Trochę zwykłego teatru w zaczarowanej operze
Jedna z najsłynniejszych oper świata, jednego z najsłynniejszych kompozytorów - tym razem w wersji nieco uwspółcześnionej. "Czarodziejski flet" Mozarta, którego wznowienie w Operze Wrocławskiej zapowiadało się hucznie i spektakularnie - jest profesjonalnie przygotowanym, przyzwoitym przedstawieniem, na którego baśniową, magiczną fabułę bardzo miło się patrzy, ale którego oprawa wcale nie zapiera tchu w piersiach.
Batuta w dłoni Dariusza Mikulskiego zapowiada uwerturę - a wraz z nią rozpoczęcie fantastycznej opowieści o miłości, odwadze i przeciwnościach losu.
Pierwsze minuty rozgrywają się w pałacu Królowej Nocy, gdzie książę Tamino zostaje zaatakowany przez potwora i uratowany przez Trzy Damy Królowej, zdobywając przy okazji ich uwielbienie. Tam też Tamino dowiaduje się o trudnym zadaniu, jakie go czeka - uwolnieniu Paminy z rąk złego Sarastra; na którą to wyprawę ma się udać z tchórzliwym, ale uroczym gadułą - ptasznikiem o imieniu Papageno. Obaj panowie otrzymują od Królowej Nocy czarodziejskie przedmioty - flet i dzwoneczki mające chronić ich w chwilach niebezpieczeństwa.
Już sam początek bardzo miło połechtał zmysł słuchu - doskonale brzmiące trio trzech dam - sopran Anastazji Lipert i dwa dźwięczne mezzosoprany - Anny Biernackiej i Elżbiety Kaczmarczyk-Janczak, brzmiało czysto, głęboko i bardzo wdzięcznie.
W pałacu Sarastra rozgrywa się zabawna scena z udziałem Papagena i potwora Monostatosa (czarnoskórego mężczyzny, ubranego w spódniczkę z trawy), nawzajem przestraszonych swoją obecnością.
Papageno, dzięki czarodziejskim dzwoneczkom, uwalnia Paminę z rąk Maura, chcąc od razu zaprowadzić ją do ukochanego Tamina, co oczywiście nie jest tak proste. Do głosu dochodzi Sarastro i jego poddani - wychodzą dumnie zza sceny, ubrani w pomarańczowe szaty, wystylizowani na buddyjskich mnichów. Zakochani nie mają już szans na ucieczkę i drżą przed nieubłaganym królem.
W akcie drugim role się jednak odwracają. Królowa Nocy okazuje się być nieczułą manipulantką, gotową oddać swoją córkę w ręce potwornego Monostatosa, by zdobyć władzę. Sarastro jako bóg mądrości staje się ucieleśnieniem dobra, roztropności i miłosierdzia, okazuje się, że porwanie Paminy miało na celu uwolnienie jej spod jarzma matki. Zanim tak się jednak stanie, zakochani muszą przejść próbę, która zbada ich cierpliwość, mądrość i oddanie. Również Papageno, poszukujący swej Papageny, musi stawić czoła zadaniom Sarastra.
Drugi akt - szczęśliwie bardziej dynamiczny od ospałego i pasywnego pierwszego - przyniósł oczekiwaną arię Królowej Nocy - w tym przypadku Joanny Moskowicz, popisującej się szczególną odmianą sopranu - sopranem koloraturowym, a więc bardzo wysokim głosem, modulowanym w sposób niezwykle energiczny i niestały. I chyba nie będzie to nadużycie, jeśli uznam, że dla tych kilku minut warto było zobaczyć tę wersję "Czarodziejskiego fletu".
Wracając jednak do fabuły. Próba wytrwałości Tamina, która wydawała się być najważniejszym punktem w historii jego miłości do Paminy trwa zbyt krotko, jest niewyraźnie zaznaczona i nie wywiera żadnych dreszczy na ciele, pozostając niedomówioną i nie do końca oczywistą.
W końcu kochankowie zostają połączeni, Pamina powstrzymana przed wbiciem sobie sztyletu w ramię, a ptasznik szczęśliwie odnajduje miłość. Królowa Nocy przegrywa z mądrością Sarastra i odchodzi. Mamy więc gotowe szczęśliwe zakończenie, w dodatku uwieńczone jedną z najzabawniejszych scen tej opery, o ile nie Mozarta w ogóle - arią Papageny i Papagena - w wykonaniu Łukasza Rosiaka i Ewy Vesin. Skoczna, wesoła, opiewająca radosną, młodzieńczą i świeżą miłość. Mistrzostwo nie tylko wokalne, ale i kabaretowe. Zresztą - co warto podkreślić - miłość dwojga wesołków jest zgoła innym uczuciem niż to, które połączyło Tamina i Paminę - niebezpieczne, niepewne, wystawione na próby i złośliwości losu. I z kolei - znów dla kontrastu - w podobnie dramatycznym tonie utrzymane są ich arie.
Dyrekcja zapowiadała, że ten "Czarodziejski flet", będzie wersją uwspółcześnioną. Mieszanie tradycji i współczesności to zabieg, któremu nie jestem przychylna, na szczęście w tym wypadku dawka tego drugiego została podana z umiarem i rozsądnie. Tyle że operze zachciało się bawić w teatr i w rezultacie niewiele zostało z tradycyjnej, pompatycznej odsłony spektaklu operowego. Arie przerywano dialogami, w dodatku dialogami w języku polskim, co niestety bezlitośnie uwypukliło dość słaby warsztat aktorski solistów. I też nie jest to dziwne, bo nie mamy tu do czynienia ze spektaklem dramatycznym, ale operowym, trudno więc wymagać od śpiewaków porywającego kunsztu gry aktorskiej. Tym bardziej pomysł jest nietrafiony.
Daleko od tradycyjnej opery odpłynęła też scenografia. Nie to, że zrezygnowano z wielokolorowych dekoracji na rzecz skromnych i symbolicznych - po prostu dekoracji jako takich nie było w ogóle. W tle tańczyły ze sobą światła, a na spuszczanych z sufitu białych płachtach - migocąca grafika. Ale żeby nie było do szpiku kości przewidywalnie - w akcie pierwszym wraz z pojawieniem się na scenie Królowej Nocy - z góry opuszczono ogromny, ozdobny, czarny baldachim (a la żyrandol), by sobie niezobowiązująco wisiał nad jej głową. Poza tym kostiumy - jak zwykle, fantastyczne i zachwycające. Piękne, bogate suknie solistek i enigmatyczne, baśniowe stroje tancerek. A skoro mowa o tancerkach, to warto zwrócić uwagę na krótki, niemy, delikatny, aczkolwiek wyrazisty występ baletnicy - Nozomi Inoue.
Dramatyzm opery został chyba pokonany przez jej zabawne sceny, w których pierwsze skrzypce grał Papageno. Jako komiczny i rozczulający młodzieniec, wydaje się chyba ciekawszy niż do bólu poważni i nieszczęśliwi Pamina i Tamino. Tym bardziej, że w jego przypadku nawet dramatyczne sceny - próba samobójcza czy aria zrozpaczonego, samotnego mężczyzny - ociekały farsą. Ale może nie jest to wcale niczym zaskakującym wobec faktu, że opera, mimo tragicznego głównego wątku, ma przecież skończyć się szczęśliwie, paradoksalnie będąc baśnią i radosną opowieścią.
Dobrze, że Opera Wrocławska pozwala nam głośno się śmiać, nawet między dostojnymi ariami dostojnego kompozytora. I dobrze, że w tak zgrabny sposób przekazuje morały na temat roztropności i odwagi. Wśród kilku minusów - skromności scenografii, mało dynamicznej akcji i paru wpadek reżyserskich - na powierzchnię wypływają świetnie zaśpiewane arie, miła atmosfera i przyzwoite, ciekawe ujęcie tematu. Oklaski, tym razem nie na stojąco, ale nadal gromkie.
Karolina Obszyńska
Teatralia Wrocław
15 stycznia 2010
Opera Wrocławska
Wolfgang Amadeusz Mozart
"Czarodziejski flet"
inscenizacja, reżyseria i scenografia: Anna Długołęcka
dyrygent: Dariusz Mikulski
kostiumy: Anna Długołęcka
choreografia i ruch sceniczny: Janina Niesobska
przygotowanie chóru: Anna Grabowska-Borys, Zygmunt Magiera
asystent reżysera: Hanna Marasz
asystent reżysera-stażysta: Justyna Walasik
obsada:
Sarastro (Damian Konieczek), Tamino (Aleksander Zuchowicz), Królowa nocy (Joanna Moskowicz), Pamina (Aleksandra Szafir), I Dama (Anastazja Lipert), II Dama (Anna Bernacka), III Dama (Elżbieta Kaczmarzyk-Janczak), Papageno (Łukasz Rosiak), Papagena (Ewa Vesin), Monostatos (Paweł Wunder*), Kaznodzieja (Zbigniew Kryczka), Trzej chłopcy (Katarzyna Kozdrowska-Kordyjak, Małgorzata Węgrzyn-Krzyżosiak, Ewa Wadyńska-Wąsikiewicz), I Kapłan (Andrzej Kalinin), II Kapłan (Janusz Zawadzki), Mężowie zbrojni (Piotr Bunzler, Tomasz Rudnicki)
Role baletowe: Pamina (Paulina Woś, Dajana Al-Makosi, Monika Wyrębska), Istota (Nozomi Inoue)
premiera: 30 grudnia 2009 r.
premiera prasowa: 2 stycznia 2010 r.