zwykła czcionka większa czcionka drukuj

Gorzki optymizm pod różową parasolką

Ostatni etap życia człowieka nie należy do najszczęśliwszych, szczególnie w wersji Becketta. Wystarczy wspomnieć samobójcze plany Vladimira i Estragona, daremnie wypatrujących Godota, wzajemne wykańczanie się bohaterów "Końcówki", czekających na ostateczny koniec, który mimo wszystko nie nadchodzi, a nade wszystko absurdalność ogarniającą istnienie postaci. Egzystencja Winnie także zbliża się ku końcowi i również jest absurdalna. Kobieta na nic już jednak nie czeka. Może poza nicią porozumienia, paroma ciepłymi słowami od partnera, Williego. Smutek stara się złagodzić humorem. Dramat zbliżającego się końca chowa pod różową parasolką.

Z kopca ziemi, umieszczonego na środku sceny, wystaje do połowy zakopana kobieta. Budzi się na dźwięk dzwonka. Dla Winnie zaczyna się kolejny "szczęśliwy dzień", na który składają się rutynowe czynności, urastające do rangi szczególnych wydarzeń.

Życie Winnie to wygłaszanie monologów do schowanego za kopcem Williego i wydawanie mu poleceń, szczotkowanie zębów, czesanie włosów, malowanie ust szminką, oglądanie zawartości torebki, chronienie się przed słońcem przy pomocy małej parasolki oraz - przede wszystkim - radość z najmniejszych zdarzeń. Radość z burkliwie rzuconego słowa Williego, który niechętnie odpowiada żonie (jeśli już w ogóle to robi). Radość z wędrującej po kopcu mrówki. Radość z grającej pozytywki i przywoływanych wspomnień. Mimo swojej tragicznej sytuacji, mimo unieruchomienia, kompletnego braku porozumienia z partnerem, palącego słońca i ciągłego zapadania się w piachu, odchodzenia ze świata, Winnie pozostaje wręcz optymistką. Jej niepozbawione humoru trajkotanie i radość w połączeniu z beznadziejną sytuacją, w jakiej się znajduje, budzi poczucie absurdalności. Czy złudna wesołość Winnie to ochronny parasol przed żalem i smutkiem płynącymi ze świadomości nieubłaganie nadciągającego końca? Czy chroni podobnie jak ta mała, różowa parasolka? Ta jednak zapala się od słońca, a Winnie zastanawia się, czy ją również czeka podobny los. Niezależnie od tego, czy udziałem bohaterki staje się ów cierpki optymizm budowany za pomocą iluzji szczęścia odnajdywanego w drobnostkach, czy też prawdziwa pogoda ducha zachowana wbrew wszystkiemu, wyczuwamy nutkę rozpaczy ukrytą pod płaszczykiem optymizmu. Winnie zanika, pogrąża się w kopcu i nic tego procesu nie cofnie. W drugiej i ostatniej części przedstawienia jest już zakopana po szyję. Nadal jednak cieszy się kolejnym "szczęśliwym dniem"...

Szczęśliwe dni TEATR DRAMATYCZNY Warszawa

"Szczęśliwe dni"
fot. S. Okołowicz

Winnie, starająca się odejść z uśmiechem na twarzy, to postać niełatwa do zagrania, zwłaszcza, że - jako główna bohaterka i jedyna nieprzerwanie mówiąca na scenie osoba - w sposób szczególny skupia na sobie uwagę widowni. Mai Komorowskiej udało się z wdziękiem i humorem oddać istotę Winnie z całym jej tragizmem i komizmem. Z nieustannie gadającą żoną kontrastuje cichy Willie (Adam Ferency), pogrążony w lekturze gazety i ukrywający się przed słońcem w dziurze, do której wczołguje się zgodnie ze wskazówkami partnerki. Aktorzy w wyrazisty sposób ukazali zupełny brak porozumienia i samotność bohaterów Becketta. Winnie i Willie tylko teoretycznie są nadal razem, w rzeczywistości zaś, oddaleni od siebie emocjonalnie, wydają się tworzyć atrapę małżeństwa. Mężczyzna dopiero na końcu stara się zbliżyć do żony. Wdrapuje się na kopiec i zastyga z ręką wyciągniętą w jej kierunku. Zapada jednak zmrok, a następnego dnia Winnie może już całkowicie pogrążyć się w piachu. Czy Willie zdąży dotrzeć do żony? Po co się wspina? Zakończyć jej męczące monologi czy przyjść z pomocą? Gasnące światło zapowiada sen i nie poznajemy odpowiedzi na te pytania.

Kopiec ziemi, po którym Willie wspina się do tkwiącej na szczycie żony, to główny element scenografii "Szczęśliwych dni". Większość sceny zajmuje kopuła, która - podobnie jak i materiał rozpostarty w tle - zabarwia sceniczny obraz odcieniami brązu. Kolorystykę tę uzupełniają: bladoróżowa parasolka, ciemnoróżowy kapelusz i bordowa suknia. Wizualnie spektakl nie sprawia więc wrażenia ponurego widowiska. Brązowo-różowe, ciepłe barwy współgrają z optymizmem "szczęśliwych dni" Winnie, podobnie jak jasno oświetlona scena. Jednak na dźwięk dzwonka, zapowiadającego czas na sen, światło gaśnie, zostawiając w tle żółty zachód słońca i stopniowo pogrążając scenę w ciemnościach.

Cisza na pustkowiu, na jakim znajduje się kopiec z tonącą w nim Winnie, nie jest przerywana odgłosami innymi niż nieustający głos bohaterki oraz nieliczne pomruki wydawane przez Williego. Ciszy tej nie zakłóca żadna muzyka poza krótką melodią z pozytywki, epizodycznym nuceniem Williego i chwilowym śpiewem kobiety. Sytuacja zamierania oraz samotność bohaterów zostają więc podkreślone w sposób szczególny - ciszą.

Anna Dobrecka
Teatralia Lublin
8 stycznia 2010

Teatr Dramatyczny i Centralny Basen Artystyczny w Warszawie
Samuel Beckett
"Szczęśliwe dni"
("Happy days")
przekład i reżyseria: Antoni Libera
scenografia: Ewa Starowieyska
obsada: Maja Komorowska, Adam Ferency
premiera: listopad 1995 r.
Gościnnie w Lubelskim Salonie Artystycznym, Centrum Kultury w Lublinie.

© "teatralia" internetowy magazyn teatralny 2008 | kontakt: redakcja@teatralia.com.pl | projekt i administracja strony: admin@teatralia.com.pl | projekt logo: jepe oyen