwolnienie" - wykrzyczał iście punkowy tekst Tymona Tymańskiego Piotr Jankowski, którego Leon Węgorzewski był zbuntowaną, zapatrzoną w hałaśliwą muzykę (odpowiednik Witkacowskiej sztuki) gwiazdą rocka. Niemałe wrażenie na publiczności zrobił również przebrany za transwestytę Grzegorz Gzyl jako Lucyna Ber. Zdaniem Marka Mikosa z "Gazety Wyborczej", Wiśniewski "(...) odzyskał Witkacego takiego, jakim był za życia - drapieżnego, niegodzącego się na żaden kompromis, walczącego tu i teraz o wszystko". Witkiewicz zagrany w języku kontrkultury okazał się przede wszystkim buntownikiem, zatracając w gitarowym zgiełku opinię subtelnego myśliciela.
Uwagę recenzentów przykuła również realizacja spektaklu, którego premiera odbyła się w krakowskim Teatrze STU w 2006 roku. W tytułową rolę wcielił się Jan Peszek, który po raz kolejny dał popis swoich wielkich umiejętności. Nie tylko przyćmił swoich partnerów, przede wszystkim syna Błażeja (vide Leon Węgorzewski), lecz co za tym idzie, przygasił samego Witkacego. Dlaczego tak się stało? Czy był to świadomy zabieg reżysera Piotra Chołodzińskiego, jak twierdzi Olgierd Błażewicz? ("Głos Wielkopolski" nr 55/6.03). Czy raczej oparcie przedstawienia na popisach jednego aktora świadczy o słabości reżysera, który powierzchowne odczytanie dramatu starał się zasłonić efektownymi sztuczkami: ekstrawagancką, aczkolwiek przyciężkawą scenografią, hip-hopowymi rytmami, pokazem breakdance'u, czy też odtwarzanymi z płyt kompaktowych ariami w wykonaniu Marii Callas, jak sądzi Joanna Targoń? ("Peszek jako diva", Kraków "Gazeta Wyborcza"). Na te pytania nie potrafię odpowiedzieć. Jednak widowisko, które doczekało się tak różnych ocen, zasługuje z pewnością na uwagę, pokazując, że nawet dzieła największych awangardzistów czekają zaskakujące odczytania i nieoczekiwane powinowactwa.
Kariera maminsynka
"Niesmaczna sztuka" dzieli podobny los, jak cała twórczość dramaturgiczna autora "Szewców". Przed wojną "wariata z Krupówek" najczęściej nie rozumiano lub najzwyczajniej w świecie się bano, chociaż Janusz Degler swej w rozprawie "Witkacy w teatrze międzywojennym" odnotowuje 18 premier. Natomiast po wojnie Stanisław Ignacy Witkiewicz stał się wręcz modny - zarówno w teatrze, jak i poza nim ("Od roku 1964 do czerwca 1971 odbyło się 61 premier", jak wylicza Degler). Oprócz wybitnych adaptacji teatralnych, takich jak wspomniana sztuka Jarockiego, wystawiano liczne przedstawienia, które Konstanty Puzyna w głośnym artykule "Na przełęczach bezsensu" ("Pamiętnik Teatralny" 3/1969) skomentował jednoznacznie: "Spektakle sypią się jak groch, ale przeważnie są przerażająco bezmyślne i puste". Oznacza to, że ilość nie zawsze przekłada się na jakość, a sam Witkacy podzielił los potocznego wyobrażenia o genialnym artyście. Za życia niedoceniany, po śmierci doczekał się wielu naśladowców i stał się klasykiem. Potem jako "żelazny punkt repertuaru" zaczął domagać się odświeżenia.
Sądzę jednak, że "Matka", której motywami przewodnimi są wątpliwie etyczne sposoby przedłużania życia, a mianowicie "wampiryzm" i "mezalians", doskonale się do tego procederu nadaje. Dlatego wróżę jej dłuższy żywot niż wielu innym kontrowersyjnym sztukom. Nawet tym, które napisał sam Stanisław Ignacy Witkiewicz.
Michał Wróblewski
Teatralia Trójmiasto
1 czerwca 2009
45. rocznica prapremiery "Matki" S. I. Witkiewicza
Bibliografia:
Janusz Degler, Witkacy w teatrze międzywojennym, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1973.
Linkografia:
http://www.culture.pl/pl/culture/artykuly/os_lassek_ewa
http://www.culture.pl/pl/culture/artykuly/dz_witkiewicz_matka
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/22989.html
http://www.e-teatr.pl/pl/artykuly/22665.html
http://www.culture.pl/pl/culture/artykuly/es_inscenizacje_dramatow_witkacego