Męki wieczorne
"Boże daj mi siłę, bym mógł walczyć, z czym mogę walczyć" - woła protagonista dramatu spisanego przez autora "Agrestów". Przytulna scena Teatru Nowego gości tymczasem bohatera, któremu na podobne słowa sił już nie wystarcza. Zgodzi ich alkohol - gotów uśmiechnąć się widz. Osobliwa to zgoda, a nie są sami: porcje rozlewa dostojny Jubilat, ważąc w dłoniach jeden z rozdziałów własnego życia. Całą trójkę umawia niemrawy spokój. Nad wspólnym stołem słychać tylko nurt kolejnych łyków i nieznośnie uparte milczenie "tego Alfa od poety".
Wiekowe pudło z tłustym pokrętłem, zestaw wysłużonych krzeseł, banalny stół obity ceratą. Na stole soczysta flaszka i dwie szklaneczki. Banalne łóżko, nad łóżkiem krzyż. Oto cela pijaczyny. Drzwi odmierzają przeciągi z trzeźwego świata. Tego powietrza nie da się jeść. Zresztą nie trzeba jeść wiele.
*
Doktor ma bladą cerę i jest nie do zniesienia. Zdzierca, krwiopijca, hochsztapler. Ręce każe unosić. Jak w wojsku. Jak na tej przeklętej wojnie. Do poddania. Do rozstrzelania. Palce prostować każe. Do nożyków, widelczyków. Niech je sobie... Dajcie mi spokój.
Wchodzi Kola. Kola to dobry ratownik. Wie, że mnie chcą na wiceprezesa. Prezes jest z układu. Ja jestem król swojej wyspy, dowódca purpurowej flotylli denaturatu.
Wchodzi żona. Wypachniona. Chce pieniędzy. O Boże, dla dzieci. To moje dzieci. Ona mówi, że nie żyję. Wypadłem z pociągu. Mam i grób. Tak jest dla wszystkich lepiej. Nie żyję.
*
Alf jest zmęczony. Zmęczenie to szczególne: zsyła najczystszy gatunek spokoju. Te same śnięte oczy między kolejkami, oczy bez złudzeń, bez smutku. Każdy gest spopielony: pamiątka z pożaru, którego nie było. Ani śladu po wódczanym chwacie, który ciągami stroił alter-światy. Nawet czkawka przechodzi łatwo. Nie sposób się zakrztusić. Tubalne "aaa" nie rozsadza żył. Jest makietą przerażenia. Przebitą purchawką krzyku.
Gdzie się podział haust mocny jak szaleństwo? Kolorowe obręcze odurzeń? Piękna podróż na dnie szkła? Została nuda. Weszła na scenę i scenę opuści.
Dramat? Wolne żarty. Będziemy pili jak dawniej, ale zwiędło tamto gardło. Dajcie spokój z tym dramatem. Łykajcie wodewile Koli, jest wciąż przepyszny, dobry ratownik, za wiceprezesa wychyli. Wchodzi Bednarkowa, patrzcie ile gagów w gębie mieli. Tłuściutkie, śliskie. Dobrze się zalewa. Tylko ten doktor. Doktorek przeklęty. Straszy, że pająk. Że pająk, co śmierdzi.
*
Jeszcze jedna wizyta doktora.
- Najpierw się boisz przebudzić. Potem się boisz, że jesteś.
- Najpierw się boję przebudzić. A potem, że jestem.
To mogło być studium zapasów ze sobą. Może nawet być chciało. Niestety mięśniom brakuje oliwy, kondycja wysiadła na zapomnianym peronie, a rywal jakiś niewyraźny.
Nie sposób odmówić Alfowi twarzy. Jest to twarz zwiędłego wiarusa, który wyrzekł się czekania na cokolwiek, a sprawom życia i śmierci wymówił gościnę. Jeśli pragnie, to prawem mechanicznych wsiąkań: wychylając kolejne toasty, nurkując w objęcia pościeli rytmem gęstniejącego znużenia. Trzy pokojowe sprzęty: stół, krzesło i łóżko, to trzy nisze wegetacji, przechowalnie białych flag - próchniejące rogatki dawno poddanego świata. Doktora, kumpla, sąsiadkę i żonę witają blade audiencje mdłych gagów w zastępstwie humoru, festiwal pociesznych bon motów i duży kram z rozcieńczoną goryczą. I tylko furia, wirujące ścinki gniewu: papilarne nici "Tamtego Alfa". "Tamten Alf" obudzi się raz jeszcze w studziennym "nie" rozdzierającym scenę po wściekłym ataku skłębionych głosów wszystkich, których znał. Atak poprzedzają słowa dobrze znane; Alf uśmiecha się do nich z nierozstrzygniętą emocją. "Jesteś dumą rodziny, jesteś mąż i tatuś" - szepcze z głośnika świat niemożliwy. Szepcze, by wzruszyć lawinę głosów i zniknąć z pierwszą drgawką krzyku. Wzejdzie jeszcze w ustach Koli strumieniem błogo-ckliwych wizji życia wolnego od demonów butelki. Kiedy hipnotyczny trans zgaśnie jak płytki sen zapałki, Alf w gorączkowym "co dalej?" próbuje przebłagać starą tęsknotę. Szybko jednak wraca bezdomna twarz nudy.
*
"Rzecz ciężka, bo dotyczy alkoholizmu, ale i z tego można się śmiać. I to jest chyba najcenniejsze"1 - mówi w jednym z wywiadów reżyser spektaklu. Cień tych słów przechadza się po scenie w finalnym ujęciu. Osiada w zawadiackim spojrzeniu opuszczającego arenę Alfa.
*
Nie pić to gorzej. Widziałem zielone słońce. Nic wam już nie opowiem. Dobranoc. Do rana.
Adam Buszek
Teatralia Kraków
8 stycznia 2010
1 zob.: http://www.cracow.pl/c/m/main/categoryindex.html?articleID=309.
Teatr Nowy w Krakowie
Stanisław Grochowiak
"Lęki poranne"
reżyseria: Piotr Sieklucki
obsada: Edward Linde-Lubaszenko, Paweł Sanakiewicz, Katarzyna Chlebny, Piotr Sieklucki
premiera: 23 października 2009 r.