zwykła czcionka większa czcionka drukuj

Schulz odkryty

W ramach Wrocławskich Dni Wzajemnego Szacunku w Synagodze pod Białym Bocianem - tym razem teatr. Fundacja Bente Kahan, zajmująca się na co dzień przybliżaniem Wrocławianom kultury Żydów, zaprosiła do siebie Teatr Formy ze spektaklem "Ulica Krokodyli", zainspirowanym twórczością Brunona Schulza. Trzeba już na początku zaznaczyć - ze spektaklem pantomimy. Ta dziedzina teatru zdaje się być najmniej lubiana przez widzów, często abstrakcyjna i nie do końca pojęta, przez co trochę zniechęca do siebie potencjalną publikę. Ale nie tym razem. Spektakl był frapujący i niebanalny, w pantomimie nie było nic płaskiego, aktorzy byli tak pewni tego, co robią, że nie pozostawili widzom czasu na domysły, czy aby na pewno właśnie tak to powinno wyglądać. Ja tych wątpliwości nie miałam.

Zimna, niechlujna dekoracja. Białe, szpitalne łóżko, stół i krzesła na tle bladego parawanu. Sporo szarości i brzydoty tworzącej nieco niepokojący i nieprzyjemny obrazek. Gdzieś z boku stoją samodzielnie drzwi z szybą porysowaną przez mróz. Do niej przykleja się niewyraźna postać.

W tle pojawia się inna twarz. Mężczyzna unosi dłoń, w której trzyma latarenkę, schodzi po schodach w rytm muzyki. Gdy przechadza się po scenie, oświetlając publikę, tworzy idealnie przerażającą kompozycję - jego twarz wystylizowana na maskę, scenografia i muzyka budują atmosferę grozy. Jeszcze nie bardzo wiem, czego tu się bać, ale już zaczynam drżeć.

Ze szpitalnego łóżka do góry próbuje się wzbić postać pod prześcieradłem. Macha rękami i podnosi się na nogi, imitując unoszącego się łabędzia. Po chwili upada jednak z powrotem i odrzucając marzenia o wolności, ukazuje swoją słabą, chorą, ale prawdziwą stronę. Pozwala pokojówce, by się nim zajęła, reaguje na dźwięk jej dzwoneczka i zgadza się, by karmiła go łyżką. Młoda dziewczyna krząta się energicznie między siedzącymi przy stole domownikami - anemicznymi, przestraszonymi, zgaszonymi. Ona wydaje się dominować, czemu notabene zaprzecza jej posada w tym domu - mimo to, od razu rzuca się w oczy fakt, że to pokojówka wiedzie tutaj prym. Kobieta uśmiecha się cynicznie i władczo gestykuluje. Jest apodyktyczna, wypełnia sobą przestrzeń, całkowicie zdominowała trzech mężczyzn. Jak zwykle przy okazji pantomimy bywa - ogromna rola spada na barki muzyki. I tutaj muzyka Krzysztofa Borowicza zasługuje na złoty medal - dopasowana, intrygująca, niebanalna. Albo - żeby nie owijać w bawełnę - wprost idealna. Idealnie lekkie, pogodne dźwięki, otulone nacierającymi na nią aktywnymi, wyraźniejszymi uderzeniami. Aktorzy pływali wraz z nią po scenie i stawali się nieruchomi, gdy ona gasła. Co więcej, postacie bardzo żywo reagowały na dźwięki tworzone przez nich samych - stukoty, uderzenia, dzwonki - wszystko to wprawiło w życie ich szyje, nogi i dłonie.

Ale wróćmy do samego Schulza. Pisał o zepsuciu kobiet, o rezygnacji z moralności na rzecz wyuzdania i pragnienia dominacji. O utracie fizycznego piękna, skalanego sztucznością i pozorowaniem, bliznami, rozdartymi ustami czy uszkodzonym nosem. I to się zgodziło. Dość zwykle nieprecyzyjny, mgliście rozumujący pisarz został obnażony interpretacją Teatru Formy - dogłębnie zobrazowany dzięki doskonałej grze i jej oprawce. Spektakl pokazuje w zasadzie wszystko, o czym Schulz wspominał, ale - co więcej - opowiada też kilka historii będących skutkiem ubocznym tych stworzonych przez Schulza.

Z domu dystyngowanych starszych państwa, przenosimy się nagle do chaotycznego świata frywolnych, lubieżnych mężczyzn, ubranych w komiczne, przykrótkie garnitury; wijących się szaleńczo wokół swobodnych, zmysłowych kobiet. Kobiety są demonami. Pewne, zdecydowane, diabelskie, pełne nieugiętej twardości. Poruszają się przekonane o swojej sile, dominują nad męskim towarzystwem, patrzą na nich z góry. Mają wzrok bazyliszków pożerających wszystko, co odważy się na nie spojrzeć. Kobiety straciły swą delikatność i wypełnia je męski pierwiastek. Dla przedstawienia ich bezduszności i brzydoty, posłużono się starym, zdeformowanym manekinem, do którego przykłada się materiał, by uszyć pełną przepychu suknię. Scena grzesznej furii, opętania; rozłożyste suknie, mocno umalowane usta, reflektory wybuchające czerwonym światłem, mężczyzna łapie za nogi jedną z kobiet, a ona odpycha go i odchodzi. Miłość jest tu wypaczona, skrzywiona, brzydka. Odrzucony mężczyzna rozgląda się zrozpaczony po scenie i zaczyna ocierać się o manekina, jak pies o swojego pana, prosząc o uczucie.

Ulica Krokodyli TEATR FORMY

"Ulica Krokodyli"

Pstryk światła, muzyka staje się wolniejsza, stylizowana na rytualną, nieco szamańska. Nastrój staje się lucyferyczny, na scenie będzie odbywał się obrzęd, diabelska ceremonia. Czyżby właśnie przeniesiono nas do piekła?

Dwóch mężczyzn chwyta trzeciego, kładą go do łóżka, półprzytomnego, zalęknionego. Kobiety w długich sukniach tańczą nad nim, jak gdyby były w transie. Dotykają swoich ciał i włosów, kotłują się nad ofiarą, zawijają się w czerwony materiał, odrzucają ręce. To jest orgia czarnych dusz, demony znęcają się nad trzęsącym się ze strachu mężczyzną, otaczają go z każdej strony, żeby w końcu połączyć się ze sobą dokładnie nad jego umęczonym ciałem. Scena jest dosadna. Oto przed chwilą rozegrała się psychomachia, człowiek został zmuszony, by postawić czoło demonom, a może po prostu ciemnej stronie samego siebie, i zawalczyć o własną duszę.

Wszystko cichnie. Na scenie pozostało łóżko trzymające na sobie umarłego. Poza tym pustka. Gdzieś z boku pojawia się kobieta otulona białym prześcieradłem, stawia na podłodze miskę z wodą i rozpoczyna rytuał oczyszczenia. Delikatne światło głaszcze jej nagie plecy, muzyka zamilkła, słychać tych brzęk metalowego naczynia. Z piekła przeniesiono nas do nieba. Kobieta jest niewinna i delikatna, nic już nie zostało z tamtej bojowości i wyuzdania. Pozostaje więc pytanie, czy możliwe jest, aby ukradziona przez demony dusza człowieka wybrała się do nieba - i odpowiedź zapewne będzie przecząca. Można rozpatrywać tę scenę jako marzenie senne, co pokrywałoby się nie tylko z wizją Schulza, ale też ogólnym obrazem przedstawienia; rozciągniętym między onirycznym światem drugiego wymiaru, a całkiem ziemskim, do bólu pragmatycznym i zniszczonym.

Znów wracamy do początkowej sceny - pokojówka, para staruszków, rodzinny dom, stół. Po schodach idzie postać, która w pierwszych minutach spektaklu wywarła takie poruszenie na widowni - aktor z twarzą umalowaną na biało i przerażającymi oczami, trzymający w dłoni zapaloną latarenkę. Niedołężny staruszek, karmiony przez młodą dziewczynę, zakłada ptasią klatkę na głowę i z aprobatą przyjmuje pokarm. Próbując znów odlecieć, staje na ramie łóżka i macha rękami. Opada jednak bezsilnie na podłogę. Latarenka gaśnie tuż nad jego twarzą.

Tak kończy się ta wizja Schulza. Przedstawianie przesycone symbolami, jak zresztą samo opowiadanie - wzbijający się z pościeli ptak, kobieta machająca czarnymi skrzydłami z własnej sukni, podana na tacy trupia czaszka. Jest też podobnie do lektury - magiczne, senne, nierzeczywiste. Prawda o świecie, pokazana w tak dobitny, bezkompromisowy sposób, że wydaje się być zmyślona. W jednym miejscu spotykają się bestialska witalność młodych kobiet, opętańcze żądze mężczyzn, ich niepohamowane reakcje. Pierwiastek silnej, wypaczonej młodości, zostaje skonfrontowany ze starością, niedołężnością i brakiem samodzielności. Pokazano kilka wymiarów świata, różnych od siebie przestrzeni, wprowadzono polemikę świata doczesnego z piekielnym, pozaziemskim i ukazano nieuchronną drogę tego pierwszego, do tego drugiego, złego i nieczystego.

To był spektakl pantomimy, w którym nikt nie próbował na siłę przekonać widzów do wielce wymownej gry własnym ciałem. Aktorzy tworzyli przedstawienie sobą, każdy z nich był częścią jakiejś historii, sugestywnie wyglądali, poruszali się i zachowywali, niepotrzebne były kanciaste, sztywne gesty. Muzyka wyznaczała ich ciałom drogę, płynęli z każdym jej dźwiękiem, bardzo wyraźnie gestykulowali zgodnie z jej rytmem. Nie było ani jednego momentu, w którym zaczęło mi brakować dialogów. Artyści wypełniali sobą przestrzeń. To pantomima, która dobrze wie, czego chce.

Karolina Obszyńska
Teatralia Wrocław
11 stycznia 2010

Teatr Formy
Bruno Schulz
"Ulica Krokodyli"
reżyseria i opracowanie muzyczne: Józef Markocki
obsada: Ewelina Ciszewska, Monika Konieczna, Józef Markocki, Grzegorz Szymczyk, Tomasz Żytka
scenografia: Ewelina Ciszewska, Józef Markocki
światło i dźwięk: Piotr Ciesielski, Krzysztof Głazowski
Wrocławskie Dni Wzajemnego Szacunku, 4-12 listopada 2009 r.

© "teatralia" internetowy magazyn teatralny 2008 | kontakt: redakcja@teatralia.com.pl | projekt i administracja strony: admin@teatralia.com.pl | projekt logo: jepe oyen